Murzyńskość

Murzyńskość

Murzyńskość to termin wprowadzony do publicznego obiegu przez Radosława Sikorskiego w czasie jednej ze słynnych debat u Sowy i Przyjaciół. Ostatnio ten termin wypełnił się nową treścią. Stało się to w czasie pielgrzymki prezydenta Dudy do Waszyngtonu. Łaszący się bezskutecznie do Trumpa polski prezydent został upokorzony przy podpisywaniu porozumienia, gdy dopuszczono go do skrawka biurka amerykańskiego prezydenta i pozwolono podpisywać na stojąco, podczas gdy Donald Trump siedział przy biurku rozparty w swoim fotelu.

Nie było to jakieś niedopatrzenie czy wynik nieporozumienia. W dyplomacji nie ma aż takich przypadków. W ten sposób egocentryczny, bufonowaty Trump pokazał, że polskiego prezydenta traktuje jako mało ważnego petenta.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz niezręcznie tłumaczył, że już dopuszczenie do tego, by ktoś dotknął biurka prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest zaszczytem. I dostąpił go Andrzej Duda. Naprawdę? To taki zaszczyt dla prezydenta dumnego narodu, co to właśnie wstał z kolan?

Wolę już dowcipny w założeniach komentarz ministra Szczerskiego, który zażartował sobie, że tylu ludzi domaga się, by prezydent siedział, więc on na przekór im stał przy podpisywaniu porozumienia z Trumpem. Dowcip taki sobie, z gatunku resortowego poczucia humoru i kto wie, czy ostatecznie nie dwuznaczny? Że niby jak? Jak w Polsce będzie siedział, to w Ameryce przynajmniej postoi? Miało być dowcipnie, wyszło nie bardzo lojalnie. Ministra Szczerskiego kłopot.

Media rządowe przedstawiły wizytę (pielgrzymkę?) jako wielki sukces pisowskiej polityki zagranicznej. Jakie są jej efekty? Trump powiedział, że Polacy są wielkim narodem. Czy z tego coś wynika? O wizach dla obywateli polskich nawet się nie zająknął. Jakoś administracja amerykańska nie chce wpuszczać do swojego kraju przedstawicieli tego „wielkiego narodu”. Może wolą mniejsze?

Bez takiej oceny Trumpa bylibyśmy narodem mniejszym? Coś z tej naszej wielkości wynika? Co sam Trump gotów jest zrobić dla tego „wielkiego narodu”? Gotów jest sprzedawać temu „wielkiemu narodowi” gaz (droższy od rosyjskiego). Myślę, że po tej cenie gotów byłby sprzedawać także narodom mniejszym. Byleby chciały kupić i miały czym płacić. Nawiasem mówiąc, wtedy gdy polski prezydent pielgrzymował do USA, jego węgierski przyjaciel Orbán akurat pojechał do Rosji i spotkał się z Putinem. Od niego będzie nadal kupował tańszy, rosyjski gaz. Amerykańskiego, zdaje się, nie chce.

Chciał też prezydent Duda, aby Trump obiecał, że przyśle nam na stałe – a nie tylko rotacyjnie, jak dotąd – choćby batalionik żołnierzy. Trump nic konkretnego nie obiecał. Nie pomogły zaklęcia, że baza amerykańska w Polsce będzie się nazywać Fort Trump. Trump gładko pochlebstwo przełknął, ale zapełnić żołnierzami bazy swego imienia nie obiecał. Nawet nie zrewanżował się obietnicą, że w czasie najbliższych ćwiczeń gdzieś w Nevadzie czy Arizonie pierwszy wykonany przez amerykańskiego żołnierza okop nazwie Okopem Dudy. A przecież mógł. Co by mu to szkodziło?

Okazało się, że ów mityczny Fort Trump gotowi jesteśmy (no my, podatnicy!) zapełnić amerykańskimi żołnierzami za miliardy dolarów rocznie. Czyli mielibyśmy sobie wynająć za słoną cenę ochronę amerykańskich żołnierzy. Krótko mówiąc, w Forcie Trump byliby tacy ni to ochroniarze wynajęci do ochrony, ni to wojska najemne. Trump, który wielokrotnie publicznie kwestionował nakaz wynikający z art. 5 traktatu NATO, miałby się wykręcić z wynikających z tego artykułu zobowiązań jakimś batalionem zakwaterowanym w polskim Fort Trump i jeszcze zarabiać na tym dużą kasę. Może to i dobry interes dla Ameryki. Ale dla nas?

Obsesyjne dążenie do tego, by w Polsce stacjonował na stałe oddział (a choćby pododdział) żołnierzy amerykańskich, świadczy o tym, że tak naprawę sami nie wierzymy, że USA dotrzymają zobowiązań wynikających z art. 5 i dopiero, jeśli ich żołnierze zostaną zaatakowani na polskim terytorium, to ruszą nam (im?) z pomocą. To może zamiast kupować sobie za miliardy ochronę w USA i sprowadzać stamtąd wojska najemne, lepiej przekonywać ich prezydenta, aby jednak zechciał poważnie traktować pakt NATO. Przekonywać byłoby zapewne łatwiej, gdybyśmy to robili wspólnie z całą Unią Europejską. Ale z Unią jesteśmy skłóceni, a na skutek własnej postawy zmarginalizowani. Razem z Unią przekonywać nie jesteśmy w stanie.

Trump może powiedzieć kilka komplementów Polsce i Polakom. To nic nie kosztuje. Poza tym Polska liczy się dla niego tylko na tyle, na ile jest lub może być dla firm amerykańskich rynkiem zbytu: drogiego gazu, drogiego i nie zawsze sprawnego uzbrojenia. Ameryka nie prowadzi polityki, kierując się sentymentami, tylko interesami. Pamięć Kościuszki czy Pułaskiego, najszczersze nawet, a nie tylko udawane, uznanie dla polskiego wkładu w rozmontowanie komunizmu nie mają najmniejszego wpływu na politykę tego supermocarstwa.

Ameryka potrzebuje też Polski do drażnienia Rosji, ale w ostatecznym rachunku i tak z Rosją musi się dogadać, i prędzej czy później to nastąpi. Prawdziwe interesy amerykańskie lokują się teraz głównie w Azji i na Bliskim Wschodzie, nie w Europie Środkowej. Rosja potrzebna jest Ameryce w walce z terroryzmem islamskim. Potrzebna jest też jako przeciwwaga dla Chin. Tego kierunku amerykańskiej polityki nie zmienią żadne przymilania się przywódców z Europy Środkowej, żadne forty Trumpa wypełnione żołnierzami najętymi za miliardy dolarów.

Wydanie: 39/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy