Międzynarodówka draństwa

Międzynarodówka draństwa

Koniec brytyjskiego tabloidu „News of the World” był taki sam jak jego szemrany żywot. Modelowy przykład bezczelności, cynizmu i pazerności ubranej w szaty wolnej prasy. Jedna z pereł w koronie australijskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha. Multimiliardera, którego bali się nawet bardzo ważni politycy. Nie bez powodu. Bo człowiek, który trzyma w ręku potężne gazety i stacje telewizyjne, miał również realny wpływ na wyniki wyborów. I to nie na Karaibach, ale nawet w Wielkiej Brytanii. Jego faworyci, czyli kandydaci preferowani i lansowani w jego mediach, zwykle wygrywali. A jak się do kogoś przypięły, to mógł spokojnie kończyć polityczną karierę. Sam Murdoch był poza ocenami. Rozdawał karty i kupował kolejne media w kolejnych krajach. I wszystkie prędzej czy później działały według tego samego klucza. Jako maszynki do zarabiania pieniędzy. Za wszelką cenę. A w słowie „wszelką” jest łamanie prawa, przekupstwo, szantaż. Łamano ludzi, ich kariery i życie osobiste. Każdy był potencjalnym towarem. O tym zaś, czy i jak zostanie sprzedany, czyli pokazany w tabloidach, decydowała nie tylko jego popularność, ale nawet chwilowe zainteresowanie jakimś wydarzeniem, chorobą czy nieszczęściem. Wystarczyło, że ktoś był ofiarą katastrofy, a już jego bliscy stawali się łupem rewolwerowców z tych szmaciarskich mediów. Zamknięcie tabloidu, który nawet w Murdochowym biznesie wyróżniał się nieprawdopodobnym draństwem, może coś zmienić tylko wtedy, gdy zachwieje całym imperium Murdocha. Konstrukcją biznesową zbudowaną z żelazną konsekwencją w myśl maksymy, że dla mediów wszystko może być towarem. Bo liczy się przecież tylko zysk.

Takich gazet jak „News of the World”, choć ta miała największy nakład, jest wiele. Takich graczy, którzy niszczą po drodze do celu wszystkie zasady i wartości, a ludzi z szefami rządów i prezesami wielkich firm włącznie traktują jak pionki na szachownicy, jest oprócz Murdocha jeszcze kilku. I bądźmy realistami: oprócz tych rekinów są jeszcze tysiące żarłocznych piranii, które prowadzą świat mediów w kierunku totalnej zagłady. Skala nadużyć, skandali, podsłuchów i prowokacji jest taka, że za byłym premierem Wielkiej Brytanii Gordonem Brownem można powiedzieć, że tabloid Murdocha spłynął „z rynsztoku do ścieku”.

Kiedy w tę podróż wyruszą kolejni? I czy będą wśród nich także tabloidy wydawane w Polsce? Robią przecież w większości to samo co gazety Murdocha czy Springera. Szczują na siebie ludzi, niszczą ich i obrażają, manipulują czytelnikami i kłamią. Na coraz większą skalę. Coraz bezwzględniej i bezczelniej. Wystarczająco parszywy jest ten biznes, by poszukać lekarstwa na ową chorobę. Ani Murdoch, ani nikt z jego równie potężnych konkurentów o kasę czytelników czy widzów nie zrezygnuje z krociowych zysków, jakie śmieciowe media im przynoszą. A cała reszta oprócz zysków i wpływów spływa po nich jak woda po kaczce. Na szczęście zarzuty wobec nich zaczynają się upowszechniać. Wpływ Murdocha na politykę wielu krajów staje się problemem publicznym, jego związki z kolejnymi ekipami władzy zaczynają im bardzo ciążyć. Pojawiło się nawet niemodne słowo wstyd. Widać przecież, do czego prowadzą media Murdocha i jemu podobnych. Nie musimy szukać tak daleko. Mamy przecież tabloidy nad Wisłą.

Wydanie: 29/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy