Trupia zabawa

Trwałość mitu Antygony zasadza się na tym, że nie wiadomo do końca, kto miał rację – ona, która kierując się nakazami religii i tradycji, postanowiła pogrzebać swego brata Polinika, czy też Kreon, który zakazał tego pogrzebu, uznając Polinika za zdrajcę Teb. Drugi brat Antygony, uznany za obrońcę miasta Eteokles, został zgodnie z obyczajem pogrzebany lub też, według innej wersji, uroczyście spalony. Tak czy inaczej, sam fakt, że dookoła sprawy pogrzebu lub jego braku rozgrywa się jedna z najbardziej znanych tragedii ludzkości, opisywana przez literaturę od Sofoklesa po Anouilha, a więc przez z grubsza 2,5 tys. lat, pokazuje, że kwestia pochówku nie jest dla cywilizacji ludzkiej sprawą bagatelną.
W micie Antygony, jak już wspomniałem, dopuszcza się dwie formy godnego obejścia się ze zwłokami ludzkimi – pogrzebanie w ziemi lub spalenie. W starożytności ludzkość wynalazła także trzeci sposób, jakim jest wyprawianie i wypychanie zwłok. Balsamowaniem i wypychaniem faraonów oraz ich rodzin zajmowali się już Egipcjanie, ostatnimi zaś przykładami wypychania zwłok były doczesne szczątki Lenina i Stalina, wystawiane na pokaz w Mauzoleum Kremlowskim. Tak więc Gunther von Hagens, niemiecki patolog – artysta, który w Sieniawie Żarskiej w województwie lubuskim zamierza otworzyć zakład wypychania i preparowania zwłok ludzkich w celach poglądowych i artystycznych – może śmiało powiedzieć, że nie czyni niczego szczególnego, kontynuując jedynie egipską tradycję.
Z jednym wszakże niewielkim zastrzeżeniem. Otóż wszystkie znane dotychczas przykłady wypychania zwłok ludzkich, łącznie z egipskim mumifikowaniem, miały na celu ich unieśmiertelnienie. Egipcjanom chodziło o życie pozagrobowe, w czasach nowszych – o przechowanie ciał dla następnych pokoleń, kładziono przy tym nacisk na to, że są to osoby znakomite, których wypchane truchła stawać się miały czymś w rodzaju relikwii, jakie w Kościele katolickim krążą od dawna w postaci szczątków – palca, paznokcia lub zęba świętego.
W wytwórniach Gunthera von Hagensa zwłoki ludzkie stanowią jednak nie przedmiot kultu, lecz surowiec, dlatego też pewnie jego przedsiębiorstwa funkcjonowały dotąd w Chinach i Kirgizji, gdzie o ten surowiec nietrudno. Ale przecież i w innych krajach nie brakuje ludzi, którzy są gotowi odsprzedać swoje ciała na pniu, uważając słusznie, że po śmierci będą im one i tak niepotrzebne, może poza momentem Sądu Ostatecznego, na który nieboszczycy stawić się mają we własnych ciałach. Pismo nie określa jednak, w jakich to mianowicie ciałach mają się pojawić na sądzie nieboszczycy – czy w tych, w których zmarli, a zatem silnie zużytych lub pokiereszowanych, a często także spalonych na popiół, czy też z najlepszego okresu, młodych i zdrowych – tak więc i kontrahentom Gunthera von Hagensa kwestie te nie spędzają snu z oczu.
Nasuwają one jednak pewne refleksje, jeśli obecną wytwórczość niemieckiego anatoma zestawimy ze wspomnieniami stosunkowo niedawnymi. Otóż sporo ludzi pamięta jeszcze wstrząs, jakim było odkrycie, że w hitlerowskich obozach śmierci uprawiano intensywną działalność gospodarczą opartą na surowcu ludzkim. Produkowano mydło na bazie ludzkiego tłuszczu, włosami wypychano materace, ze skóry ludzkiej robiono abażury do lamp i galanterię skórzaną, nie mówiąc już o odzysku złota z zębów i koronek dentystycznych.
W ówczesnym, powojennym oburzeniu nie chodziło wyłącznie o to, że przemysł ten wymagał setek tysięcy pomordowanych – w czasach wojen trup ściele się gęsto, a masowe rzezie nie są rzadkością – ale o to właśnie, że w wytwórczości tej człowiek stawał się surowcem, jak drzewo z lasu, kopalina czy niestety zwierzęta. W procederze tym widziano nie tylko zbrodnię, lecz także naruszenie pewnego tabu, jakim od czasów Antygony i wcześniej był stosunek do zwłok ludzkich.
Dyskusja o tym tabu powróciła kilka dekad po wojnie z okazji transplantacji organów, stosowanej przez chirurgię. Po eksperymentach dr. Barnarda, który pierwszy wszczepił swemu pacjentowi serce pochodzące od zmarłego, przez wszystkie pisma na świecie przetoczyła się dyskusja, czy jest to proceder mieszczący się w ramach dopuszczalnej dotąd etyki. Obawiano się także, czy dawca wszczepianego organu, który musi być przecież całkiem świeży, jest na pewno całkowicie martwy, a także czy poszukiwanie świeżych organów nie skieruje zainteresowania co bardziej przedsiębiorczych naszych bliźnich w stronę hodowania organów na sprzedaż; z tym podejrzeniem na przykład kojarzono porywanie czy też handel dziećmi.
Otóż zdumiewającą cechą obecnej sytuacji jest fakt, że wszystko, co robi Gunther von Hagens – nie tylko jego plan zainstalowania przedsiębiorstwa w Sieniawie Żarskiej, ale cała dotychczasowa działalność przemysłowo-artystyczna – odbywa się całkowicie poza jakąkolwiek dyskusją etyczną. Wystawy wyprawionych i zakonserwowanych trupów podróżują po świecie, obejrzało je już ponoć 16 mln ludzi, którzy z rozbawieniem oglądali na przykład nieboszczyka wypchanego w pozie koszykarza, wrzucającego właśnie piłkę do kosza i tuzin innych podobnych facecji.
Niedawno miałem okazję przysłuchiwać się zorganizowanej na Uniwersytecie Warszawskim w ramach Debat Tischnerowskich sesji poświęconej solidarności społecznej, podczas której niemiecki uczony Kurt Biedenkopf (o polskim wkładzie do tej debaty zamilczę) zastanawiał się, jak wzbudzić solidarność pomiędzy bogatymi a biednymi, a także pomiędzy pokoleniami starych i młodych, aby społeczeństwo ludzkie mogło nadal funkcjonować jako spoista całość. Jest to oczywiście kluczowy problem przyszłości.
Zastanawiam się jednak, zainspirowany przez sprawę Gunthera von Hagensa, czy solidarnością, jaka niepostrzeżenie doznaje obecnie znacznego uszczerbku – zwłaszcza w zestawieniu z mitem Antygony, stanowiącym jeden z fundamentów naszej uniwersalnej kultury – nie jest także solidarność ludzi jako po prostu gatunku biologicznego w przyrodzie. Wiadomo, że gatunek ten, jak wszystkie, dzieli się na żywych i martwych, a ich współobecność przegląda się w najprymitywniejszych nawet wierzeniach. Ich współżycie osadzało się dotąd na rodzaju jednostronnego przynajmniej, ze strony żywych, szacunku dla nieżyjących, a więc i tego, co z nich materialnie zostaje, czyli zwłok. Dzisiaj zwłoki oglądamy zazwyczaj jako chłam, stosy trupów rzucone byle jak do dołów. Oglądamy także półumarłych, w masowych zbiorowiskach głodujących Afrykanów i powszechność tych widoków stępia wszelką wrażliwość.
Propozycją Gunthera von Hagensa jest więc to, aby zwłoki oglądać także jako przedmioty użytkowe, zamienione w poglądowy podręcznik budowy mięśni, albo w zabawki, wzbudzające rozbawienie. Jest to propozycja dość nowatorska.
Czy dojrzeliśmy już do niej i co mówi ona o naszej dzisiejszej solidarności jako ludzi po prostu?

Wydanie: 11/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy