Do uczniów Giedroycia

Do uczniów Giedroycia

Bez uprzedzeń

Dosyć mi się kiedyś podobało, gdy niektórzy lewicowi politycy wyznawali, że są lub chcieliby być uczniami Jerzego Giedroycia. Teraz jestem rozczarowany, ponieważ postępują oni całkiem odwrotnie, niż radził Giedroyc. Redaktor paryskiej „Kultury” zalecał, aby państwo polskie nie brało na swoje garbate plecy ciężaru w postaci księży, którzy mieliby nauczać wiary katolickiej w Rosji i na Białorusi. Mniemani uczniowie Giedroycia rządzą i robią dużo, aby się w Rosji wydawało, że państwo polskie jest żywo zainteresowane krzewieniem katolicyzmu na Sachalinie albo w jakimś innym kraju krasnojarskim lub krasnodarskim. W katolicyzmie nie widzę nic złego, spotkanie katolika w Związku Radzieckim było przyjemnym przeżyciem. W wyższych kręgach towarzyskich dawnej, jeszcze carskiej Rosji zdarzały się przejściowe ciągoty katolickie. Dekabrysta Łunin bardzo wzruszająco wspominał świętowanie przez polski lud Wielkanocy. Mógłbym tu nagromadzić dużo szczególików przemawiających w sumie za eksportem katolicyzmu do Rosji. My w Polsce wiemy, że katolickie parafie wielkiego pola do rozrostu w Rosji nie mają, a Rosjanie wiedzą o tym jeszcze lepiej. Jednak z powodów, o których tu nie ma potrzeby się rozwodzić, katoliccy księża ludziom prawosławnym nie podobają się, a nawet – jak można było zobaczyć w telewizji – mocno działają im na nerwy. Czyje stanowisko jest w tej sprawie ważniejsze: nasze czy rosyjskie? Jeżeli rosyjskie, to nie dziwmy się i nie oburzajmy, gdy Rosjanie katolickich księży wyrzucają lub nie wpuszczają do siebie. To ich sprawa i ich będzie strata, jeśli potwierdzi się hipoteza, że poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia. A jeżeli nasze stanowisko jest ważniejsze – co z tego wynika? Wynika to, co się właśnie dzieje, że polski, z punktu widzenia prawa, bezwyznaniowy i laicki rząd miesza się do konfliktu prawosławnych z katolikami nie jako rozjemca, o co nikt go nie prosi, lecz jeszcze gorzej, jako strona. Leszek Miller zwierzał się kiedyś „Gazecie Wyborczej”, że kształcił się na paryskiej „Kulturze”. W tej chwili ja w to nie bardzo wierzę. Nie mógłby przeoczyć uwag Redaktora przestrzegającego wielokrotnie przed wysyłaniem do Rosji i na Białoruś księży katolickich z Polski. Czy Watykan nie może tam posyłać Włochów, Hiszpanów albo niemieckich teologów, bardzo w Rosji szanowanych jak wszystko, co niemieckie? Na takim rozwiązaniu i sprawa boża by zyskała i interes państwa polskiego by nie ucierpiał.
Politycy mają swoich mistrzów myślenia chyba tylko po to, aby się od nich niczego nie uczyć. Wyłania się tu cienkie zagadnienie, co to znaczy uczyć się od mistrzów? Czynny polityk ma najczęściej do czynienia z sytuacjami, o których nieżyjący autorytet nie mógł myśleć. Przyjęte w spadku, czasem w nastroju zachwycenia nauki polityczne mogą zamącać postrzeganie rzeczywistości, która zdążyła się już zmienić. Z Giedroyciem tego rodzaju ryzyko jest jednak bardzo małe. Był on otwarty na nowe fakty i pozbawiony uprzedzeń. Jego przekonania nie układały się w dogmaty. To, co nazwano doktryną Giedroycia-Mieroszewskiego, nie było żadną doktryną, lecz stanowiskiem polemicznym wobec emigracji, zwłaszcza jej ośrodka londyńskiego, i sprowadzało się do twierdzenia, że nie należy marzyć o odzyskaniu Wilna i Lwowa, lecz życzyć sobie niepodległości Ukrainy, Białorusi i Litwy. Dla Polaków żyjących w kraju takie stanowisko w sprawie Wilna i Lwowa nie miało żadnej treści albo powiedzmy dokładnie: było banałem, bo nikt tu o odzyskaniu tych miejsc nie myślał, natomiast wobec emigracyjnego patriotyzmu jawiło się jako kapitulanckie. Doktryna Giedroycia-Mieroszewskiego adresowana, jak powiedziałem, raczej do polskiego Londynu niż do Warszawy, w końcu została przyjęta przez całą emigrację, nie wskutek swojej retorycznej siły przebicia, lecz w następstwie wymowy rzeczywistości. Co ciekawe, to jej szczególny renesans w kraju po upadku realnego socjalizmu. Przyjęta ona została jako coś nowego, odkrywczego, razem z innymi poglądami emigranckimi, całkiem obcymi Giedroyciowi i Mieroszewskiemu. Zwycięski obóz solidarnościowy narzucił społeczeństwu świadomość emigrancką, połowa Polaków poczuła się emigrantami, nowa włada traktowała kraj jak nowo odzyskany, jak Bourbonowie Francję po upadku Napoleona i jak tamci jęła zaprowadzać restaurację starego reżimu. Wałęsa przejął insygnia władzy prezydenckiej od pana inżyniera Kaczorowskiego z Londynu (którego Giedroyc nigdy nie uznawał w prezydenckiej roli), czyniąc w ten sposób wysiłek wcielania się w emigranta. I rządził jak emigrant. Nie wiem, w jakich kształtach ta rzeczywistość dochodziła do Giedroycia, do Polski przyjechać nie chciał i z samokreującą się emigracją krajową się nie utożsamiał.
Można przyjąć, że polityka III RP wobec Ukrainy była do tej pory mniej więcej zgodna z życzeniami Giedroycia. Nie on jednak miał tu decydujące słowo, lecz Departament Stanu w Waszyngtonie. Z Białorusią żadnej polityki nie było, bo jakże nasi szlachetnie zamerykanizowani politycy mieliby spotykać się z kołchoźnikiem Łukaszenką. Chętnie by i tu zastosowali doktrynę Giedroycia-Mieroszewskiego, ale co mają robić, skoro Łukaszenka przeszkadza.
Polska klasa polityczna z mediami na czele w kretyński sposób odnosi się do Białorusi, jedynego wschodniego sąsiada, od którego nie dzieli nas przelana krew, którego ludność jest najbliższa mentalnością Polakom i gdzie moglibyśmy znaleźć najlepsze przyjęcie, gdybyśmy go nie szukali u nacjonalistów, których i tam nie brakuje. Z powodu przejściowego Łukaszenki wyparta została ze świadomości łącząca nas historia, fakt, że Litwa ojczyzna nasza, która jest jak zdrowie, to nie Żmudź i Kowno, lecz Białoruś z Nowogródkiem, Nieświerzem i Świtezią, z naszymi sławami narodowymi pochodzenia białoruskiego jak Mickiewicz i Wańkowicz, Kościuszko i Moniuszko i pozostałą znaczną częścią polskiego panteonu. Bardzo wątpię, czy Giedroyc doradzałby politykę wybrzydzania wobec tak bliskiego nam kraju tylko dlatego, że nie zapanowała tam jeszcze przepisowa demokracja. A na Ukrainie – czy zapanowała?

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy