Deregulacja sądów rejonowych

Deregulacja sądów rejonowych

Polski wymiar sprawiedliwości trapiony jest przez wiele chorób. O jednej wiedzą i mówią wszyscy – to przewlekłość prowadzonych postępowań. Zanim ktoś się doczeka prawomocnego wyroku, ma kilka lat z głowy. Choroba druga jest groźniejsza od przewlekłości. To jakość wymierzanej sprawiedliwości. Nie dość, że na wyrok czeka się kilka lat, to jeszcze ten wyrok nie zawsze jest sprawiedliwy, i to nie w subiektywnym przekonaniu przegrywającego sprawę cywilną lub gospodarczą czy skazanego w sprawie karnej. Obiektywnie nie zawsze jest sprawiedliwy. Mało, zbyt często jak na standardy państwa prawa jest niesprawiedliwy. Najdotkliwszą pomyłką sądową jest oczywiście skazanie osoby niewinnej. Wedle wstępnych badań, co najmniej kilka procent skazanych to osoby niewinne. Przy kilkuset tysiącach wyroków skazujących rocznie, mamy tych niewinnie skazanych sporą grupę. Jak na państwo prawa jest to wynik żenujący! Jedną z ważniejszych przyczyn tego smutnego stanu rzeczy jest słabe przygotowanie merytoryczne sędziów i zupełny brak doświadczenia życiowego większości sędziów sądów rejonowych. Mamy bodaj najmłodszych sędziów w Europie, ale to naprawdę nie jest powód do dumy. Zdarzają się na szczęście chwalebne wyjątki, niestety tylko wyjątki, potwierdzające tę smutną regułę. Jak wie każdy doświadczony i z sądem obyty prawnik, wiele spraw jest już przesądzonych w czasie śledztwa bądź dochodzenia, proces przed sądem okazuje się w stosunku do nich czymś wtórnym. Jak działa policja i prokuratura – to odrębny temat.
Chcąc poprawić wymiar sprawiedliwości, trzeba by zmienić bardzo wiele. Przede wszystkim należy zasadniczo zmienić system kształcenia sędziów. Dziś młodziutki absolwent prawa przechodzi przeszkolenie w Krajowej Szkole Sędziów i Prokuratorów, po czym składa egzamin sędziowski i idzie orzekać. Gdzie i kiedy ten młody człowiek miał zdobyć doświadczenie życiowe, tak potrzebne przy ocenie dowodów? Gdzie miał nabyć umiejętność oceny metodologicznej poprawności badań wykonanych przez biegłego? Nie miał gdzie, wierzy zatem biegłemu bezgranicznie i bezkrytycznie.
Nie wolno zapominać, że sąd jednak jest firmą. Specyficzną, ale firmą. A firma musi być zarządzana. Sąd jest w Polsce luźnym zrzeszeniem całkowicie autonomicznych sędziów. Prezes sądu ma niezmiernie mało instrumentów do zarządzania nim. Toteż sądy z zasady nie są zarządzane! Wzmocnienie pozycji prezesa sądu wydaje się konieczne. Oczywiście prezes nie może mieć prawa wtrącać się sędziemu do prowadzonych spraw ani do niczego, co mogłoby naruszać niezawisłość sędziego. Ale do organizacji rozpraw powinien mieć prawo się wtrącać, a może nawet powinien sam rozpisywać rozprawy, dysponując czasem pracy sędziów. Jak to jest, że w Austrii, Niemczech czy w krajach skandynawskich rozprawy w trudnych procesach odbywają się dzień po dniu, a u nas z parotygodniowymi przerwami? Co więcej, jak wiemy z najrozmaitszych sprawozdań sądowych, na ziemiach polskich, np. w Galicji, w najtrudniejszych sprawach kryminalnych wyroki zapadały po tygodniu czy dziesięciu dniach odbywanych codziennie, od rana do wieczora rozpraw?
Organizacja pracy sądów wymaga pilnej naprawy.
Jest co naprawiać w polskim wymiarze sprawiedliwości. Tymczasem minister sprawiedliwości Jarosław Gowin akurat tym najmniej się zajmuje. Najpierw chce „deregulować” taksówkarzy, kominiarzy, nurków, spawaczy czy kogo tam jeszcze. Można by sądzić, że to nawet dobrze, że wymiarem sprawiedliwości zajmuje się tak mało, bo przy jego znajomości przedmiotu mógłby tylko coś zepsuć, o ile jeszcze coś jest do zepsucia.
Ostatnio jednak pan minister postanowił zlikwidować część sądów rejonowych. Protestuje przeciw temu koalicyjne PSL, protestują samorządy. Idea była taka: małe sądy nie są obciążone pracą na równi z dużymi. Gdy się zlikwiduje małe sądy, przeniesie się sędziów do tych dużych, gdzie odciążą tamtejszych sędziów. Niby logiczne, ale… No właśnie. Po pierwsze, nie kto inny jak minister sprawiedliwości rozdziela sądom etaty. Może zatem w tych małych sądach jest po prostu za dużo etatów? Może wystarczy poprzesuwać etaty, a nie trzeba likwidować sądów? Po drugie, czy ktoś policzył, ile wyniesie zwrot kosztów dojazdu świadków? Czy naprawdę będzie taniej, jeśli droga świadka do sądu (odbywana na koszt państwa) się wydłuży? Czy w ogóle ktoś to liczył? Pomijam już koszty społeczne. W małych miastach powiatowych wokół sądu grupowało się zawsze jakieś środowisko. Mieszkali sędziowie z rodzinami, administracja sądu, adwokaci. To niezwykle wzbogacało miejscową tkankę społeczną. Gdy zniknie sąd, w ślad za nim znikną z lokalnej społeczności sędziowie, adwokaci. Przeciw temu protestują samorządy. I mają rację.
Minister Gowin gotów jest iść na kompromis. Sądy zostaną, ale nie jako samodzielne podmioty, lecz jako wydziały zamiejscowe innych sądów. Organizacyjnie to znaczy tyle, że na miejscu nie będzie prezesa, tylko wiceprezes. Jedyna korzyść z tej operacji będzie taka, że sędziowie centrali i ośrodków zamiejscowych będą sędziami tego samego sądu i zgodnie z ustawą będzie można ich delegować, nawet bez ich zgody, do pracy albo w centrali, albo w innym ośrodku zamiejscowym.
Najbardziej przeciążone są sądy w wielkich miastach, taka reforma w niczym im nie ulży. To po pierwsze. Po drugie, taki sam efekt, bez likwidacji prawie 80 sądów, dałaby zmiana jednego przepisu w ustawie, dotyczącego możliwości delegowania sędziego. No i przede wszystkim trzeba umieć racjonalnie gospodarować etatami sędziowskimi. Ale prostsze wydaje się pozorne zlikwidowanie 80 sądów.
Skoro minister sprawiedliwości w tak skomplikowany sposób chce ominąć jeden przepis ustawy (ten o delegowaniu sędziów), podsunąłbym mu idący tym samym torem rozumowania, ale znacznie efektywniejszy pomysł – niech utworzy jeden Sąd Rejonowy dla Rzeczypospolitej Polskiej z siedzibą w Warszawie, a wszystkie dotychczasowe sądy rejonowe niech będą jego ośrodkami zamiejscowymi. Można będzie w ramach tego samego sądu delegować sędziego z Ustrzyk do Świnoujścia, z Sokółki do Katowic, a z Mszany do Warszawy.
Zanim to nastąpi, może Platforma deleguje do Warszawy na stanowisko ministra sprawiedliwości kogoś, kto ma nieco większe niż min. Gowin kompetencje. O taką osobę nietrudno. W dodatku nie trzeba do tego likwidować żadnego sądu ani nawet zmieniać żadnego przepisu.

Wydanie: 29/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy