Sploty paryskie bez puenty

Sploty paryskie bez puenty

Na kilka dni jedziemy z żoną do Paryża. Dzieci udało się nam zostawić u cioci. Żona nigdy nie była w Paryżu. Jest młodsza ode mnie o ponad 20 lat i na nic nie choruje, ale nagle się przestraszyła, że umrze i nie zobaczy Paryża. Nie było rady, musiałem się pośpiesznie zgodzić na ten wyjazd. Po raz pierwszy byłem w Paryżu w roku 1972, więc w roku narodzin mojej żony. Najpierw w Kopenhadze, potem przez dwa tygodnie w Paryżu. To był mój pierwszy wyjazd na Zachód. Ten inny, lepszy świat na tle ówczesnej szarości Polski zdawał się nie tylko bajecznie kolorowy, ale też inaczej pachniał. Już lotnisko w Kopenhadze pachniało zagadkowo i pomyślałem, że to jest zapach wolności. Paryż za to pachniał i nadal pachnie jedzeniem, jak żadne inne miasto. Kiedy idziemy z M. na targ w Montrouge, mówi: „Zabieram was tam, gdzie bije serce Francji”. Tak, nigdzie nie jest ono bliżej żołądka niż tutaj. Mieszkamy więc w Montrouge. Fasada domu M. wygląda fantastycznie, wyłożona kafelkami i kolorowymi fragmentami potłuczonych talerzy. Dzieło z lat 50., bynajmniej nie artysty, ale murarza o duszy artysty. Udało mu się. To nie jest kicz, lecz osobliwość.

Ile razy byłem w Paryżu? Na pewno więcej niż pięć, a zapewne mniej niż dziesięć, ale te wszystkie wyjazdy nakładają się na siebie i przenikają, gdyż Paryż jest zawsze taki sam, jakby jego istota się nie zmieniała. Jest grudzień roku 1985, wracam przez Paryż do Polski ze stypendium w Stanach. W Maisons-Laffitte poznaję Józefa Czapskiego, który już traci wzrok. Przyjął mnie, leżąc na swoim łóżku, niezwykle długi i chudy jak świerszcz, a na sztalugach stał zaczęty obraz: „Nie wyobraża pan sobie – mówił do mnie – jak trudno jest malować, kiedy prawie nic się nie widzi”. Spotkania z Agnieszką Holland, z Marysią Wiernikowską, wtedy młodą, początkującą dziennikarką w Radio France International. I mogłem nawet serdecznie odwiedzić Bronka Wildsteina i jego żonę, gdyż myśleliśmy tak samo. Co się potem porobiło i jaki jest stan rzeczy, to niewiarygodne!

W roku 1988 dojechałem do Paryża małym fiatem, który na autostradach budził sensację. Podróżowałem sam ze swoim małym synem. Co za odwaga. Byłem wtedy kimś innym, będąc zarazem sobą. Zostało mi po tej wizycie w pamięci kilka scen. W Maisons-Laffitte Jerzy Giedroyc przyjął mnie z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim na werandzie przy dużym stole. Jeszcze więc przed konfliktem, który po roku 1990 na zawsze ich rozdzieli. A też podzieli na amen wolną Polskę i powstaną dwa zjeżone na siebie bieguny: konserwatywny i liberalny. Giedroyc i jego „Kultura” od początku byli po stronie liberalnej. I jest mój Paryż z roku 1993. Przyleciałem ze Sztokholmu, gdzie pełniłem funkcję dyrektora Instytutu Polskiego, ale przybyłem jako poeta. Na targach książki siedzieliśmy na krzesłach obok siebie, ośmiu poetów z Europy Wschodniej, na ostatnim krześle poeta z Macedonii, tak pijany, że co chwila z niego spadał. I był wsadzany na powrót. Każdy z nas czytał po jednym wierszu po angielsku. Na widowni była tylko jedna słuchaczka, piękna dziewczyna z Polski, która już wtedy mieszkała w Paryżu. Po raz pierwszy ujrzałem ją, jak w blasku swojej urody w czytelni Związku Literatów Polskich na warszawskim Starym Mieście pochylała się nad pożółkłymi wycinkami o twórczości Adolfa Rudnickiego. Od razu się domyśliłem, że pisze o nim pracę magisterską. Zwykle nieśmiały podszedłem śmiało do pięknej nieznajomej, ponieważ miałem jej do zaproponowania rzecz niezwykłą: czy zechce pani poznać bohatera swojej pracy? Przyjaźniłem się wtedy z Adolfem Rudnickim, który był kiedyś przyjacielem moich rodziców, taki splot. A z tą dziewczyną też moje życie na chwilę potem się splotło dzięki Adolfowi. Kiedy umierał w roku 1990 (o jego śmierci dowiedziałem się, prowadząc samochód w Sztokholmie, pamiętam, na jakim rondzie), nie mógł wiedzieć, jak bardzo i jak szybko zostanie jako pisarz zapomniany.

Basia Baranowska ma lat 80, ale wygląda niezwykle młodo i ładnie. Jestem z nią na „ty”, przecież znamy się od dziecka. W Polsce miała dwóch mężów, obu niezwykłych: Adolfa Rudnickiego, a potem reżysera Andrzeja Żuławskiego. Jakim cudem wyszła z tego cało i przy zdrowych zmysłach, nie wiem, a pytać nie wypada. Miałem pewnie sześć lat, gdy widziałem ją po raz pierwszy, mieszkałem z rodzicami w tym samym domu co Rudnicki. Była tak piękna, że nawet na małym chłopcu jej uroda robiła wrażenie. Wspominamy teraz, jak ścigaliśmy się na 100 m, od naszego domu do warzywniaka pana Bandurskiego, który stał obok wytwórni filmowej na ulicy Chełmskiej. Ale głównie wspominamy Adolfa. We Francji przez lat 40 Barbara była żoną słynnego producenta filmowego Christiana Ferry’ego, a on to cała historia powojennego filmu francuskiego. Spotkałem się z Barbarą na kolacji w mieszkaniu Lusi, która ma 97 lat, a była dzisiaj sama na pływalni, nagle wtrąca się: „Rudnicki, pamiętam, odwiedzał mnie w czasie okupacji z tym małym Nachtem-Samborskim, malarzem, chociaż wszyscy mieliśmy złe pochodzenie…”. I już mi się Nacht splata we wspomnieniach, ale o tym za tydzień.

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy