Wstydliwy Olejniczak

Wstydliwy Olejniczak

Wypowiadana przez tych i owych opinia, że w następnej kadencji Sejmu byłaby możliwa koalicja SLD z partią PiS, jest jawnie nieprawdopodobna. Warto jednak zapytać, dlaczego to absurdalne przypuszczenie nie wszystkim wydaje się absurdalne. Można je oczywiście oprzeć na solidnym frazesie, że „w polityce nigdy nie mówi się nigdy”, ale wydaje mi się, że ono nabiera pozoru możliwości z innego powodu, a właściwie z dwu powodów. Partia PiS rządziła z Samoobroną i dzięki niej przeprowadziła kilka ustaw, na których jej zależało; dlaczego nie miałaby spróbować tego samego z drugą partią „postkomunistyczną” (w kręgach „posierpniowych” Samoobrona też była za taką uważana)? Do tanga jednak trzeba dwojga, a SLD to wprawdzie obecnie mało wpływowa, ale autentyczna partia polityczna, z rzeczywistą tradycją, z trwałym dziesięcioprocentowym elektoratem, który mniej więcej wie, o co mu chodzi, i dzięki któremu ta partia potrafiła przez kilka ładnych lat przetrwać mimo braku przywódcy (czy można sobie wyobrazić PiS bez Kaczyńskiego?).
Nie widzę poza wyborcami innego czynnika, który by nadawał kształt ideowy SLD. Wodzireje Sojuszu uważali swój elektorat za kłodę u nogi, a gdyby nie ta kłoda, już dawno wzlecieliby w przestworza, gdzie ustaje przyciąganie ziemskie. Wyborcy SLD nienawidzą PiS-u, do czego mają mocne powody, a zaraz na drugim, a może i tym samym miejscu stawiają Platformę Obywatelską, do czego też mają powody.
Nieokreśloność i miałkość programowa, brak zdecydowania, ucieczka od „gorących” problemów, wykrętne tłumaczenia się tam, gdzie trzeba wyraźnie przeciwstawić się przeciwnikom, uleganie manipulacjom propagandowym prawicy itp. cechy SLD spowodowały, że przypuszczenia o możliwej przyszłej koalicji z PiS-em mogły się w ogóle pojawić.
Do normalnej praktyki parlamentarnej należy, że co jakiś czas dochodzi do współdziałania partii całkowicie sobie obcych, a nawet wrogich. Już w czasie wyborów dokonywane są okazyjne porozumienia, dzięki którym partie, które je zawierają, uzyskują korzyści kosztem pozostałych partii. Zdarza się, że partie zasiedziałe u władzy zmawiają się przeciw partii nowej, albo z jakiegoś względu niebezpiecznej dla panujących reguł gry, albo sięgającej po już podzielone korzyści, i obkładają anatemą wszelkie próby wchodzenia w układy z taką partią. We Francji na przykład w taki sposób establishment radzi sobie od lat z Frontem Narodowym Le Pena, który mając kilkunastoprocentowe poparcie wyborców, uzyskuje czasem jeden mandat, a czasem nie uzyskuje żadnego. W Polsce partie postsolidarnościowe taką metodę stosują wobec SLD, ale robią to bez francuskiej precyzji.
W mediach przeważnie platformerskich nie ustaje akcja zawstydzania SLD oraz PiS-u z powodu rzekomej koalicji zawartej w celu podzielenia się mediami tzw. publicznymi. Informacje na ten temat są bardzo skąpe i bałamutne, pewne jest tylko to, co widać na ekranie i słychać z radia. Najmniejszego śladu jakiegoś wpływu SLD na to, co telewizja pokazuje, nie widać, a przecież liczy się tylko to, co dzieje się na ekranie, a nie kto zasiada w gabinecie dyrektorskim. W czasie, gdy Robert Kwiatkowski był szefem, podległa mu administracyjnie telewizja prowadziła systematyczne, nieraz wściekłe, nieraz perfidne ataki na SLD.
Jeden z coraz liczniejszych kandydatów na prezydenta, Ludwik Dorn, miał powiedzieć, że „tylko ktoś dotknięty matołectwem może mówić, że nie ma medialnej koalicji PiS-SLD”. Dla Wojciecha Olejniczaka jest to już wystarczający powód, aby uwierzyć w podział mediów między te dwie partie. „Ludwik Dorn ma rację”, twierdzi niedawny przewodniczący SLD w „Gazecie Wyborczej” (15 marca) ze strachu, aby go nie zaliczono do „dotkniętych matołectwem”. Jego rozumowanie jest nadzwyczaj osobliwe: „niewątpliwie politycy tych dwu partii patronują temu, co się teraz dzieje w mediach publicznych… wstydzę się, że doszło do takiej sytuacji”. Jakiej sytuacji się wstydzi? Chodzi o radiową Trójkę: „z powodu politycznej decyzji program zaczyna skręcać na prawo. To jest najlepsze potwierdzenie tego, że porozumienie między ludźmi związanymi z SLD i z PiS w sprawie mediów publicznych jednak jest. I ja się za to wstydzę”. Niech ktoś spróbuje odtworzyć rozumowanie zachodzące w głowie Wojciecha Olejniczaka. Wstydzi się, że Trójka skręca w prawo, a jeszcze bardziej zawstydza kolegów z SLD, że do tego doprowadzili… Jakim sposobem? Po co? Co mają zrobić, żeby Trójkę skręcić w lewo? Czy samemu Olejniczakowi udało się w jego karierze politycznej skręcić w lewo cokolwiek? Gdy się czyta jego wypowiedzi, to można wątpić, czy dla niego słowa „lewica”, „prawica” mają jakikolwiek sens. Słyszałem gdzieś pogłoskę, że ma przejść do Platformy Obywatelskiej, byłoby to dla SLD najlepsze rozwiązanie. Do kierownictwa SLD wszedł przez kooptację, awansowany kapryśnie przez Leszka Millera, za co mu się odpowiednio odwdzięczył. Najmniej nadający się na przewodniczącego partii usunął jedynego nadającego się. I ta partia była przez pewien czas bardzo z tego zadowolona.
O ile zawstydzony Olejniczak zawstydza SLD, to inny kandydat na innego prezydenta (ale z takimi samymi szansami) przemawia do sumienia PiS-owi. Ta partia ze swej strony powinna się wstydzić, że zawarła koalicję z SLD. „I oto jest pytanie – mówi Tomasz Nałęcz – które chciałbym zadać panu Ziobrze: Jak się czuje jako człowiek inteligentny, obserwując ten układ SLD-PiS realizowany przez ludzi trzymających władzę? Bo dla mnie to obrzydliwe. To nie diabeł układa się z uczciwym człowiekiem o jego duszę, ale dwóch czartów handluje sobie bezwstydnie” („Gazeta Wyborcza”, 22 grudnia 2009). Tomasz Nałęcz od kilku lat widzi swoje powołanie w szkodzeniu SLD; lata koło Sojuszu jak złośliwa mucha i pozostawia na jego wizerunku charakterystyczne ślady – małych rozmiarów i zmywalne.

Wydanie: 12/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy