Taka ładna data

Kuchnia polska

Mamy więc już rok 2005. Taka ładna data – stulecie rewolucji 1905 i 60 lat od zakończenia II wojny światowej!
Mimo to z pewnym wahaniem należy życzyć bliskim i znajomym szczęśliwego Nowego Roku, bo według wszelkich rokowań, nie zapowiada się on jako szczególnie szczęśliwy dla naszego kraju.
Prognostycy jednak mogą się mylić, podczas gdy jest całkowicie pewne, że będziemy mieli w tym roku podwójne wybory – parlamentarne i prezydenckie. I na tym tle oczywiście nie da się pominąć pytania o szanse lewicy w tych wyborach, chociaż nie mogę ukryć, że mdli mnie już trochę od dyskutowania o szansach lewicy. Formacja ta, do niedawna uchodząca za najbardziej stabilną i przewidywalną na naszej scenie politycznej, zaprezentowała się ostatnio jako najbardziej rozwichrzona, zaskakująca i niepoczytalna. Tak czy owak, w różnych swoich wcieleniach weźmie ona udział w wyborach i jej szanse ocenia się dwojako.
Według nieustannych badań opinii publicznej, partie lewicowe wypadają słabo lub bardzo słabo, często poniżej progu wyborczego. W ramach tych badań ośrodki badawcze, nierzadko zależnie od swoich upodobań, pokazują także anemiczny wyścig pomiędzy SLD a Socjaldemokracją Polską, ignorując, jak się wydaje, fakt, że pomimo wszystkich swoich błędów, nikczemności i katastrof to SLD jest pod względem liczebności, zasobów materialnych, organizacji i logistyki główną partią lewicy w Polsce i od jej kondycji zależy w głównej mierze obecność lewicowych posłów w przyszłym Sejmie.
Z sondaży opinii wynika także jasno, że jeśli formacje lewicowe – SLD, SdPl i Unia Pracy – nie zdołają utworzyć wspólnej listy, w czym przeszkadzają im wygórowane ambicje przywódców, to udział lewicy w przyszłym Sejmie może być najwyżej śladowy, podczas gdy wspólna lista, ciągle zgodnie z sondażami, liczyć może na 15-16% mandatów.
Z tym sondażowym rokowaniem kontrastuje jednak wyrażane często przekonanie, że potencjalny elektorat lewicowy w Polsce wynosi co najmniej 30% wyborców, a może i sporo więcej.
Sądzę, że jest to pogląd prawdziwy. Rzecz w tym jednak, że ów potencjalny elektorat lewicowy jest elektoratem niezagospodarowanym, po który nikt dotąd nie sięgał lub który, w wypadku jeśli partie lewicowe nie pójdą do wyborów razem, po prostu zostanie w domu, nie mogąc dokonać wyboru pomiędzy urodą lewicowych partii.
Z kogo bowiem się składa, realnie patrząc, ów szeroki, 30-procentowy albo nawet większy elektorat lewicy, będący obecnie raczej hipotezą niż faktem?
Jego pierwszą, chociaż malejącą grupą jest tzw. elektorat PRL-owski. Ludzie, którzy uważają, że Polska Ludowa nie była jedynie fatalną pomyłką historii, lecz dała im chleb, wykształcenie, opiekę społeczną, pracę i poczucie równości. Ludzie ci kilkakrotnie już zawiedli się na formacjach lewicowych, na które oddawali swoje głosy, ponieważ partie te za swoje główne zadanie uważały budowanie kapitalizmu i zmywanie z siebie wszelkich śladów po PRL-u. Ale to ci wyborcy ciągle jednak, w 60% głosów lub więcej, uważają Edwarda Gierka za męża opatrznościowego Ojczyzny, a w czterdziestu kilku procentach uznają zasadność wprowadzenia stanu wojennego w roku 1981. Jest to elektorat wierny, choć ignorowany przez liderów partii lewicowych, którzy panicznie boją się posłać w jego stronę jakikolwiek sygnał czy przyznać, że zadaniem lewicy nie jest budowanie liberalnego kapitalizmu, który buduje się sam, lecz spiłowywanie jego pazurów i hamowanie barbarzyńskich apetytów, wymierzonych w świat pracy.
Drugą grupą, to prawda, jest elektorat strachu. Należą do niego ludzie, dla których zwłaszcza utrata władzy przez SLD oznacza nie tylko utratę stanowisk, wpływów, czasem wręcz pracy, ale rodzi również obawę prześladowań, szykan, eliminacji. Komisje śledcze i groźne pohukiwania PiS czy Platformy w kwestii gruntownej „dekomunizacji” czy „szarpania za cugle”, a także praktyki podejmowane w instytucjach, gdzie, jak np. w mediach publicznych, prawica objęła już władzę, mobilizują i pomnażają ten elektorat. W tym sensie jest to elektorat rosnący, nad którym usilnie pracują panowie Kaczyńscy, Rokita czy Giertych. Straszą oni także ludzi, dla których wartością jest po prostu demokratyczny ustrój państwa i chwała im za to.
O ile jednak obie te grupy tak lub inaczej stale oscylują w stronę lewicy, o tyle dwie następne są grupami potencjalnymi, do zdobycia. Trzecią bowiem jest rosnąca grupa młodych ludzi, która na własnej skórze doświadcza kapitalizmu. Jeśli 40% młodych ludzi do 24. roku życia nie może zdobyć pracy, jeśli ten sam odsetek dotyczy absolwentów wyższych uczelni, nie może im nie przyjść do głowy, że w systemie, który tworzymy, tkwi jakiś podstawowy feler. Żeby pozyskać jednak ten elektorat, lewica musi określić się właśnie jako siła zwalczająca zło kapitalizmu i proponująca inne, społecznie konstruktywne rozwiązania. O ten elektorat lewica musi także stoczyć walkę zarówno z LPR i Młodzieżą Wszechpolską, jak i z Samoobroną, które rozgoryczonej młodzieży i ludziom krzywdzonym przez ustrój proponują proste rozwiązania, często tak proste jak pałka i kastet. Podobnie musi stoczyć bój o elektorat związkowy, o ludzi pracy najemnej, uwalniając się od neoliberalnej doktryny, że związki zawodowe są zawalidrogą na drodze nowoczesnego rozwoju.
Czwartą wreszcie grupą potencjalnego elektoratu lewicy są ludzie, którzy już kontestują istniejący porządek rzeczy, ale czynią to w ruchach, do których polityczna lewica boi się zbliżyć. Są to alterglobaliści, „zieloni”, feministki, przeciwnicy klerykalizacji Polski, także rozmaici radykałowie, od trockistów po anarchistów. Paradoks polega jednak na tym, że większość tych wykształconych, rozbudzonych umysłowo, często głęboko ideowych ludzi wychowała się w czasach konspiry, pod skrzydłami podziemnej „Solidarności”, i dla nich polityczne formacje lewicowe wydają się odstręczające jako spadkobiercy kołtuńskiej „komuny”, jaką była u swego schyłku PZPR. Ale równie odstręczające są dla nich formacje mieszczańskie, konserwatywne, klerykalne czy katofaszystowskie. Jedynie Unia Pracy starała się wykonać w ich stronę jakiś gest, ale jeśli reszta lewicy nie pojmie, że przecież tutaj także, w kontestacji mieszczańskiego obyczaju i kultury, tkwią jej korzenie, to zaiste pojmie niewiele.
W połajankach, jakie rozgrywają się po lewej stronie sceny politycznej powtarza się nawoływanie do przemiany, nowego otwarcia, naprawy. Prawdziwą naprawą jednak nie może być tylko naprawianie posła Pęczaka i jego sobowtórów, aby powściągnęli nieco swoje apetyty i nauczyli się jeździć także samochodami z normalnymi, przezroczystymi szybami. Musi być nią odnalezienie i przekonanie do siebie nowego elektoratu, który potrzebuje politycznej lewicy, a bez którego polityczna lewica zejdzie na psy.
I to w takim ładnym, 2005 roku…

 

Wydanie: 1/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy