Tag "Donald Trump"
Ostatni taki mundial
Futbol idzie w stronę pozasportowej rozrywki dla bogatych
Postawmy sprawę jasno – piłka nożna nigdy nie była sportem niewinnym. Już w latach 30. XX w., złotym okresie włoskiego futbolu, tamtejsza reprezentacja była jedną z ulubionych zabawek reżimu faszystowskiego i ważnym elementem jego propagandy. W 1938 r. Włosi grali nawet w czarnych koszulkach, a przed meczami wykonywali rzymski salut w kierunku trybun. Ich trener Vittorio Pozzo utrzymywał bardzo dobre relacje z faszystowskimi dygnitarzami, co później, w typowy sposób tłumaczono jako chęć obrony jego zawodników przed turbulencjami politycznymi.
Z kolei pół wieku później, w czasie argentyńskiego mundialu w 1978 r., świat patrzył, jak trofeum drużynie gospodarzy wręczał krwawy dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za stworzenie brutalnego systemu tortur i represji. Niektóre mundialowe spotkania odbywały się tak blisko więzień, że przetrzymywani w nich opozycjoniści mogli w celach słyszeć wiwatujących kibiców. A żeby mistrzostwa przebiegły po myśli organizatorów, prawdopodobnie wywierano presję na arbitrów.
Żeby wejść do finału, Argentyna musiała pokonać Peru stosunkiem co najmniej czterech goli – w przeciwnym razie kwalifikowała się do niego Brazylia. Brazylijczycy bezskutecznie prosili organizatorów o jednoczesne rozpoczęcie ich spotkania i meczu gospodarzy. W dodatku Videla odwiedził sędziego i Peruwiańczyków w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Argentyna wygrała 6:0, znalazła się w finale i triumfowała w rozgrywkach.
Komercjalizacja bez granic
Na tym tle afera wokół Folarina Baloguna, napastnika reprezentacji USA, którego czerwona kartka została anulowana po osobistej interwencji Donalda Trumpa, wygląda na niewinną przysługę bez konsekwencji. Balogun to wszak piłkarz niezły, ale żaden z niego fenomen,
Mamdani. Więcej niż burmistrz
Młodzi socjaliści w USA bez rewolucji, ale z wielką zmianą
Od objęcia przez Zohrana Mamdaniego stanowiska burmistrza Nowego Jorku, prawdopodobnie najważniejszej funkcji w amerykańskiej polityce samorządowej, minęło nieco ponad siedem miesięcy. Za wcześnie na miarodajne oceny jego pracy. Rzadko kiedy efekty reform tak głębokich jak te, które zapowiedział Mamdani, widać po krótkim okresie. Mało tego, większości zmian nie udało się jeszcze wdrożyć. Można oczywiście koncentrować się na kwestiach czysto wizerunkowych – popularnych konferencjach prasowych w czasie finałów ligi NBA, kiedy o mistrzostwo po kilku dekadach przerwy walczyła lokalna drużyna Knicksów, albo potyczkach retorycznych z innymi, znacznie starszymi politykami Partii Demokratycznej, popieranymi przez AIPAC i inne proizraelskie organizacje lobbingowe. Jednak najważniejsza konkluzja w kontekście amerykańskiej polityki jest dość oczywista: świat się nie zawalił.
Mimo wszystko podobni
Stany Zjednoczone nie zostały pomalowane na czerwono ani nie przekształciły się w federację komunistyczną. Mamdani nie znacjonalizował majątków, nie zorganizował bojówek hunwejbinów, nie okazał się terrorystą, nie przekształcił swojego miasta w enklawę islamskiego radykalizmu. A właśnie takie i podobne zarzuty stawiano mu jeszcze w kampanii wyborczej.
Biorąc pod uwagę, że, jak wylicza „The Wall Street Journal”, w tym mieście rezydenturę podatkową deklaruje 364 tys. milionerów, bogaci Nowojorczycy teoretycznie mieli czego się bać. Wszak Mamdani obiecywał coś, co w amerykańskiej polityce jest nieobecne co najmniej od czasów Ronalda Reagana, a może dłużej – redystrybucję majątku w dół, a nie w górę drabiny społecznej.
Okazało się, że nawet Donald Trump jest w stanie dogadać się z Mamdanim bez większego problemu, chociaż wcześniej wyzywał go od komunistów i terrorystów, groził także zamrożeniem federalnych grantów na inwestycje infrastrukturalne dla Nowego Jorku w przypadku zwycięstwa 34-letniego członka Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA), lewego skrzydła Partii Demokratycznej. Do niczego takiego nie doszło, Nowy Jork uniknął nawet przesadnie brutalnego desantu policji imigracyjnej ICE czy obecności Gwardii Narodowej na ulicach.
Częściowo to bezbolesne współistnienie jest podyktowane bliskością ich stylów uprawiania polityki. Mimo 46-letniej różnicy wieku i tego, że pod względem doświadczenia życiowego, światopoglądu i orientacji ideologicznej (której Trump w ogóle nie ma) dzieli ich właściwie wszystko, obaj doskonale odnajdują się w polityce czasów ekonomii uwagi.
Jak wiele miesięcy temu zauważył Chris Hayes, prezenter stacji MS NOW oraz autor popularnej książki „The Sirens’ Call” o roli uwagi w amerykańskiej polityce, Mamdani jest pierwszym, który zrozumiał, jak zbudować kampanię, a potem całą bazę wyborców, opierając się na TikToku i narzędziach w pełni internetowych. Nikt przed nim w amerykańskiej polityce nie zorganizował konferencji prasowej wyłącznie dla influencerów. Tradycyjnymi mediami Mamdani też nie gardzi, rozmawiał zarówno z „New York Timesem”,
Ameryka powinna unikać konfliktu z Chinami
Doug Bandow gościł już kilkukrotnie na łamach „Przeglądu” i w związku z tym nie ma potrzeby rozpisywania się na temat jego biografii i dokonań intelektualnych. Ten były współpracownik prezydenta Ronalda Reagana to konserwatywny intelektualista, znany z podnoszenia w debacie publicznej argumentów antywojennych i antyinterwencjonistycznych. Z jego analizami można się zapoznawać w witrynach Cato Institute, dla którego obecnie pracuje, oraz American Conservative i Antiwar.com.
Również fragmenty prezentowanego poniżej tekstu są przestrogą Bandowa skierowaną do amerykańskich elit politycznych przed lekkomyślnym zaangażowaniem się w konflikt z Chinami. Cały artykuł ukazał się 6 lipca 2026 r. w witrynie internetowej Responsible Statecraft pod adresem responsiblestatecraft.org/us-china-war-taiwan/.
Prezydent Donald Trump znów dowiódł, dlaczego założyciele Ameryki mieli rację, opowiadając się za rozwiązaniem, w którym jedynie Kongres ma prawo wypowiadać wojnę. Władza ustawodawcza nie może pozwolić, by szef władzy wykonawczej mógł – jak mówił James Wilson, delegat na Konwencję Konstytucyjną – „uwikłać nas w takie nieszczęście”. Gdyby Trump przestrzegał prawa, być może nigdy nie zainicjowałby katastrofalnego ataku na Iran.
Jednak znacznie gorszy byłby konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Chińską Republiką Ludową. ChRL jest mocarstwem dysponującym potężną gospodarką, szybko rozwija swój potencjał militarny i ma broń jądrową. Działania wojenne niemal z pewnością objęłyby kontynentalne Chiny i przeniosły się dalej, na amerykańskie posiadłości i bazy na Pacyfiku, a być może dotarłyby nawet do terytorium Stanów Zjednoczonych. (…)
Nikt nie chce takiej wojny. Mimo to Tajwan stał się niebezpiecznym punktem zapalnym. Tajpej w istocie rozbudowało swoją działalność lobbingową w Stanach Zjednoczonych, próbując utrzymać nieformalne zobowiązanie Waszyngtonu do zapewnienia mu bezpieczeństwa. Jak pokazuje decyzja Trumpa o rozpoczęciu bezprawnej wojny przeciwko Iranowi, istnieje realne ryzyko, że on sam lub któryś z przyszłych prezydentów mógłby ulec lekkomyślnej pysze na Pacyfiku.
Istnieje duże prawdopodobieństwo błędnej oceny sytuacji. W przypadku Tajwanu wielu amerykańskich decydentów po prostu zakłada, że Pekin nie rzuci wyzwania Ameryce. Wystarczy powiedzieć Pekinowi, czego oczekuje Waszyngton – oświadczył Leon Panetta, były szef personelu Białego Domu, sekretarz obrony i dyrektor CIA – i Chińczycy nie ośmielą się przeciwstawić Ameryce: „Szczerze mówiąc, uważam, że jeśli Chiny zrozumieją, iż traktujemy to poważnie, nie odważą się tego zrobić”.
Panetta wykazuje się przesadnym optymizmem. Historia i względy bezpieczeństwa czynią Tajwan kwestią o zasadniczym znaczeniu dla Chin, natomiast nie ma on żadnego znaczenia dla bezpośredniej obrony Ameryki. Chińczycy postrzegają Tajwańczyków jako część swojego narodu, podczas gdy niewielu Amerykanów wie, gdzie ta wyspa się znajduje. Co więcej, odległość ma znaczenie. Tajwan leży zaledwie nieco ponad 100 mil od wybrzeża Chin, ale ponad 6 tys. mil od kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Znacznie łatwiej i taniej jest więc odstraszać, niż dokonywać projekcji siły.
Bez wsparcia pobliskich państw Waszyngton musiałby uznać obronę Tajwanu za niemal niemożliwą. Jednak żaden sojusznik Waszyngtonu z obszaru Azji i Pacyfiku nie zobowiązał się przyłączyć do Ameryki (w razie konieczności obrony Tajwanu – przyp. P.K.) i tym samym wstąpić do obozu trwałych wrogów najpotężniejszego państwa regionu.
Niewątpliwie amerykańscy decydenci mają nadzieję, że podjęcie takiej decyzji (o aktywnej obronie Tajwanu – przyp. P.K.) nigdy nie okaże się konieczne i że sama groźba odstraszy Chińską Republikę Ludową od użycia siły militarnej. Na tym właśnie opiera się polityka Waszyngtonu określana mianem „strategicznej dwuznaczności”. Zakłada ona, że Pekin nie zdecyduje się sprawdzić nieformalnego zobowiązania Stanów Zjednoczonych do obrony Tajwanu, a jednocześnie Tajpej nie będzie prowokować Chin. (…)
Bardzo istotne jest to, że nawet zwycięstwo militarne nie zapewniłoby trwałego rozwiązania. Pekin bez wątpienia ponownie dozbroiłby się i spróbował jeszcze raz, podobnie jak to zrobiły Niemcy po porażce w I wojnie światowej. Waszyngton musiałby utrzymywać nadmiernie rozbudowane siły zbrojne
Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla
Kogo przegna rewolucja flamingów
Albańczycy chcą innej wizji przyszłości niż ta, którą oferuje im premier Rama
Inwestycja zięcia Donalda Trumpa na albańskiej lagunie stoi pod coraz większym znakiem zapytania. Jared Kushner nie przewidział buntu młodych Albańczyków, ich nienawiści do rodzimych polityków.
Powiedzieć, że w Albanii Amerykanie są lubiani, to jak nic nie powiedzieć. Stany Zjednoczone są tam postrzegane jako największy obrońca praw człowieka. USA to dla Albańczyków synonim wolnego świata. Miłość tę pogłębiło militarne, dyplomatyczne i gospodarcze wsparcie Ameryki dla braci z Kosowa, których interesy Albania reprezentuje na arenie międzynarodowej. Poza tym USA ułatwiły trzymilionowej Albanii drogę do NATO. Tę atencję Albańczyków widać wszędzie: od Jeziora Szkoderskiego na północy po Sarandę na południu. Dozgonna wdzięczność przejawia się m.in. w wymyślnych graffiti, wizerunkach prezydenta USA czy rozmaitych hasłach o wiecznej przyjaźni pisanych perfekcyjną angielszczyzną. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta i zmiany w otoczeniu Białego Domu nijak tego uwielbienia nie zmniejszyły.
Laguna Vjosë-Nartë zagrożona
Większość turystów odwiedzających południe Albanii i okolice miasta Wlora decyduje się na „pasywny” wypoczynek na okolicznych plażach. Nie wszyscy jednak wylegują się nad błękitną wodą. Niektórzy wybierają wypady nad Vjosë-Nartë, lagunę oddzieloną od morza wąskim pasem dzikiej zieleni i niezabudowanych plaż Dalan i Hidrovori. Odwiedzają je nieprzepadający za plażowymi drinkami z parasolką kamperowcy z Europy Zachodniej. Uroku Vjosë-Nartë dodaje bliskość nie tylko szmaragdowych wód Adriatyku, ale i dzikich gór.
Krajobraz chroniony Vjosë-Nartë to duma Albańczyków, naturalny obszar blisko wybrzeża Adriatyku z terenami podmokłymi, gruntami rolnymi i lasami. Rozciąga się na ok. 19,7 ha. W rejonie laguny lokalna społeczność od pokoleń uprawia rybołówstwo i inne zajęcia związane z wodą. Ludzie doskonale też zdają sobie sprawę, że w tym niezwykłym zakątku każda ingerencja we florę i faunę stanowi zagrożenie ich bytu. Nie dziwi zatem, że mieszkańcy aktywnie uczestniczą w wysiłkach na rzecz objęcia pieczą okolicznych terenów. Obszar uzyskał status krajobrazu chronionego w 2004 r. Ta decyzja albańskiego rządu stała się punktem zwrotnym w wysiłkach mających na celu ochronę naturalnych ekosystemów i zasobów regionu.
Szczególnie upodobały sobie Vjosë-Nartë flamingi, stając się symbolem tego regionu. Zarówno tutejsze flamingi (jest ich ok. 3 tys.), jak i pelikany dalmatyńskie to gatunki zagrożone, które w okolicach laguny budują gniazda i składają jaja. Vjosë-Nartë słynie też z żółwi morskich i fok, jest poza tym domem dla połowy populacji kaczek krzyżówek występujących w Albanii i znacznej części krajowej populacji łyski zwyczajnej z rodziny chruścieli. Znajdują się tam również trzy pomniki przyrody: laguna Limopuo, Wyspa Klasztorna (znana jako Zvërnec) oraz rzadkie wydmy, na których żółwie morskie składają jaja.
Kushner i szemrana spółka
Rząd premiera Ramy na poważnie zainteresował się inwestycjami w tej części Albanii w roku 2020. Jak podaje portal Balkan Insight, status krajobrazu chronionego nie powstrzymał kolejnych rządów przed zatwierdzaniem planów zagospodarowania przestrzennego tego obszaru, w wyniku czego przedsiębiorcy rozpoczęli skup ziemi od osób fizycznych, których roszczenia własnościowe były i są często przedmiotem sporów sądowych. W 2021 r. rząd Ramy znacznie zmniejszył obszar objęty ochroną i dał zielone światło budowie nowego lotniska w pobliskim Akërni koło Wlory.
Bajkowym otoczeniem laguny Vjosë-Nartë zaczęli się interesować także zagraniczni biznesmeni. Jest wśród nich Jared Kushner, mąż córki prezydenta Trumpa Ivanki, polityk i inwestor, oraz jego fundusz Affinity Partners zarządzający aktywami o wartości przekraczającej 4,8 mld dol., pozyskanymi m.in. z saudyjskich, katarskich i emirackich funduszy majątkowych.
Miliarder z prezydenckiej rodziny wyszedł z założenia, że każda inwestycja
Ameryka, Ameryka
Trzech emerytowanych ambasadorów siedziało niedawno przy zielonej herbatce (bo zdrowa) i zabawiało się cytatami. O Ameryce.
Oto nasz Wielki Brat odezwał się w sprawach polskich. Ustami Eda Martina, pełnomocnika prezydenta USA ds. ułaskawień. „Spotkałem się z Ziobrą kilka tygodni temu – mówił Martin polskim mediom. – Jest bardzo rozważny. Dla Amerykanina minister sprawiedliwości to bardzo ważna funkcja. To w pewnym sensie najwyższe stanowisko po prezydencie”. I dodawał z troską: „Widzieć, jak jest atakowany przez media, przez system sądowy i przez Tuska – to się wydaje niemożliwe. Niby niemożliwe, ale widzieliśmy właśnie, jak Trumpowi robili to samo. Moim zdaniem Ziobro jest na wiele sposobów jak Trump. (…) Rzeczy, które robił każdy inny minister sprawiedliwości, teraz nazywają przestępstwem. Aż trudno się to mówi. Sowieci byli na waszej ziemi nie tak dawno temu. A to wygląda jak sowiecki komunizm,
Polityka strachu
Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie
Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.
Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki
Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.
Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić
Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026
Meloni w impasie
Między Trumpem, Europą i kryzysami
Korespondencja z Rzymu
Jeszcze dwa lata temu Giorgia Meloni wydawała się politycznym fenomenem Europy. Liderka włoskiej prawicy, wyrosła z tradycji postfaszystowskiej, dokonała czegoś, co wielu uznawało za niemożliwe: zachowała wiarygodność w oczach własnego elektoratu, a jednocześnie zdobyła zaufanie Brukseli, rynków finansowych i zachodnich partnerów. A była przy tym wierną sojuszniczką Donalda Trumpa i koniem trojańskim ruchu MAGA w Europie. Mówiła, że buduje most między UE a USA. Pokazała, że radykalna prawica może przejść drogę od protestu do odpowiedzialnego rządzenia.
Dziś, niespełna rok przed wyborami, premier Włoch wchodzi w najtrudniejszą fazę rządów. Nie dlatego, że opozycja się zjednoczyła i odzyskała siłę. Dlatego, że skończyły się okoliczności, które sprzyjały Meloni. Teraz stoi ona w obliczu kryzysu gospodarczego, geopolitycznego i finansowego, a kumulacja tych problemów może się okazać trudniejsza niż jakakolwiek kampania wyborcza. Choć premier może się pochwalić znaczącymi osiągnięciami – jest pierwszą kobietą w historii Włoch, która zasiadła w Pałacu Chigi, a jeśli dotrwa do końca kadencji, jej rząd pobije rekord długowieczności – to za mało, by spokojnie myśleć o drugiej kadencji.
Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się w polityce wewnętrznej. Ogólnokrajowe referendum konstytucyjne z 22 i 23 marca 2026 r. okazało się dla rządu bolesnym ciosem. Włosi odrzucili forsowaną przez gabinet reformę wymiaru sprawiedliwości. Przeciwko zmianom opowiedziało się 53,6% głosujących, a frekwencja sięgnęła niemal 59%, co nadało wynikowi szczególną wagę. Przeciw reformie głosowali masowo młodzi Włosi z pokolenia Z, a także ok. 15% wyborców prawicy.
Porażka referendalna zachwiała wizerunkiem pani premier jako niepokonanej i wywołała napięcia w obozie rządzącym. Bezpośrednio po referendum doszło do serii wstrząsów politycznych. W ministerstwie sprawiedliwości ze stanowisk odeszli wiceminister Andrea Delmastro oraz szefowa gabinetu ministra Carla Nordia Giusi Bartolozzi, oboje zamieszani w poważne skandale. Do dymisji, wymuszonej przez Meloni, podała się również minister turystyki Daniela Santanchè, wobec której trwa proces dotyczący defraudacji i oszustw podatkowych. Jeszcze niedawno cała trójka, należąca do najbliższego kręgu Meloni, wydawała się politycznie nietykalna. Choć oficjalnie decyzje te wiązano z prowadzonymi postępowaniami, komentatorzy wskazywali, że były przede wszystkim rachunkiem za przegrane referendum i próbą ratowania wizerunku rządu.
Giorgia Meloni odrzuciła wezwania do ustąpienia ze stanowiska i zapowiedziała, że rząd będzie kontynuował pracę do końca kadencji. Referendum stało się jednak pierwszym tak wyraźnym znakiem, że jej polityczna dominacja zaczyna słabnąć.
Odłożony upadek
Choć wynik referendum dodał energii rozproszonej wcześniej opozycji, a liderzy ugrupowań centrolewicowych uznali go za dowód malejącego poparcia dla Meloni, nie przełożyło się to na wyniki wyborów administracyjnych 25 i 26 maja. Głosowanie na burmistrzów i radnych odbyło się w niemal 900 gminach, w tym w 20 stolicach prowincji, m.in. w Wenecji, Reggio Calabria, Salerno i Arezzo. Opozycja nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale obóz rządzący również nie potwierdził swojego prymatu. Bilans można określić jako polityczny remis.
Najbardziej znamienne było głosowanie w Wenecji, która pozostaje bastionem prawicy mimo kontrowersji wokół najważniejszych instytucji kulturalnych miasta. Spory wewnątrzrządowe związane z decyzją o otwarciu pawilonu rosyjskiego podczas Biennale Sztuki, którą podjął prezes Pietrangelo Buttafuoco
Prezydent to nie udzielny monarcha
Arogancka, arbitralna i nieprzewidywalna polityka Donalda Trumpa spowodowała, że w wielu miastach Ameryki obywatele wyszli na ulice z transparentami „No Kings”.
Minneapolis, spokojne miasto, które pamiętam z okresu studiów na University of Minnesota, stało się widownią ostrych protestów wywołanych brutalnością agentów ICE (Immigration and Customs Enforcement). Opór społeczny budzi też skrajnie prawicowa ofensywa ideologiczna. Składają się na nią m.in.: odrzucanie tzw. poprawności politycznej w imię „wolności słowa”, ograniczanie wiedzy o niewolnictwie (poprzez cenzurowanie ekspozycji muzealnych oraz programów uczelnianych), segregacji rasowej i postępowych organizacjach społecznych działających przeciw tym plagom. Treści te Trump uważa za „niepatriotyczne”. Badanie zmian klimatu i rozwój odnawialnych źródeł energii są zbywane inwektywami. Uczelnie, które nie chcą się poddać takiej narracji, karane są cofaniem dotacji federalnych. Uniwersytet Harvarda stracił 2,2 mld dol., Columbia – 400 mln (bezpośrednim powodem był brak reakcji uczelni na protesty i nękanie żydowskich studentów na terenie kampusu – przyp. red.).
Niedawno prezydent Trump zainicjował akcję przeciwko obecności w USA studentów zagranicznych, zwłaszcza chińskich. Tymczasem pieniądze pochodzące z czesnego chińskich studentów od lat były ważną pozycją w budżetach wielu amerykańskich uniwersytetów. W roku 2016 byłem profesorem wizytującym na University of Central Missouri, na którym studiowały osoby z 56 krajów. Rektor Charles Ambrose i dziekan Joseph Lewandowski mówili o licznych zabiegach w celu pozyskania studentów chińskich. Ci jednak wybierali czołowe uniwersytety, należące do Ivy League (Ligi Bluszczowej – przyp. red.). Uniwersytety stanowe ich nie interesowały. W czasie majowej wizyty Trumpa w Pekinie uzgodnione zostało z prezydentem Xi Jinpingiem poparcie dla wzrostu liczby studentów amerykańskich w Chinach oraz chińskich w USA. Jak będzie realizowane to uzgodnienie w praktyce – zobaczymy.
Arbitralnie podnoszone taryfy celne oraz wojna z Iranem spowodowały wzrost cen oraz poważne problemy w funkcjonowaniu małych i średnich przedsiębiorstw. Wzrost niezadowolenia można zauważyć nawet wśród gorliwych wyznawców trumpizmu. Na przykład Tucker Carlson,
Dr Andrzej Wilk jest nauczycielem akademickim i publicystą zajmującym się stosunkami międzynarodowymi, zarządzaniem oraz historią myśli politycznej
Nieznośny cień sąsiada
Meksyk walczy z Donaldem Trumpem
13 miesięcy temu prezydent Claudia Sheinbaum była na ustach przynajmniej połowy światowego ruchu progresywnego, gdy publicznie sprzeciwiła się neoimperialnej polityce amerykańskiej administracji wobec Ameryki Łacińskiej. Kiedy Trump wracał do Białego Domu, zarówno jego deklaracje w mediach społecznościowych, jak i nominacje na najważniejsze stanowiska w rządzie jasno wskazywały na zmianę priorytetów w polityce zagranicznej. Oko Wuja Sama po wielu dekadach ponownie zwracało się na południe, w kierunku latynoskich sąsiadów. Potem dopisano do tego formalną ideologię, skodyfikowaną w pełnej sprzeczności strategii bezpieczeństwa narodowego. Jednak już powołanie na szefa amerykańskiej dyplomacji potomka kubańskich emigrantów, a na jego zastępcę byłego ambasadora w Meksyku, lubującego się w robieniu zdjęć na tle figur Matki Boskiej, pokazywało, że ta kadencja będzie inna.
Trump miał ambicje i życzenia wobec Ameryki Łacińskiej. Dzisiaj wiemy, że nie zawaha się też użyć zasobów finansowych, militarnych i politycznych, żeby je zrealizować.
Jak się dogadać
Prezydent Meksyku, jedna z ostatnich przedstawicielek lewicowego populizmu na kontynencie, szybko na to zareagowała. Wsławiła się stwierdzeniem, że jeśli Trump chce wznieść mur wzdłuż liczącej 3145 km granicy z Meksykiem, może to zrobić. Tyle że po jednej stronie muru będzie miał 340 mln ludzi, a po drugiej 7,5 mld, w większości nastawionych do niego nieprzychylnie. Sheinbaum ostro negocjowała z nim w sprawie ceł i ewentualnej współpracy – a przynajmniej niewchodzenia sobie w drogę – przy neutralizowaniu karteli narkotykowych. Do tego stopnia, że sam amerykański przywódca nazwał ją „twardą”. I chociaż ponad rok później ta retoryka utrzymuje się w Mexico City, nierzadko przechodząc w działania prawne, Claudia Sheinbaum wie, że przynajmniej w niektórych dziedzinach będzie musiała z Amerykanami się dogadać.
Prezydentce na pewno nie można odmówić kreatywności, werwy legislacyjnej ani odwagi. Jednym z bardziej brawurowych kroków na całym kontynencie była niedawna zapowiedź wypuszczenia na rynek w 2027 r. Olinii, kosztującego docelowo zaledwie 10 tys. dol. i wyprodukowanego całkowicie w Meksyku miejskiego samochodu elektrycznego. Olinia ma powstawać od pierwszej do ostatniej części w kraju i być przeznaczona przede wszystkim dla kierowców z dużych miast, z klasy średniej i niższych części społeczeństwa – słowem tych, którzy najbardziej tracą na gigantycznych korkach w meksykańskich metropoliach. Czy linię produkcyjną uda się uruchomić na tyle szybko, by auto pojawiło się na drogach już za rok, czas pokaże, portale gospodarcze, z Bloombergiem na czele,








