Gliński z łasiczką

Gliński z łasiczką

Minister Piotr Gliński nie wypożyczył Francuzom „Damy z łasiczką”. Ich prośbę zbył grubiańskim listem do dyrektora Luwru: „Możemy rozważyć ten pomysł. Pod warunkiem, że pan wypożyczy nam »Mona Lisę«”. Potem jeszcze chwalił się publicznie, jak to zagrał żabojadom na nosie. Jeśli chciał potwierdzić powszechną opinię ludzi kultury, jak bardzo nie nadaje się na zajmowane stanowisko, to zaiste dobitnie ją udowodnił. Otóż, panie ministrze, dzieła Leonarda da Vinci to nie są znaczki wymieniane na podwórku przez młodocianych filatelistów lub wypożyczane „do serii”. Wzajemne wypożyczanie sobie obiektów wielkiej wagi stanowi element utrwalonych kontaktów i długofalowej polityki placówek muzealnych. Minister Gliński ma muchy w nosie i uważa za poniżającą współpracę polskich muzeów z Luwrem? Nie ma sprawy. Luwr od tego się nie zawali, a tylko podskakiwacz straci. Na wielką wystawę jubileuszową dorobku Leonarda da Vinci udostępnili swoje leonardiana, nie targując się jak baba na Kleparzu (to niedaleko Muzeum Czartoryskich), m.in.: Pinakoteka Ambrozjańska, Ermitaż, Muzeum Watykańskie, Galeria Borghese, British Museum, Galeria Uffizi, National Gallery itd. Wspaniałe katalogi rozeszły się w kilkudziesięciu (jak dotąd) tysiącach egzemplarzy. Krakowskiej „Damy z łasiczką” w nich nie ma. Spodziewa się minister Gliński, że spowoduje to przyjazd smakoszy chcących obejrzeć brakujące ogniwo łańcucha? Nic bardziej błędnego. Nasz reprezentacyjny skarb po prostu jak gdyby wypadł z korpusu podstawowych dzieł mistrza Leonarda. Minister go nie wywyższył, tylko zdeprecjonował, a jeśli chodzi o Muzeum Czartoryskich, to miast zapewnić mu rangę ubożuchnego, ale partnera Luwru, sprowadził je do tego, czym w istocie jest – podrzędnego panoptikum z dwoma czy trzema unikatami, czyli kolekcji, jakich na świecie setki.

Jest to zresztą reprezentatywne dla szerszej polityki muzealnej naszego ministra. Chciałby on w nich widzieć placówki propagandowe, glajchszaltujące publiczność do jego zapatrywań. Najlepszym tego przykładem muzeum Polin, które ma odwagę być obiektywne, dzięki czemu uzyskuje darowizny od ludzi spragnionych rzetelnej wizji historii. Na co jednak Glińskiemu pieniądze, prawda albo opinia międzynarodowa? Były dyrektor wygrał miażdżąco konkurs na następną kadencję? Panisko z Krakowskiego Przedmieścia wstrzymuje miesiącami nominację – i co? No i co mi możecie zrobić!? Polityka polityką, ja bym tu jeszcze dołączył psychologię. Im bardziej bowiem kontrowersyjne, szkodliwe i tendencyjne podejmuje Gliński decyzje, tym więcej o nim się mówi. Z reguły źle. I cóż z tego? On lubi po prostu ogromnie, że się o nim mówi, zauważa go w tłumie. Jak pisał Walerij Briusow:

Cóż mi oszczerstwa głos? Bluźniercę wzgarda zmiata!
Niech wieńczy moją skroń stuleci przyszłych sława.
Prowadząc do świątyni świata.

Tenże Briusow (mało warta owa „świątynia świata”, bo nawet w Rosji niewielu o nim pamięta) oświadczał, że „nie lubi Lermontowa”. No proszę – Briusow nie lubi Lermontowa. Powinien Lermontow w zaświatach założyć włosiennicę i schować się ze swoją poezją, „Bohaterem naszych czasów” i „Maskaradą”, w najciemniejszej dziurze Tartaru, zalewając łzami, bo Briusow go nie lubi. Z kolei Gliński nie lubi Gombrowicza, Tokarczuk, Miłosza i wszystkich wybitniejszych dyrektorów teatrów.

No, nie lubi i tyle. Miłosz i Gombrowicz leżą na szczęście w grobach. Z Tokarczuk się zobaczy, na razie Nobel za świeży, ale dyrektorów już teraz można powyrzucać, tutaj Gliński może sobie użyć. Nie podobają mu się. No i co mi możecie zrobić? Taki mam już gust i tyle.

Z tym gustem to rzeczywiście skomplikowana sprawa. De gustibus non est disputandum, ale z drugiej strony „są gusta i guściki”. Franciszek Ksawery Dmochowski jest tu patetyczny:

Guście, sędzio dzieł ludzkich, darze niebios drogi,
Bez którego w ozdoby sam dowcip ubogi!

Ale już Stanisław Jachowicz znacznie frywolniejszy:

Późnym wieczorem śpiewał słowik w krzaczku,
„Cóż to? – ktoś rzecze – nie śpisz nieboraczku?”,
„Różne są gusta – słowik mu odpowie –
Gnuśni spać wolą, śpiewać słowiczkowie”.

Tak więc skomplikowana to sprawa. Można liczyć tylko na pewien kompromis. Gowin czy Ziobro non est disputandum. Natomiast muzyka Mozarta wydaje się jednak trochę lepsza od disco polo. I właściwie to nam w przypadku Glińskiego całkowicie wystarcza. Panisko z Krakowskiego Przedmieścia woli każdą filmową nacjonalistyczną szmirę, dla której nikt do sal się nie fatyguje, od filmów oglądanych i zbierających po świecie prestiżowe nagrody. Telewizja publiczna mu całkowicie dogadza. Muzeum Rydzyka dofinansowuje. Na co mu Mozart? Niech go disco polo weźmie w swe ramiona, utuli i upieści. Ta nasza siermiężna muzyka też może za trudna, ale przynajmniej potańczyć przy niej pan minister kultury Piotr Gliński zapewne potrafi. Co do „Damy z łasiczką”, to osobiście nie ma wyrobionego zdania. Za bardzo jednak łapy Czartoryskim nasmarował, żeby teraz ślepia głupich Francuzów pasła. Bo za granicą, jak wiadomo, żyją sami polakożercy i profani. Z kolei polskie wykształciuchy, z panią prezydent Gdańska na czele, Westerplatte obsr…

Wydanie: 46/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy