Kryzys demograficzny konsekwencją samorozgrzeszenia

W poprzednim felietonie napisałem, iż jedną z poważnych przyczyn obserwowanego nie tylko w Polsce kryzysu demograficznego jest zanik skuteczności misji duszpasterskiej Kościoła katolickiego. Spróbuję przyjrzeć się temu zjawisku nieco bliżej.
Prawie od zarania swej egzystencji Kościół chrześcijański dopuszczał bezgrzeszność stosunków seksualnych w małżeństwie podejmowanych tylko z zamiarem prokreacyjnym. Stąd wszelkie środki antykoncepcyjne, bądź inne sposoby niedopuszczania do osiągnięcia celu prokreacyjnego, były traktowane jako dzieło szatana, a korzystanie z nich traktowano jako grzech śmiertelny. Ta idea nadrzędności prokreacji miała żydowski rodowód, jak zresztą spora część chrześcijańskich zasad moralnych. Przekonanie o nadrzędności prokreacji nad biologicznymi i psychologicznymi satysfakcjami, uzyskiwanymi w stosunkach seksualnych nie było całkiem irracjonalne, wywołane wyłącznie względami natury religijnej. Ingerencja żydowskiego prawa w intymne pożycie ludzi miała mocne oparcie w kolosalnej śmiertelności niemowląt, co u nas było aktualne jeszcze całkiem niedawno, jak również była jednym z czynników umacniających władzę kapłańską nad ludem bożym. To pewne i solidne umocowanie władzy kapłańskiej nad wiernymi przeniosło się ze Starego Testamentu do chrześcijaństwa. Władza nad ludzką erotyką, możność wydawania w tej dziedzinie nakazów i zakazów, a także, co może najważniejsze, prawo do odpuszczania win w dziedzinie erotyki, była ogromnym filarem, na którym wspierała się pewnie i skutecznie władza Kościoła nad społecznością ludzi wierzących. Można to zjawisko określić lapidarnie słowami: “Grzech jest naturalnym i niezawodnym źródłem władzy”.

Można jeszcze do tego stwierdzenia dodać formułę, iż “władza Kościoła nad wiernymi jest wprost proporcjonalna do częstotliwości popełnianych przez nich grzechów erotycznych”. Co więcej, powiem, że grzech erotyczny jest prawie ostatnim bastionem władzy Kościoła nad jego ludem. Nie ma już indeksu ksiąg zakazanych, wolno nam, katolikom, czytać dzieła dawniej opatrzone groźnymi rygorami i wymagające specjalnych zezwoleń, ograniczono – aż może zanadto – wszelkie posty, złagodzono kary, ostatnio był nawet taki papież, który dobrotliwie patrzył na księży żonatych i nie pozbawiał ich prawa do udziału we wspólnocie katolickiej, tyle że już jako ludzi świeckich.
Godzinami można wyliczać wszystkie złagodzenia dyscypliny moralnej, podjęte z myślą o dostosowaniu praw Kościoła do zmieniających się warunków życia społeczeństw. W jednej dziedzinie Kościół jest nieugięty. Nie wyraża zgody na antykoncepcję, choć i tu pojawiła się moralnie wątpliwa, wedle dawnych pojęć, furtka w postaci “naturalnych sposobów planowania narodzin dzieci”, czy też raczej “ograniczania tych narodzin”.
Wolno sądzić, że obecnie narastający kryzys demograficzny jest konsekwencją innego zjawiska, a nie tych “naturalnych metod”. W seksualne pożycie ludzi wierzących i niewierzących wtargnęły masowo środki antykoncepcyjne. Lud boży sam sobie dał w tej sprawie rozgrzeszenie. Nie czekał na zgodę Kościoła, gdyż widział jego zatwardziałość w tej dziedzinie. Gdzieś na boku tej sprawy plącze się, oczywiście, także zjawisko aborcji. Jej nielegalna egzystencja nie jest dla nikogo tajemnicą, ale kobiety znają też dobrze groźne dla ich zdrowia skutki sztucznych poronień i jak już mają popadać w konflikt ze swoim religijnym sumieniem, to wolą antykoncepcję od aborcji. Wolą w skali masowej, chociaż aborcja nielegalna nadal istnieje i miewa się dobrze.
Ktoś może powiedzieć, że właściwie to wszystkie perypetie wokół erotycznego życia ludzi kończą się pomyślnie. Kobiety zrozumiały korzyści, jakie daje im oraz ich partnerom używanie środków antykoncepcyjnych – co znacznie ograniczyło tę rzeź niewiniątek, jaką była do niedawna masowa aborcja, tak bardzo na dodatek szkodliwa dla kobiet. Kościół także wiele nie stracił, gdyż nasze społeczeństwo mimo oczywistego odstąpienia od nauczania Kościoła, czego dowodzi niezbicie kryzys demograficzny, mimo ostrych ustaw antyaborcyjnych – nadal uważa się za lud boży, katolicki, uwielbiający swego polskiego papieża, lecz wypełniający jego nauki tak, jak to jest temu ludowi wygodne, czyli: “Uwielbiamy Jana Pawła II, ale uznajemy i stosujemy antykoncepcję zwyczajną, nie tę zawodną, naturalną”.
Póki miałem – jako poseł na Sejm RP – bezpośredni wpływ na te sprawy, sprzeciwiałem się rozluźnieniu rygorów antyaborcyjnych, także i z racji prawnych. Pisałem o tym wiele razy. W obecnej Europie interesy majątkowe tzw. nasciturusa, czyli dziecka poczętego są – pod warunkiem, że się urodzi żywe – znacznie lepiej zabezpieczone niż jego życie. Tak nie może być. Byłem natomiast zwolennikiem antykoncepcji, bo uważam, że tak, jak istnieje święte prawo do życia nasciturusa – tak też istnieje równie święte prawo kobiety do ochrony przed poczęciem. Te tak zwane “naturalne środki planowania rodziny” to nic innego, jak obłuda kościelna. Przecież u podstaw poglądu na antykoncepcję tkwiła zasada, iż stosunki płciowe – nie zmierzające do poczęcia – są z samej swej natury śmiertelnie grzeszne. Tak uważali pierwotni ojcowie Kościoła i taki nam spadek w nauczaniu moralnym pozostawili. Wszelkie rozważania nad różnicą pomiędzy naturalnym zapobieganiem ciąży a używaniem środków antykoncepcyjnych – jeśli podważa się prastarą naukę dawnych ojców Kościoła – należą bardziej do ginekologii niż do moralistyki, nie mówiąc już o teologii.
Tak czy inaczej na to wszystko spojrzymy, jedno jest pewne. Runęła bariera zakazów moralnych w dziedzinie ochrony przed poczęciem, a w ślad za tym upadkiem liczba narodzin tak się zmniejszyła, że mamy kryzys demograficzny. Bogate kraje, np. Francja, radzą sobie, czy też próbują sobie radzić, przy pomocy wysokiego premiowania narodzin więcej niż jednego dziecka. Czy dojdziemy z czasem do tego? Na razie nasze wsparcie rodzin wielodzietnych jest znikome, podobnie jak skuteczność misji duszpasterskiej Kościoła. Jeszcze raz wrócę do tej sprawy za tydzień.

4 stycznia 2000 r.

Wydanie: 3/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy