Nasza ponura biologia

Wieczory z Patarafką

Od dawna wieść gminna niesie, że książki fizyków pełne są nadziei, zmysłu tajemnicy i metafizyki, a biologia – odwrotnie. Nie mniej pełna inwencji, jest antymetafizyczna, okrutna i sceptyczna. Fizyka odkrywa nam nowe światy i wymiary, a biologia wszystko redukuje do kilku zasad wyjściowych. Tak się złożyło, że więcej czytam prac biologów niż fizyków, chociaż moje serce jest po drugiej stronie barykady. Oczywiście, jestem w biologii kompletnym laikiem, a w świecie fizyki i matematyki jeszcze większym. Mogę mówić ewentualnie o wrażeniach i nadziejach, o niczym więcej. Ale świat kwarków, fal i mnożących się wymiarów pulsuje niepojętymi tajemnicami, podczas gdy biologia zna wszystkie rozwiązania. A nawet jak na razie nie zna, to jutro znać będzie. Wszystko jest rozwiązywalne, chociaż na mocy niezwykłych paradoksów. Stan biologii przypomina mi pewność siebie fizyków w XIX wieku, którzy w tamtym czasie też mieli klucz do natury wszechrzeczy i potrafili wyjaśnić wszystko. Początek XX stulecia sprawił, że wszystko runęło w gruzy.
Panaceum biologii, tym szczerozłotym kluczem jest teoria ewolucji. Rzeczywiście, jej twierdzenia wsparte teorią gier wyglądają na prawdy niezbite i absolutne, a nie widać żadnej alternatywy. Ostatnio przeczytałem sobie „Światełko mydliczki” brytyjskiego uczonego George’a C. Williamsa w znakomitej serii „Science Masters”, oczywiście w przekładzie Marcina Ryszkiewicza. Książka nosi podtytuł „O planie i o celowości w przyrodzie” i z ludzkiego punktu widzenia traktuje o absolutnym braku planu i celowości wszystkiego. Jest rzetelna i ponura, a kończy się wnioskiem, że Bóg, cokolwiek pod tym terminem rozumieć, nie jest ani mądry, ani dobry.
Świat jest polem śmiertelnej walki wszystkiego ze wszystkim i rzeczywiste są tylko dwie kategorie: zwycięzcy i pokonanego. Drobne przykłady: rybie wcale nie zależy na przetrwaniu gatunku, ryba dba wyłącznie o swoje własne geny. Zaciekłą walkę toczy także matka ze swoim własnym płodem. Walka trwa najpierw między plemnikami, których miliardy muszą umrzeć. Potem w bardzo wczesnej fazie dochodzi do bardzo częstych aborcji, z czego matka w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Płód, nawet najbardziej poroniony, usiłuje matkę oszukać, a nawet kiedy ciąża jest prawidłowa, embrion usiłuje z matki wydrzeć jak najwięcej składników pokarmowych, nie licząc się z jej ewentualną szkodą. Organizm matki też walczy i w końcu dochodzi do jakiegoś kompromisu. W ogóle nie ma co mówić o jakimkolwiek porządku moralnym – na przykład dzieciobójstwo jest przyjętym u wielu gatunków i nawet u człowieka sposobem regulacji urodzin. Podkreślam – mowa o dzieciobójstwie, a nie o skrobankach.
Autor w swoim adaptacjonizmie idzie nawet znacznie dalej niż Richard Dawkins, co nie znaczy, że pochwala realny stan rzeczy: on po prostu nie może go nie uznać. Dobór naturalny, któremu wszystko musi się poddać, jest taką siłą fatalną, która zarówno tworzy zjawiska i twory o niezrównanej precyzji, jak i odpowiada za niepojęte głupstwa konstrukcyjne naszego ciała. Paradoksalnie Williams uważa, że to dobrze, że natura jest aż tak głupia, ponieważ w przyszłości wiele rzeczy będzie można poprawić. Ale sam porządek rzeczy – taki, jaki jest naprawdę – wygląda zniechęcająco. „Jedynym celem, jaki w takim świecie przyświeca żywym organizmom, jest ich własna pomyślność. Jeśli jakakolwiek cecha okaże się skuteczniejsza i odniesie większy sukces – w dowolny sposób – zapewni sobie tym samym większy proporcjonalnie udział w przyszłości. To jedyny rodzaj nagrody, jaki istnieje na tym bożym świecie” (s. 192).
No, pięknie, ale nie bardzo. Wygląda na to, że nasz ludzki porządek, jakikolwiek by był, musimy sobie zbudować całkiem osobno. Prawa natury ani nie są naszym przeciwnikiem, ani sojusznikiem, przynajmniej na poziomie biologii czy też socjobiologii. Ale Williams pisze także o „bezmiarze cierpienia i bólu”, tylko że służy mu to jedynie do obalenia tezy o „dobrotliwości Boga”. Cóż, tego nie zmienimy. Ale możemy próbować bodaj postawić sprawę inaczej: czy „sukces genetyczny” wyrażający się w największej możliwie ilości potomstwa jest nam dzisiaj tak niezbędny? Ale i tak jest niewesoło.

 

 

Wydanie: 31/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy