Lepiej być nie może

Lepiej być nie może

Zdziesiątkowane bakcylami rodziny włóczą się blade po supermarketach. Jedni wyglądają jak białe kiełbaski, drudzy jak zwiędłe suszki. „Niechże pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie koprze”. Bo czy słońce da się suplementować? W każdym razie na tej półkuli naprawdę po nas widać zimę. Cera tzw. ziemista, jelito nadwątlone przez antybiotyk, włos skołtuniony na wietrze sterczy niczym wesołe grabie. Jednak prawdziwy optymista zawsze wymyśli jakiś atut, zawsze w błocku znajdzie pieniążek, w złym filmie jeden piękny kadr. I tak prawdziwy optymista postanawia wykorzystać okresy pomroczności na autoterapię arteterapią. Wybierze w tym celu narzędzie podstawowe, niezawodne: książkę. Wie, że książka zadziała, pokrzepi, rozwinie. Do tego wybór lektur jest praktycznie nieograniczony. Satysfakcja gwarantowana.
Postanowiłam, że w tym roku na święta też będę taką optymistką. Udałam się do biblioteki i – w akcie cywilnej odwagi oraz obywatelskiego nieposłuszeństwa – poprosiłam o książkę najgrubszą, najpokaźniejszą i najstraszliwszą. Dostałam „Odkrycie nieba” Harry’ego Mulischa. Stron 776. Nie do końca pewna poziomu swojego optymizmu zadbałam jednak o plan awaryjny, suplement. W antykwariacie wyszperałam najdrobniejsze woluminiątko, jakie mieli. „Urodziny” Carlosa Fuentesa. Czytając cienką, będę tęsknić do grubej, pomyślałam. Biegnąc przez grubą, będę chciała kontemplować cienką. Dwie zmiksowane, osadzające mnie w kontrapunkcie dadzą mi dystans do zimy i siłę – kombinowałam. – I pozwolą przetrwać święta, święta, i po świętach się ocknąć w lepszym świecie. Uporządkowanym, ubogaconym, piękniejszym.

Zaczęło się nieźle. W pierwszej książce facet spotkał w antykwariacie cudną dziewczynę grającą na wiolonczeli. „To zawsze są historie o mężczyznach i kobietach”. Więc jej białe udo, jego zgrabna pupka, trochę muzyki, dziwne mieszkanka i mamy love story. To nic, że ona wkracza nago do pokoju akurat przy dźwiękach muzyki Wagnera. Tego typu zbiegi okoliczności nikomu jeszcze nie zaszkodziły. Jak raz – myślę – lektura na zimę. Dobrze trafiłam! Sięgam do cienkiej książki. Równie dobry początek: jakaś kobieta (wprawdzie rozczochrana i w ciąży) nuci staruszkowi piosenkę „podchwyconą latem na którymś z festynów w wiosce bez nazwy”. Nic tak nie koi zimą, jak odrobina liryzmu. Nóżki wyciągam, się – jak to mówią – rozpieram i jadę dalej. Czarnulka od wiolonczeli zachodzi w ciążę, ale nie wie z kim. Ma wypadek i zapada w śpiączkę. Jeden z jej facetów dyma jej matkę (tajemniczy dopisek: jej macica nocą była pompą ssącą). Robią jej cesarkę, lecz ona się nie budzi. Rodzi się tajemnicze dziecko, które nic nie mówi. Przez kolejne dwa lata. A jego pierwszym słowem jest, no? Mama? Tata? Naczelnik? Nie, kurwa, obelisk. Zdrowy na umyśle optymista w tym miejscu wyczuje nadciągający front pesymizmu. Zda się na ślepy los ucieczki w nieznane, a książkę odłoży na święte nigdy więcej. Ale nie optymista, który ma plan, wiarę w potęgę księgi i święta za pasem. Zresztą, nie po to optymista jest optymistą, żeby tak łatwo się poddawać. Brniemy! Zapinamy pasy, dopisujemy na marginesie kąśliwe „oh, really?” lub rozpaczliwe „serio”? I dalej z coraz bardziej zaciśniętymi ustami wzruszamy się losem bohaterów. Ale kiedy na kolejnych stronach syn po raz pierwszy odwiedza matkę w śpiączce i pyta: „Tato, czy możemy zobaczyć jej oczy?”, a potem po tajniacku podnoszą jej powiekę, następnie wiolonczelistka w śpiączce dostaje raka, w jednego z ojców trafia meteoryt, a drugi postanawia zostać pustelnikiem – nawet optymista ma ochotę zrobić sobie przerwę.

Udaję się do przestronnej nowiuśkiej łazienki, zbryzguję twarz zimną wodą i odsuwam od siebie zwątpienie. Jest jeszcze przecież druga, cieniutka książeczka, będzie dobrze. Czytamy. Pojawia się jakieś dziecko, które ssie pierś kobiety, jednocześnie patrząc złowrogo na przybysza. Przybysz okazuje się widmem dziecka, więc właściwie go nie ma (to się jednak rzadko zdarza głównym bohaterom literackim). Dziecko wciąż podciąga rękawek i okazuje swoje rany. „Przestań pokazywać mi to ramię. Podrapał cię kot”. „Nieprawda, wiesz przecież, że kiedy wraca, odnawia mi się rana”. Im dalej w las, tym więcej wilków. To znaczy dzieci. Nawiedzonych, rannych, boskich lub szatańskich. Wychodzę się przewietrzyć, taszczę śmieci w miejsce przeznaczenia i wtedy widzę na parterze w wielkim oknie balkonowym ślicznego chłopca, zaspanego jak morska świnka, z rączkami przyklejonymi do szyby. Odskakuję od okna nerwowo, przyspieszam kroku, chowam się w śmietniku. Lektury zrobiły swoje. Wracam, chowam książki do szuflady. Włączam „Cztery wesela i pogrzeb”. W porządku, tym razem źle wybrałam, źle trafiłam. Następnym razem będzie lepiej.

Postanawiam nie wychodzić z domu do wyborów. Bo będą jeszcze kiedyś wybory, prawda?

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy