Tag "Donald Trump"
Szykuje się historyczny proces Maduro w USA
Postępowanie w czterech odsłonach
Korespondencja z USA
Startujecie! – ogłasza Trump 2 stycznia o godz. 22.46. Z 20 baz w rejonie Morza Karaibskiego podrywa się 250 maszyn, w tym F-35, samoloty wczesnego ostrzegania E-2 Hawkeye, śmigłowce Chinook i bombowce. Obierają kurs na Wenezuelę. Pierwsze pociski uderzają w ochronę przeciwlotniczą i radarową Caracas o godz. 1.01 w sobotę. Między godz. 2 a 2.30 komandosi elitarnej jednostki Delta Force wdzierają się do fortecy prezydenta Nicolása Madura. O 4.30 Trump obwieszcza na swoim koncie w Truth Social, że wenezuelski dyktator jest w drodze do amerykańskiego więzienia.
Choć od operacji „Absolute Resolve” (Absolutna Determinacja czy też Decydujące Rozwiązanie), jak wymownie nazwano akcję w Caracas, minęło już nieco czasu, pytań związanych z amerykańskimi planami dla Wenezueli na razie przybywa, ale kilku rzeczy możemy być pewni już teraz. Maduro wraz z żoną Cilią Flores dotarli do USA, osadzono ich w znanym z rygoru i niewygód więzieniu Metropolitan Detention Center na Brooklynie i już nawet doprowadzono przed oblicze amerykańskiego sądu. Ameryka oskarża ich, ich dorosłego syna i trzech innych członków wenezuelskiego rządu o narkoterroryzm (wspieranie narkokarteli przez udostępnianie infrastruktury do przemytu i ochronę przed służbami innych państw), przemyt kokainy do USA (250 ton w ostatnich 20 latach) oraz posiadanie karabinów maszynowych i innej broni nielegalnej na terenie USA. Wenezuelczycy na razie nie przyznają się do winy, a Maduro przed sądem oskarżył amerykański rząd o bezprawie, nazywając siebie jeńcem wojennym.
Przyjrzyjmy się czterem kluczowym aspektom tej sprawy, bo nie ma wątpliwości, że szykuje się historyczny proces.
Odsłona pierwsza
Sąd Federalny Dystryktu Południowego (Manhattan) w Nowym Jorku
Dlaczego wenezuelski dyktator oskarżany przez administrację Trumpa o działalność przeciwko Ameryce będzie sądzony na Manhattanie, a nie w Waszyngtonie?
Po pierwsze, dlatego że to siedziba prokuratury, która już w 2020 r. wysunęła przeciwko Madurowi i pięciu jego współpracownikom podobne zarzuty. Uaktualniony akt oskarżenia wyszedł nawet od tego samego prokuratora, Jaya Claytona. Dwóch spośród oskarżonych wcześniej – gen. Clíver Antonio Alcalá Cordones oraz Hugo Armando Carvajal Barrios – już zostało osądzonych. Barrios czeka na wyrok, a Cordones został skazany na 21 lat więzienia.
Po drugie, jak wyjaśniła mi Milena Sterio, szefowa Centrum Prawa Międzynarodowego na Uniwersytecie Stanowym Cleveland w Ohio, „sąd na Manhattanie specjalizuje się w sprawach związanych z bezpieczeństwem narodowym, terroryzmem i przestępczością międzynarodową na dużą skalę”. Sterio przypomina, że to tutaj w 2019 r. sądzono i skazano bossa narkotykowego „El Chapo”, czyli Joaquína Guzmána Loera, w 2014 r. – zięcia Osamy bin Ladena, Sulajmana Abu Ghaisa, a w 2024 r. – byłego prezydenta Hondurasu Juana Orlanda Hernándeza, którego ukarano za przestępstwa podobne do tych, jakie przypisuje się Madurowi.
Odsłona druga
Operacja „Absolute Resolve”
Operacja, która przywiodła Madura przed oblicze amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, była niewątpliwie majstersztykiem. Czy jednak była legalna? Nie potrzebujemy dokładnego sprawozdania z jej przebiegu – choć władze USA zdradziły wiele szczegółów już kilka godzin po zakończeniu akcji w Caracas – by wiedzieć, że nosiła znamiona porwania urzędującej głowy państwa. Prawo międzynarodowe zabrania używania siły wobec przywódców państw, chociaż zainteresowana strona może się zwrócić do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze o wszczęcie śledztwa, w wyniku którego MTK wyda nakaz aresztowania oskarżonego. Ewentualnie strona może użyć siły wobec głowy innego państwa w akcie samoobrony, gdy zagrożenie jest nieuchronne. USA nie kontaktowały się przed operacją z MTK.
Eksperci prawa amerykańskiego podnoszą też,
Nieobliczalny lider
USA z racji swojego potencjału są niekwestionowanym liderem świata zachodniego. Kłopot w tym, że ten lider zaczyna postępować w sposób nieobliczalny, łamiąc przyjęte zobowiązania i zasady. Europa zaczyna pytać: czy Ameryka nam zagraża? Czy możemy na niej polegać?
Zatrzymanie Nicolása Madura otworzyło nam rok 2026. Nie, nie zamierzam płakać po Madurze, bo łamał demokrację, wsadzał przeciwników politycznych do więzienia, nie uznawał wyników wyborów. Ale, jak widzimy, nie w imię obrony demokracji Amerykanie go porwali i przewieźli do Nowego Jorku. Reżim rządzący w Wenezueli został na miejscu, w zamian ma oddać amerykańskim koncernom kontrolę nad złożami ropy i pewnie innymi surowcami i słuchać amerykańskiego ambasadora. A czy będzie rządził twardo, czy łagodnie – to już nikogo nie obchodzi. Oto wróciliśmy do pierwszych lat XX w., do doktryny Monroego i do zasady: to nic, że
Imperialna twarz Ameryki
Bezpośredni atak na Wenezuelę oznacza powrót Waszyngtonu do dyplomacji grubej pałki
Atak Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę z początku 2026 r. zaszokował świat. Dla jednych był to akt sprawiedliwości, w imię której brutalny dyktator został pojmany i postawiony przed sądem. Dla drugich to nieusprawiedliwiona ingerencja hegemona w sprawy wewnętrzne niepodległego państwa. Jeśli jednak zna się historię zaangażowania USA na półkuli zachodniej, o żadnym zaskoczeniu nie może być mowy.
„Był to jeden z najbardziej zdumiewających, skutecznych i potężnych pokazów amerykańskiej potęgi militarnej oraz kompetencji wojskowych w historii Stanów Zjednoczonych”, zaczął konferencję prasową 3 stycznia Donald Trump. W jej trakcie on sam oraz jego współpracownicy wielokrotnie powtarzali, że operacja „Absolutna Determinacja” miała na celu nie tylko pojmanie prezydenta Wenezueli Nicolása Madura, ale również zademonstrowanie „powrotu USA do Ameryki Łacińskiej”.
Świat zrozumiał to przesłanie. Mimo początkowych zastrzeżeń większość europejskich liderów z satysfakcją przyjęła upadek reżimu, wyrażając zarazem nadzieje na demokratyzację kraju. Ale sama administracja Trumpa szybko te nadzieje zweryfikowała. Już dwa dni po ataku na Wenezuelę, 5 stycznia, Departament Stanu opublikował na platformie X ostrzeżenie: „To jest nasza półkula, a prezydent Trump nie pozwoli, aby nasze bezpieczeństwo było zagrożone”.
Także podczas wspomnianej konferencji mówiono o demokracji jak najmniej. Amerykański prezydent nawet nie starał się ukryć, że nadrzędnym celem było odzyskanie przez USA kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy, uznawanymi za jedne z najbogatszych na świecie. „Pieniądze wydobywane z ziemi są bardzo znaczące. Odzyskamy wszystko, co wydamy”, z dumą zapowiedział Trump. Co prawda, wciąż nie wiadomo, jak w praktyce ma wyglądać amerykańskie administrowanie Wenezuelą, lecz jedno jest pewne – będzie ono z korzyścią dla biznesowych przyjaciół obecnego gospodarza Białego Domu.
Doktryna Monroego wiecznie żywa
„Pozostaniemy w Wenezueli, będziemy rządzić tym krajem do czasu, aż będziemy mogli przeprowadzić właściwe przekazanie władzy”, wyjaśnił swój plan Trump. Mówiąc to, amerykański prezydent powołał się na doktrynę Monroego, o której podczas konferencji wspominali też jego współpracownicy. Ogłoszona w 1823 r. przez ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroego przyznawała Stanom Zjednoczonym prawo do ingerowania w sprawy państw półkuli zachodniej w celu zapobieżenia rozpanoszeniu się tam europejskich mocarstw. Był to czas upadku imperium hiszpańskiego, zasadne wydały się więc obawy, czy o jego dawne kolonie nie pokuszą się Wielka Brytania lub Francja. Jednak zapisy doktryny otwarcie wyrażały również imperialne zakusy młodej demokracji, z których ta nigdy nie zrezygnowała. Stąd powoływanie się na nią także ponad dwa stulecia później, w zupełnie już innej rzeczywistości geopolitycznej.
Jak zaznacza historyk Jay Sexton, słowa Monroego służyły każdej kolejnej administracji prezydenckiej do usprawiedliwienia własnych działań w regionie: „Był to niekończący się projekt. Od momentu jego ogłoszenia w 1823 r. Amerykanie tworzyli większe, coraz bardziej złożone struktury, wciąż modyfikując jego znaczenie”. Szybko też doktryna Monroego przekształciła się z deklaracji rzucającej wyzwanie europejskim imperiom w manifest polityczno-biznesowy. Najpierw powoływali się na nią właściciele niewolników, później przedsiębiorstwa rolnicze i naftowe.
Doktryna Monroego dała pretekst do interwencji wojsk amerykańskich już pod koniec 1835 r. Decyzją ówczesnego prezydenta Andrew Jacksona (którego przykład często przywołuje Donald Trump) Korpus Piechoty Morskiej przybył do Peru, aby chronić interesy USA w czasie toczącej się tam wojny domowej. Ówcześni marines stacjonowali w młodym państwie aż do zakończenia konfliktu rok później.
Interwencję w Peru można uznać za przymiarkę do dalszej ekspansji, której kulminacja nastąpiła w 1846 r. Wówczas to Stany Zjednoczone przyłączyły Teksas – pozostający do tej pory w granicach Meksyku. W konsekwencji krwawej, trwającej trzy lata wojny USA wzbogaciły się o ponad 804 tys. km kw. kosztem południowego sąsiada.
Sukces w wojnie z Meksykiem rozniecił w amerykańskich sercach ambicje rozszerzania swoich interesów na dalsze państwa. W 1855 r. obywatel USA, lekarz William Walker, zebrał oddział najemników i na dwa lata przejął władzę w Nikaragui. Niewątpliwie była to samowolka, co jednak nie zmienia faktu, że jego rządy zostały wkrótce uznane przez Waszyngton za legalne, a zachęcony w ten sposób Walker planował podbój pozostałych państw regionu. Jak zwykle w takich sytuacjach mógł on liczyć na wsparcie amerykańskiego biznesu.
Rok po eskapadzie Walkera Stany Zjednoczone już oficjalnie wysłały swoje wojska do Panamy, by chronić amerykańskie przedsiębiorstwa przed nacjonalizacją. Była to pierwsza z pięciu (jak dotąd) interwencji USA w tym kraju. W 1885 r. Waszyngton powtórzył ten sam scenariusz w Gwatemali.
Wiek XIX został zakończony zwycięską wojną z Hiszpanią, w wyniku której USA zdobyły kontrolę nad Kubą i poszerzyły swoje zamorskie terytoria o Guam, Portoryko, Filipiny i Hawaje. Wszędzie tam amerykańscy żołnierze chronili nie tyle demokrację, ile prywatny biznes. Na potwierdzenie tego w 1912 r. oddział piechoty wylądował na Kubie, aby stłumić protesty czarnoskórej społeczności, sprzeciwiającej się dyskryminacji rasowej. W tym samym czasie amerykańscy marines trafili do Nikaragui, gdzie pozostali przez kolejne dwie dekady.
Dyplomacja kanonierek
Wcześniej, bo w 1905 r., prezydent Theodore Roosevelt (kolejny, na którym wzoruje się Donald Trump) ogłosił modyfikację doktryny Monroego. Odtąd USA zamierzały pełnić funkcje porządkowe już nie tylko w Ameryce Południowej,
Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa
Amerykański eksperyment ma się dobrze
Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin
Korespondencja z USA
Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.
Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.
A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.
Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.
Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,
Miszmasz
Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.
Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.
Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?
Hegemon radziecki,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Polska zdziecinniała
Właściwie nie powinienem się dziwić. Opuściłem przed 20 laty redakcję „Tygodnika Powszechnego”, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Stanisława Stommy – wartością najwyższą nie jest już dla niej Polska, lecz antykomunizm. Opuściłem w tym samym czasie Radę Krajową Unii Wolności, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Znaku i KOR – szuka ona aliansów wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej, że więc i tu antykomunizm stał się najważniejszy.
Nie powinienem również się dziwić, bo wciąż mam w kościach osiem lat z PiS, wypełnione pracowitym piłowaniem gałęzi, na którą z takim trudem się wdrapaliśmy: gałęzi Unii Europejskiej. Zresztą także gałęzi NATO, bo w czasie „pierwszego Trumpa” pisowcy załatwiali niekiedy sprawy wprost z Amerykanami, nad głowami NATO. Lecz i trumpistowskim Amerykanom dali się z czasem we znaki, ci bowiem zażądali odwołania ministra Antoniego Macierewicza.
No i zwłaszcza nie powinienem się dziwić, skoro dziś widzę prezydenturę Karola Nawrockiego. Wszyscy wszak obserwujemy zjawisko nieznane w Polsce od czasu rozbicia dzielnicowego: destrukcję władzy centralnej. Rozmaite w późniejszej Rzeczypospolitej rokosze, powstania i konfederacje nigdy nie rościły sobie pretensji do zastąpienia króla, wkroczenia w jego kompetencje, przypisania sobie jego majestatu. To dopiero dziś doczekaliśmy się dwóch ośrodków władzy, sczepionych w śmiertelnej walce. Ośrodka pierwszego, legalnego, mającego oparcie w konstytucji, oraz drugiego, faktycznie uzurpatorskiego, bo pojmującego swą misję jako wypuszczanie zatrutych pocisków w polski rząd.
Czy coś takiego miało szansę zaistnieć w przeszłości? Czy kiedykolwiek występowało i czy dziś występuje gdziekolwiek na świecie? Ośrodek prezydencki nie jest w stanie zachwiać rządem – jego walka jest zatem jałowa. A przecież jedno już mu się udało: doprowadził do spadku pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Oto zatem prezydent Polski, który jest wrogiem polskiego państwa. Tego państwa, które raz po raz traciliśmy i raz po raz, z
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Święta w Białym Domu
Przewodnik dla niewtajemniczonych
Korespondencja z USA
Świątecznie udekorowany Biały Dom to widok, na który Amerykanie czekają co roku z zapartych tchem. Pierwsze damy, odpowiedzialne za dekoracje, od dawna prześcigają się w pomysłach, jak przekształcić go w baśniową krainę, a jednocześnie umiejętnie przemycić wątki odzwierciedlające wizje polityczne ich mężów oraz elementy nawiązujące do ich własnych projektów.
Tegoroczny wystrój Melania Trump podporządkowała dwóm motywom: „Majestat Ameryki” oraz „Dom jest tam, gdzie serce”. Dominują w związku z tym ozdoby i akcenty tradycyjne, klasyczne i elegancka kolorystyka głębokiej czerwieni, złota oraz zieleni. Razem mają oddawać klimat domowego ogniska, a jednocześnie są ukłonem w stronę estetyki Gilded Age, „pozłacanego wieku”, do którego Donald Trump lubi się odwoływać i w życiu, i w polityce. Nie brakuje też mocnych akcentów patriotycznych w kolorze amerykańskiej flagi. Te z kolei mają przypominać, że w nadchodzącym roku Ameryka będzie świętować 250-lecie istnienia, a Trump, wręcz zafiksowany na tym jubileuszu, przy każdej okazji ogłasza, że ma zamiar go uczcić z wyjątkowym rozmachem.
O działaniach Melanii na rzecz poprawy bytu dzieci przypominają dekoracje w Pokoju Czerwonym: niebieskie motyle na drzewkach oraz białe ozdoby z napisami „Be Best” (Bądź najlepszą wersją siebie), hasłem tego projektu.
Boże Narodzenie – od cenzury po splendor
Biały Dom w okresie świątecznym to dziś bez wątpienia największa atrakcja Waszyngtonu. Jednak Boże Narodzenie zawitało do Ameryki relatywnie późno. Pierwsi koloniści, zwłaszcza społeczność purytanów, widzieli w nim oznaki pogaństwa, więc jawnie tępili obchodzenie go, a winnych surowo karali. Ale nawet mniej ortodoksyjnym protestantom w późniejszych wiekach – a ci stanowili większość białych mieszkańców Nowego Świata – Boże Narodzenie nie kojarzyło się najlepiej. Zbyt mocno zalatywało katolikami, których przecież uważali za zło wcielone.
Wszystko zmieniło się dopiero z nadejściem XIX w. i napływem do Ameryki nowych imigrantów. A wśród nich właśnie rzesz katolików z Włoch, Irlandii i Polski, tyleż zdeterminowanych realizować swój amerykański sen, co i nieskorych do porzucenia wyznawanej religii oraz jej obrządków. Fali popularności Bożego Narodzenia nic już nie mogło zatrzymać i prezydent Franklin Pierce ogłosił je świętem publicznym w roku 1856. Warto jednak dodać, że zachowały się dokumenty świadczące o tym, że może nigdy nie było ono aż tak potępiane, jak twierdzono. Wielu pierwszych prezydentów celebrowało Boże Narodzenie wystawnym obiadem, w tym John Adams, który w listopadzie 1800 r. wprowadził się do nie całkiem jeszcze ukończonego Białego Domu.
Na swoją pierwszą choinkę rezydencja wciąż jednak musiała poczekać. Drzewko pojawiło się w prywatnej części, dokładnie w Żółtym Pokoju Owalnym na drugim piętrze, dopiero za prezydentury Benjamina Harrisona w 1889 r. Jego następca, Grover Cleveland, jako pierwszy zapalił na prezydenckiej choince lampki elektryczne (1895), a dzieci Williama Tafta podsunęły ojcu w 1912 r. pomysł, by zainwestował w oficjalną „choinkę państwową”,
Bombki wojennej strategii
Kiedy taki amator jak ja czyta Narodową Strategię Bezpieczeństwa, opublikowany w listopadzie fundamentalny dokument amerykańskiej polityki (zasadniczo tej globalnej w służbie lokalnej), z każdą stroną pogrąża się w konfuzji. Chwilami nieudolna, grafomańska wręcz laurka trumpohołdna, epos o herosie, Najwybitniejszym Przywódcy „wolnego” świata. Były podśmiechujki z kultu Stalina czy Ceaușescu? Słońce Appalachów, Doliny Krzemowej i pasów rdzy opiewany jest niezgorzej. Zapewne tysiące mózgów na całym świecie rozkminiają, za gruby hajs, co to naprawdę znaczy dla ich regionu, kraju, interesów, bezpieczeństwa, przyszłości. Czy mamy tu odę do hegemonii, czy raczej jest to wypełniony paroksyzmami snów o potędze akt zgonu zranionego śmiertelnie globalnego hegemona? Z całą pewnością jest to koniec snu o Ameryce śnionego wśród elit europejskich, szczególnie polskich, które zawierzyły USA, z Trumpem czy bez, bardziej niż Jasnogórskiej Panience.
Pozaedukacyjna „osobowość” obecnego Trumpa wykuła się w jednej tylko kuźni: własnego interesu, bezwzględnej eksploracji kapitalistycznych reguł, trików, matactw, oszustw i kombinacji. Teraz ten model „zarządzania”, jedyny dostępny aparatowi umieszczonemu w czaszce (nie odważę się użyć słowa mózg) „Pomarańczowego”, będzie stanowił Nowe Reguły, zapowiadające kompleksową, nieokiełznaną próbę wyjścia ze stanu upadłości USA. W oczy rzuca się najcieplej potraktowany wymiar przemocy militarnej, możliwej do zastosowania wszędzie i przeciw każdemu. I żadnego przepraszania za cokolwiek, co już się zmajstrowało.
Bez pakietu cytatów się nie obejdzie: „Począwszy od
Koncert mocarstw
Czy Europa przed I wojną światową nie była spleciona mocnymi więzami ekonomicznymi?
Stało się. Wraz z nową strategią bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych ostatecznie żegnamy liberalny porządek zbudowany na prawie międzynarodowym i międzynarodowych instytucjach. A prawo to było w zasadzie podyktowane przez USA i służyło interesom USA. Dlatego amerykańscy realiści, tacy jak znany czytelnikom „Przeglądu” Stephen M. Walt, chwytają się za głowę, obserwując Donalda Trumpa i jego rozbrat z dotychczasowym porządkiem instytucjonalno-prawnym, w obrębie którego funkcjonowały powojenne stosunki międzynarodowe. Ten rozbrat nie jest, rzecz jasna, dobrą wiadomością dla małych i średnich państw. To wiadomość groźna, może zatrważająca. W polityce międzynarodowej prawo stwarza przestrzeń ochronną przede wszystkim dla podmiotów małych i średnich. Do pewnego stopnia zrównuje wielkich i małych, a w każdym razie jest wędzidłem dla woluntaryzmu wielkich. Istnienie prawa i jego poszanowanie stwarza państwom przewidywalne warunki działania.
Naturalnie w kraju takim jak nasz, to znaczy o niskiej kulturze prawnej i niskiej świadomości prawnej, to wszystko może brzmieć jak frazesy. Czy szanujący się Polak pomyśli kiedy o dobroczynności prawa, o korzyściach, jakie czerpie z istnienia reguł? Począwszy od reguł ruchu drogowego. Czy przyjdzie mu do zanarchizowanej głowy, że dotychczas pokonał i jeszcze pokona tysiące kilometrów bezkolizyjnie i z dużą prędkością i że zawdzięcza to kodeksowi drogowemu? Jak przypuszczam, ten hipotetyczny Polak uważa, że zawdzięcza to wszystko sobie – swoim wybitnym umiejętnościom prowadzenia samochodu.
To, co napisałem na wstępie o dobroczynności prawa, nie jest krótkim manifestem politycznego romantyzmu i naiwności. Wielcy oczywiście naruszali prawo międzynarodowe i panoszyli się w instytucjach powołanych do działania na rzecz wspólnego dobra wszystkich zrzeszonych w nich państw. Ale naruszali to prawo w zasadzie wtedy, gdy w grę wchodziły ich wielkie interesy. Żadne państwo i żadne mocarstwo nie chciało mieć przyklejonej łatki podmiotu permanentnie łamiącego prawo.
Wiarygodność jest kapitałem nie tylko w biznesie, lecz także w polityce. Kiedy jakieś państwo faktycznie naruszało prawo, czuło się w obowiązku przekonać swoją i zagraniczną opinię publiczną, że tak naprawdę go nie narusza. Już sama konieczność zbudowania w miarę wiarygodnego uzasadnienia dla łamania prawa działała powściągająco. Państwo skrzywdzone naruszaniem prawa przez inny, silniejszy podmiot miało do czego się odwołać, gdy zmieniła się polityczna konstelacja i silniejszy osłabł. Mogło liczyć na jakąś formę sprawiedliwości. Prawo międzynarodowe nie fundowało pełni sprawiedliwości, bo żadne prawo tego nie zapewnia, ale czyniło, mimo wszelkich zastrzeżeń, świat sprawiedliwszym i bezpieczniejszym.
Słyszę od uczonych kolegów, że nowa „doktryna Trumpa” ma tę dobrą stronę, że wyraża pogodzenie się Amerykanów z realiami. To znaczy porzucenie przez nich mrzonek o pozycji światowego hegemona. Ścisłe to nie jest. Świadomość, że jest „zbyt wiele wody w morzach i oceanach”,
Czy Europa traktuje Ukrainę instrumentalnie?
W kwestii pokoju w Ukrainie od wielu miesięcy powtarza się ten sam scenariusz. Prezydent Donald Trump wysuwa propozycje pokojowe, w wielkiej mierze na rosyjskich warunkach. Paradoksem, a może sprytną strategią negocjacyjną Rosjan jest to, że nigdy nie wiadomo, czy sama Moskwa je akceptuje. Marginalizowani w czasie negocjacji amerykańsko-rosyjskich główni europejscy przywódcy są przerażeni tym, że Stany Zjednoczone zdają się być sprzymierzone bardziej z Rosją niż z Ukrainą i Europą. Torpedują więc porozumienie oparte na rosyjskich warunkach i wojna toczy się dalej. Prezydent Trump zyskuje w ten sposób okazję do krytyki Europy, że oto europejscy przywódcy „tylko gadają”, a ich gadanie nie przynosi żadnych efektów. Oprócz kontynuowania wojny. Tym samym winą za trwającą wojnę zostaje obarczona Europa.
Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że wojna rosyjsko-ukraińska była pierwotnie tzw. proxy war. Brutalnie rzecz ujmując, była amerykańską wojną z Rosją, prowadzoną ukraińskimi rękami. Działaniem zmierzającym do osłabienia Władimira Putina, którego polityka była odczytywana przez poprzednią amerykańską administrację jako bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich interesów w związku z jego przymierzem z Pekinem, ale nie tylko. Pisałem o tym bez ogródek w „Przeglądzie” krótko po wybuchu tej wojny („Wojna w Ukrainie z perspektywy polityki mocarstw”, nr 12/2022). Donald Trump nie chce mieć nic wspólnego z działaniami administracji poprzednika, ale ciągłość państwowa Stanów Zjednoczonych nie została zerwana za sprawą drugiej wyborczej wygranej obecnego prezydenta USA. W związku z tym może on ignorować politykę prowadzoną przez prezydenta Joego Bidena, ale wyłącznie werbalnie.
Jest pewnie prawdą, że gdyby to Trump był prezydentem zamiast Bidena, do wojny zastępczej Ameryki z Rosją by nie doszło. Pośród wykoślawień prawdy, przeinaczeń, półprawd i bezceremonialnego mijania się z prawdą (vide liczba wojen, które zakończył) oraz wszelkiego rodzaju fantasmagorii wypowiadanych przez obecnego amerykańskiego prezydenta to jedno zdanie – że nie doszłoby do wojny – wydaje się szczere. Ale nie doszłoby dlatego, że prezydent Trump oddałby Rosjanom Ukrainę bez walki.
Jego najnowsza, obfitująca w sprzeczności Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, którą każdy ekspert i nieekspert w zakresie stosunków międzynarodowych, politolog, dziennikarz, bloger, blagier czy youtuber czuje się dziś w obowiązku „dogłębnie” omówić, oznacza m.in. zgodę na powrót do myślenia w kategoriach stref wpływów i koncertu mocarstw (gdy piszę ten tekst, do opinii publicznej trafia informacja, że istnieje nieopublikowana wersja strategii, w której Ameryka chce ustanowienia trzonu pięciu państw na wzór G7 w gospodarce, byłyby to USA, Chiny, Japonia, Rosja i Indie).
Sytuacja Europy, marginalizowanej







