Ostatki szpitalne

Ostatki szpitalne

Komentowanie polskiej polityki staje się zajęciem wyjątkowo niewdzięcznym. Przydarzył się nam najazd barbarzyńców i trwa pacyfikacja kraju. Aby od tego uciec, ostatnia już garść notatek z psychiatrycznego oddziału zamkniętego. Było to ciekawe doświadczenie, ale z tej cytryny więcej soku już nie wycisnę. Największy sukces: że ocaliłem swój komputer, który był narażony na zniszczenie, ale wyszedł z opresji cało. Przypominam: wsadzono mnie tam, gdyż postanowiłem rozstać się z życiem. Powód? Depresja. Wyszedłem od niej wolny. Płukanie żołądka jako skuteczne lekarstwo na tę chorobę.

Pielęgniarka sprawdza, czy nie mamy wszy. Siedzę obok Karoliny, patrzę ze zgrozą na jej niedawno pociętą rękę. Pisze tą ręką z zapałem małe traktaciki filozoficzne. Miła, inteligentna, normalna. A potem widzę, że siedzi na swoim łóżku, na korytarzu, by lepiej było ją obserwować, kołysze się, jakby miała chorobę sierocą, i płacze. Na ręce świeży opatrunek. Znowu chciała sobie zrobić krzywdę. Przytulam ją i pocieszam. Jakaś starsza pacjentka pyta mnie szeptem: „A ona ma rodziców?”. „Ma”, mówię. To oni powinni tu z nią być. Zostawiłem na chwilę Karolinę samą i znowu się pocięła. Pielęgniarki podejmują decyzję: idzie w pasy. Dzisiaj sporo polityki w TV i już jestem od tego chory. To powrót do emocji i bezradności z czasów PRL.

Wiozą mnie na tomografię mózgu, na miasto, pod nadzorem, tylko kajdanek brakuje. Kiedy wchłania mnie kosmiczna kapsuła, myśl: tu taka nowoczesność, a obok taki archaizm wielu dziedzin naszego życia. Dlaczego czuję się tu, na tym oddziale, młodszy, niż jestem? Wystrój wnętrz, ściany, meble – to wszystko są lata 70., więc czas mojej młodości. Tu też widać, jak nierówno i niesprawiedliwie rozwinęła się Polska po roku 1989. Zupełnie nowy kosz na śmieci przybył dzisiaj do łazienki. Najbardziej nowoczesny i elegancki przedmiot na tym oddziale.

Ta dziewczyna zawsze się śpieszy, przemieszcza się wąskim korytarzem niezwykle energicznym krokiem, jakby znała cel, jakby szła na spotkanie z chłopakiem, wiedząc, że ją zdradził, i chce mu powiedzieć, że go nienawidzi. Jest w niej rozpacz utraconej miłości.

Piszę, będąc w stołówce z osobnikiem, który robi absurdalne rzeczy. Leje wodę na krzesła, a potem tę wodę zlewa na stolik. Po czym jakby nigdy nic zasiada do swojego elegancko zastawionego stołu, gdzie panuje już porządek normalnego świata.

Ten nowy pacjent, młody, z kozią bródką, trafił tu, bo próbował popełnić samobójstwo, przymierzając się do skoku z mostu Poniatowskiego. Wydaje mi się, że to szlachetniejsza próba niż połykanie garściami pastylek, co ja zrobiłem. Rozmawiam z nim. To już jego czwarta próba samobójcza. Trzy razy lądował na oddziale intensywnej terapii. Jak to bywa ze skaczącymi z wysokości, wahał się wystarczająco długo i go zgarnęli. Ma lęk przestrzeni. Jest teraz w rozpaczy, że nie daje rady się zabić. Co za idiotyczna sytuacja. Zaczyna wierzyć w swoją nieśmiertelność. To, co dla wielu byłoby przywilejem, dla niego jest przekleństwem.

Pani psycholog podejmuje próbę stworzenia półkola, by pacjenci opowiadali o sobie, nowo przybyli i wychodzący – to ja. Efekt jest humorystyczny, większość biorących udział w spotkaniu jest tak zaburzona, że zupełnie nie trzyma się to kupy i brak w tym sensu. Genialne sceny do komedii filmowej. Dialog jest niemożliwy, więc przypomina to polski parlament. Po szwedzku Polsk riksdag – tak Skandynawowie od stuleci określają bałagan, odpowiednik naszego: ale burdel.

W szpitalu byłem niemal dwa tygodnie. Wielu ludzi mnie odwiedzało, miałem więc na tym oddziale zamkniętym o wiele bogatsze życie towarzyskie, niż kiedy mieszkałem we własnym domu. Po niemal dwóch tygodniach odciąłem się tu od śledzenia życia politycznego, teraz z trudem i opornie do tego wracam. Jakie wrażenia? Jak najgorsze. A to przecież zaledwie początek nakręcania się spirali zdarzeń, która nie wiadomo gdzie nas zaprowadzi. Represje, przelew krwi. Przecież dobra zmiana warta jest tego. Było mi przykro, ale pogodziłem się, że życie przeżyję w kraju zamkniętym i zniewolonym. Nie wierzyłem, że dożyję Polski demokratycznej. Sowieckie imperium wydawało się niezwykle trwałe. Podobnie jak nasza demokracja. A tu taka niespodzianka. Kaczyzm nie potrwa długo, ale podziały zostaną na dziesięciolecia. I też z tego powodu to nie będzie kraj miły do życia. Do tej pory radziłem młodym, prosiłem ich: nie wyjeżdżajcie. Teraz nie mogę uczciwie was o to prosić. Podobnie jak w czasach Polski Ludowej powszechne staje się myślenie: im gorzej, tym lepiej. Już wiemy, że tylko jeśli PiS popsuje gospodarkę, szybko straci wyborców. Ale to trochę tak, jakby samemu sobie życzyć zawału.

Wydanie: 12/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy