Kłamstwo w demokracji

Kłamstwo w demokracji

BEZ UPRZEDZEŃ

Przedsiębiorcy i ekonomiści od dłuższego czasu narzekali na nierealistyczny, zawyżony kurs złotego. Rząd chyba również podzielał ten pogląd, skoro jak podaje „Rzeczpospolita” (7-8 lipca), „wicepremier Janusz Steinhoff cieszy się ze spadku złotego. W wypowiedzi dla PAP stwierdził on, że to pomoże polskim eksporterom”. Rząd nie mógł jednak pomóc eksporterom i był bezsilny wobec nadwartości złotego. Któż to więc okazał się silniejszy od rządu? „Rzeczpospolita” w nagłówku artykułu „Czarny piątek złotego” obwieszcza, że to „Leszek Miller i wydarzenia międzynarodowe osłabiły polską walutę”. Jeśli przedsiębiorcy, ekonomiści i wicepremier Steinhoff mają rację, to Leszkowi Millerowi należałoby wyrazić zbiorowe podziękowanie, tymczasem tytuły w Rzeczpospolitej brzmią oskarżycielsko.
Wicepremierowi Steinhoffowi podobnie jak „Rzeczpospolitej” nie udaje się zebrać swoich myśli. W wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” (7-8 lipca) mówi z naganą: „Uważam, że to, co w piątek stało się ze złotówką, jest wynikiem wypowiedzi przewodniczącego SLD, Leszka Millera (…). Poza tą wypowiedzią dziś nie zdarzyło się nic, co wpłynęłoby na sytuację gospodarczą kraju”. Z kolei minister finansów, Jarosław Bauc, stwierdza, też w „Gazecie Wyborczej”, że „wypowiedź [Leszka Millera] można uznać za próbę celowego wywoływania zamieszania”. Niewątpliwie w głowach ministrów Steinhoffa i Bauca zamieszanie zostało wywołane, jak widzimy. Wątpię jednak, czy akurat taki był zamiar Leszka Millera. W świetle tego, co napisano i powiedziano o skutkach jego wypowiedzi, lider SLD miałby prawo do zarozumiałości. Uważam Millera za wybitnego polityka, nie przypisuję jednak wypowiedzianym przez niego słowom nadprzyrodzonej mocy podwyższania lub obniżania wartości polskiej waluty. Odpowiednią moc może on mieć dopiero, gdy stanie się szefem rządu.
Atak na Millera i bałamutne komentarze do jego wypowiedzi mają na celu zamknięcie ust tym wszystkim, którzy oceniają, że gospodarka znajduje się w stanie przed zapaścią, przed poważnym co najmniej kryzysem, i chcieliby publicznie i głośno ostrzegać. Okazuje się, że gospodarka polska jest bardziej wrażliwa na słowa i to słowa ludzi nie mających władzy niż na realne decyzje rządowe. Winnych należy szukać wśród tych, co ostrzegają przed niebezpieczeństwami. Przeciw nim wygłaszany jest frazes o samospełniających się prognozach. Czy tylko prognozy opozycji mają właściwość samospełniania się? Niechże się wreszcie kiedyś samospełnią prognozy Steinhoffa, Bauca, Buzka i tych wszystkich, którzy ich popierają i usprawiedliwiają.
Reakcje na wypowiedzi Leszka Millera były w najlepszym razie nierzeczowe, a niektóre jawnie kłamliwe. Nie było w tym nic wyjątkowego, przeciwnie, takie rozmyślne mijanie się z prawdą należy do obyczaju wolnej prasy w systemie wielopartyjnym. Jeżeli w Polsce ma miejsce jakaś osobliwość, to polega ona na tym, że jeden obóz polityczny, skądinąd wielopartyjny, posiada miażdżącą przewagę w prasie i pozostałych mediach. Jeżeli SLD nosi się z zamiarem „przywrócenia normalności”, to powinien zacząć od wyposażenia się w prasę i rozgłośnie radiowe. Nie spodziewam się, aby prasa lewicowa mogła wznieść się ponad panujący obyczaj i ograniczyła się do głoszenia prawdy i tylko prawdy, ale nawet mijając się z prawdą, przynosiłaby pożytek, uświadamiając obecnym monopolistom kłamstwa to, czego nikt na przykładzie własnego kłamstwa uświadomić sobie nie potrafi, a mianowicie, że jest ono rzeczą brzydką. Najmniej kłamstwa w życiu publicznym występuje w tych krajach, gdzie zachowana jest względna równowaga między prasą lewicową i prawicową, prorządową i opozycyjną. Skutkiem braku takiej równowagi w Polsce panował przez dziesięć lat ślepy optymizm co do przyszłości i tylko dzięki własnym, indywidualnym, prywatnym obserwacjom coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, że ten optymizm był iluzją.
Demokrację trzeba wziąć na serio, ponieważ alternatywa dla niej nie istnieje. Demokracji nie można przeczekiwać, tak jak przeczekiwaliśmy marksistowską anomalię ustrojową. Brać demokrację na serio, to m.in. dać społeczeństwu możliwie najwięcej prawdziwych informacji o kraju. Trzeba uwalniać się od cynicznego traktowania wyborów parlamentarnych, które stały się (nie tylko u nas) pokazem instrumentalnego traktowania obywateli. Nie powinniśmy zadowalać się naśladowaniem demokracji zachodniej między innymi dlatego, że jej dobrze nie znamy. Polska jest pod pewnymi względami krajem bardziej demokratycznym niż Francja, Anglia czy Stany Zjednoczone. W tych ostatnich istnieje świadoma swoich celów, niekrótkowzroczna, potężna ekonomicznie oligarchia, która pod względem funkcji różni się zasadniczo od oligarchii partyjnej, występującej także u nas. Ponadto obok demokratycznej władzy politycznej istnieje w Stanach władza sądownicza, którą można w przybliżeniu określić jako arystokratyczny składnik państwa. Tego w Polsce mamy zaledwie blady, płochliwy cień. Również demokracje europejskie, a także japońska, są strukturami nieporównanie bardziej złożonymi, niż nam się wydaje. Ściśle biorąc, są to ustroje mieszane, w których demokracja występuje obok innych rodzajów władzy. Faktem jest, że stopniowo umacnia ona przewagę nad nimi, co jednak trudno byłoby uznać za proces wolny od ryzyka dekadencji. Moglibyśmy poszukiwać ekwiwalentu brakujących składników państwa w tym, co Monteskiusz nazywał cnotą i w czym upatrywał niezbędny warunek demokracji. Jest to jakiś kierunek dążeń dla idealistów politycznych i moralnych, z których to dążeń wyśmiewać się nie należy, ale też spodziewać się dużo po nich nie można. Nie zakładałbym z góry, że bezskuteczne musiałyby się okazać natomiast wymagania prawdy w życiu publicznym. Niestety, w naszym mocno cynicznym społeczeństwie notoryczni kłamcy opanowali retorykę „prawdy” i potrafią zagłuszyć przejawy szczerej prawdomówności.
Polska demokracja nie znajduje się sama na placu publicznym. Ma ona może konkurenta, może ograniczenie, a może niekiedy i wsparcie w postaci Kościoła. Można przytoczyć tysiące uzasadnień lub usprawiedliwień dla instytucji religijnych, ale szukanie w nich sprzymierzeńca dla prawdy w życiu publicznym byłoby nieporozumieniem. Mniejsza o nieszkodliwe w sumie kłamstewka propagandowe rozgłośni ojca Rydzyka. Co osoby duchowne głoszą w chwilach najbardziej uroczystych, także wzoru prawdy nie daje i atmosferze prawdy nie sprzyja.

Wydanie: 29/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy