Jak mówią w Świeciu

W reportażu o symulacji przedwyborczej przeprowadzanej na targowisku miejskim w Świeciu („Duży Format”) jedna z postaci mówi: „Te wybory są tendencyjne. Liczą się następne”.
Każde wybory są tendencyjne, ponieważ w każdych wyborach każda partia chce zdobyć władzę lub maksymalnie się do niej zbliżyć. Zastanawia natomiast przekonanie, że dopiero następne wybory będą bardziej wiarygodne. Co więcej, myśl o następnych, i to niezbyt dalekich, wyborach spotyka się nie tylko na targowisku w Świeciu, ale także w wypowiedziach niektórych polityków czy rozmowach analityków.
Formalnie nie ma żadnych powodów do takiego przewidywania i obecne wybory, mimo że do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy w ogóle się odbędą, mogą całkiem legalnie zadecydować o czterech następnych latach naszego życia politycznego. Nie ma więc powodu, aby je lekceważyć, wręcz przeciwnie, bo cztery lata to szmat czasu!
Jeśli jednak istnieje wątpliwość co do trwałości ich rezultatów, bierze się ona z kilku przesłanek.
Pierwszą jest wątpliwość, czy w ich wyniku uda się komukolwiek zbudować trwały układ rządzący. Już dziś widać, że żadna z konkurujących partii nie może liczyć na stabilną większość, a więc nadal spodziewać się można korowodu sojuszy, koalicji i zerwań, co już przerabialiśmy niedawno. Drugą natomiast wątpliwością – wyczuwalną zarówno w Świeciu, jak i na salonach politycznych – jest uczucie, że wyborom tym towarzyszy zalew słów, za którymi kryje się niedosyt przemyśleń. Wygląda po prostu na to, że główne partie zaskoczone zostały przez te wybory w momencie, kiedy nie zdołały jeszcze dostatecznie wyklarować swoich zapatrywań, sztukując je teraz na gwałt, z czego się da.
Jeśli więc Donald Tusk np. proponuje teraz „wielką koalicję” wszystkich ze wszystkimi, aby umacniać „polski cud gospodarczy”, znaczyłoby to, że albo żadna partia nie ma swojej własnej, przemyślanej polityki gospodarczej, o której zwycięstwo właśnie walczy w wyborach, albo też, że wszystkie są zgodne i co do gospodarki, i co do cudów. Jedno i drugie jest nonsensem, natomiast prawdą jest to, co powiedział niedawno prof. Zdzisław Sadowski, że żadna opcja polityczna nie przedstawiła dotychczas długofalowej strategii gospodarczej, np. do 2020 r., chociaż nad takimi właśnie planami pracują już od dawna – sobie a muzom, jak się okazuje – liczne instytuty i komitety naukowe.
Brak jasnej wizji społeczno-gospodarczej sprzyja demagogii. Specjalizuje się w tym PiS, oskarżając kogo się da o korupcję, kradzieże prywatyzacyjne, układy i machlojki, które gdy występują w innych partiach, przedstawiane są jako zdrada narodowa, wykrywane zaś w PiS są wyrazem krystalicznej uczciwości tej partii, która nie przepuszcza nikomu. Brak wizji również powoduje tworzenie naprędce fałszywych alternatyw, czego przykładem była niedawna debata telewizyjna Aleksandra Kwaśniewskiego z Jarosławem Kaczyńskim. Spotkanie to, oczekiwane z ciekawością, zapowiedziano jako konfrontację III RP z IV RP, co brzmi nieźle, ale jest właśnie taką fałszywą alternatywą, nad której treścią warto by się zastanowić.
Otóż jedno w tym przeciwstawieniu jest pewne: III Rzeczpospolita była i jest dzieckiem Okrągłego Stołu, a więc najbardziej światłego, odważnego i dalekowzrocznego porozumienia politycznego zwalczających się obozów ustrojowych, na jakie Polska zdobyła się w XX w., podczas gdy podstawą IV RP jest próba zburzenia tego porozumienia i zastąpienia go nowymi liniami okopów, dzielącymi ludzi i historię naszego kraju. Polska Okrągłego Stołu miała być krajem współpracy i demokratycznej walki poglądów. Polska Kaczyńskich – którzy uczestniczyli zresztą przy Okrągłym Stole – ma być krajem odwetu, porachunków i nienawiści, a także państwem policyjnym, czego nowym wyrazem jest beztroskie przekazanie przez premiera akt osobowych ZUS, obejmujących 25 mln osób, ulubionej policji PiS, czyli CBA.
Ale równocześnie z tego jasnego i klarownego podziału nie może i nie powinna wynikać głupia i bezkrytyczna apologia III Rzeczypospolitej jako krainy szczęśliwości i prawdy. III Rzeczpospolita, rozpoczęta aktem politycznej mądrości, naśladowanym później przez kraje naszych sąsiadów, popełniła szereg błędów, których nie zamierzam – także jako skromny posługacz przy Okrągłym Stole – adorować.
Głównym z nich była tzw. terapia szokowa w dziedzinie gospodarki, która miała trwać kilka miesięcy, a trwała kilka lat kosztem gigantycznego bezrobocia, obniżenia poziomu życia najbiedniejszych i spadku gospodarczego, z którego dopiero po latach zaczęliśmy się podnosić. Dziś o błędzie „terapii szokowej” mówią otwarcie najwięksi ekonomiści, Stiglitz, Sachs, który zalecał ją Polsce, a Naomi Klein napisała całą książkę, w której dowodzi, że we wszystkich krajach świata „terapia szokowa” była chwytem hiperkapitalizmu, aby wziąć za twarz świat pracy. Nie jest prawdą, że nikt w Polsce nie wiedział, co z tego wyniknie. Pisali o tym wyraźnie prof. Sadowski, prof. Kowalik, kilku innych, ale ich głosy puszczano mimo uszu.
Błędem III RP było wasalne ustawienie się wobec Stanów Zjednoczonych i wprawdzie III RP dobrnęła szczęśliwie do Unii Europejskiej, ale poprzedzała ją tam opinia, że oto zbliża się amerykański osioł trojański. Z tej opinii trzeba się będzie dopiero wyplątywać.
Błędem było pokorne padanie na kolana wobec klerykalizacji kraju, czego owoce zbieramy dzisiaj pełnymi garściami, gdy grozi nam wręcz państwo wyznaniowe, dyrygowane przez o. Rydzyka.
Błędem była tchórzliwa zgoda na zerwanie ciągłości narodowej historii, przedziwny cud natury, kiedy tysiące ludzi, także w podeszłym już wieku, urodziło się nagle jak jeden mąż na nowo w roku 1989, osłaniając swoje życiorysy, a nawet swoje osiągnięcia czarodziejskim płaszczem amnezji. Dało to w rezultacie zerwanie ciągłości kulturalnej, kulturę koślawą i dziwaczną, stojącą dużo poniżej rzeczywistych możliwości uzdolnionego artystycznie społeczeństwa.
Na tych wszystkich błędach III RP profituje dzisiaj PiS. Czyni to w sposób perfidny, dorabiając do nich wymyślone przez siebie mitologie, spiski, układy, oligarchie, demagogię społeczną, chociaż wodzów PiS próżno by szukać wśród krytyków „terapii szokowej”. A przede wszystkim stara się usunąć sprzed oczu wyborców podstawową różnicę pomiędzy założycielskim aktem Okrągłego Stołu a obecną „polityką historyczną”, będącą w praktyce historyczną dintojrą.
Jeśli lewica chce wygrać te wybory, dokładniej zaś ugrać w tych wyborach tyle, aby mieć coś do powiedzenia w przyszłym Sejmie, nie może ginąć za III Rzeczpospolitą. Przeciwnie, musi ją solidnie prześwietlić i nauczyć się na jej błędach, czego nie wolno robić w przyszłości.
Bo w polityce zawsze liczą się także następne wybory, jak słusznie mówią w Świeciu.

Wydanie: 41/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy