Berlingowcy

Berlingowcy

W 1944 r. nie nazywano ich kościuszkowcami, mówiono „berlingowcy” i ta nazwa była odpowiedniejsza. Jednak – jak słyszałem – jaczejka komunistyczna uważała, że gen. Zygmunt Berling nie zasługuje na to, by jego imieniem nazwać wojsko, które zorganizował i którym dowodził. Niech będzie tak, jak się stało, ale imieniem Kościuszki można nazwać wszystko, a realnym dowódcą 1. Dywizji był Berling.

Zanim się pojawili, szła o nich wieść – jedni się radowali, że takie wojsko istnieje, a drudzy, którzy przez pięć lat żyli nadzieją, że w wolnej Polsce będą starostami, komendantami albo inne urzędy będą pełnić, byli o berlingowcach z góry bardzo złego zdania. Nie stanowili większości, przeciwnie, ale mieli wpływ zwłaszcza na młodzież wychowaną w hiperpatriotycznych szkołach przedwojennych. Byli jeszcze ziemianie, którzy się nie mylili, bojąc się tego, co nadchodzi.

Wreszcie zobaczyliśmy to legendarne wojsko. Szli dwójkami długim szeregiem, a my z bratem staliśmy w furtce i każdej dwójce mówiliśmy dzień dobry, jak każe wiejskie wychowanie. Niektórzy się uśmiechali, niektórzy nam odpowiadali dzień dobry, ale do dziś pamiętam też dwóch czy trzech żołnierzy bardzo smutnych, niezwracających na nas uwagi. Nie mogliśmy nadążyć z naszym dzień dobry i w końcu zamilkliśmy.

Ludzie szukali opieki u berlingowców, gdy żołnierze radzieccy dopuszczali się kradzieży albo rabunku, co zdarzało się rzadko, ale się zdarzało. W naszym domu pechowo buty całej rodziny znajdowały się w jednym miejscu. Sowiet, sądząc po pozorach, pochodzący ze stepów Azji Środkowej, wszystkie zabrał je do worka. Buty w czasie wojny to była rzecz cenna. Szarpałem się z żółtawym sołdatem, ale siły były nierówne, gdy zdjął karabin, instynkt samozachowawczy kazał mi uciekać. Matka odnalazła polskiego oficera, który jej wytłumaczył, że nawet oficerowie radzieccy nie mają władzy nad żołnierzami, gdy ci postępują według odwiecznych zwyczajów wojny.

Do Narola, pobliskiej miejscowości, która przed wojną była miasteczkiem polsko-żydowskim, zajechał młody oficer Żyd z dywizji Berlinga, chcąc zobaczyć choćby zgliszcza i przywitać się z kolegami z lat szkolnych. Spotkał się z tymi kolegami, przyjęli go przyjaźnie, wypili, a następnie go rozstrzelali. Według tego, co mi mówiono, nazywał się Pelc. Jest wersja, że było ich dwóch braci, ale to niepewne.

Oficjalna platformerska i pisowska nauka historii ustaliła, że żołnierze berlingowcy przynieśli na bagnetach komunistyczne zniewolenie. Znam ludzi poważnych i wybitnych, którzy mają poczucie, że znajdują się pod okupacją. W Polsce panują różne wolności (o wolności należy mówić w liczbie mnogiej), skąd więc u wielu ludzi poczucie zniewolenia?

Czym, jak nie zniewalaniem umysłów, jest tworzenie państwowej instytucji, której celem jest fałszowanie historii, w szczególności wielkiej wojny, w której rozstrzygała się sprawa istnienia lub nieistnienia narodu polskiego. Kto, jak nie okupant, niszczyłby dziś pomniki polskich zwycięskich bitew o Pomorze, na którym żyją Polacy i z którego nie zechcą ustąpić.

Historycy szczecińscy doskonale rozprawili się z państwowym nakazem zniszczenia pomnika postawionego na cześć 1. Armii, walczącej z Niemcami w ramach sił alianckich przecież. Wyprowadzanie po latach tej armii z tych sił i traktowanie jako armii wrogiej jest pomysłem idiotów. Idioci czy nie, stwarzają złowrogą fikcję, zadekretowaną jako prawda państwowa. Nie ma się czemu dziwić, że niemało ludzi czuje się jak pod okupacją.

W Zamościu w Rotundzie – budowli zwanej tak z powodu swego kształtu – Niemcy urządzili jedno z najpotworniejszych więzień we wschodniej Polsce. Dziennie mordowano tam około stu Polaków – schwytanych partyzantów lub podejrzanych o konspirację. Do stłoczonych więźniów strzelano z góry z karabinów maszynowych. Niemcy uciekli dopiero 21 lipca 1944 r., gdy oddziały radzieckie i polskie – berlingowskie – szybko się zbliżały. Każdy dzień opóźnienia kosztował życie stu więźniów. A teraz ideologiczni potomkowie „kolegów” porucznika Pelca prawią, że berlingowcy (czy kościuszkowcy) nieśli na bagnetach komunistyczne zniewolenie.

Wydanie: 42/2018

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 18 października, 2018, 21:48

    „nawet oficerowie radzieccy nie mają władzy nad żołnierzami, gdy ci postępują według odwiecznych zwyczajów wojny. ”
    Przez polskie ziemie przeszła Armia Czerwona licząca bodaj ponad 2.5 miliona ludzi. Ludzi, którzy od 3 lat walczyli na najbardziej brutalnym froncie, najbardziej okrutnej wojny w historii. Ludzi, którzy widzieli straszliwe zbrodnie, których hitlerowcy dopuszczali się na ich terytorium, na ich rodakach. Którzy widzieli prawie milion ludzi zagłodzonych w oblężonym Leningradzie albo setki wsi spalonych wraz z mieszkańcami. Takich doświadczeń nie miała żadna inna armia walcząca w II w.św. Rachunek jest prosty: wystarczy, że zaledwie kilka procent z nich, zaledwie raz dopuściło się jakiegoś występku – a liczba gwałtów czy rabunków od razu idzie w dziesiątki, setki tysięcy. A kilka procent zdeprawowanych, biorąc pod uwagę wspomniane wyżej okoliczności, to i tak ostrożne oszacowanie. Nie ma się co dziwić, że dowódcy nie byli w stanie nad wszystkimi zapanować. Amerykańscy żołnierze we Francji zgwałcili kilkadziesiąt tysięcy kobiet – a przecież nie mieli za sobą tak demoralizujacego horroru wojny jak to, czego doświadczyli czerwonoarmiści.
    Ot ponura statystyka wojny…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy