Gęś z prosięciem

Kuchnia polska

Środek lata, w dodatku w czasie kanikuły, nie wydaje się najlepszym momentem na zasadnicze spory dotyczące gospodarki, ekonomii, polityki społecznej, a nawet – bagatela! – sensu życia. Dziwię się więc nieco panu Ernestowi Skalskiemu, że właśnie w takim czasie zdecydował się opublikować swój artykuł pod ironicznym tytułem „Biedni, ale równi” („Gazeta Wyborcza”, 28 lipca 2003 r.), w którym polemizuje z Andrzejem Celińskim, autorem publikacji w „Rzeczpospolitej”, oraz Januszem Reykowskim, który w czasie kongresu SLD ogłosił swój artykuł w „Gazecie Wyborczej”.
Ernest Skalski jest wytrawnym publicystą, znakomicie przygotowanym w zakresie ekonomii i spraw społecznych, w którego warsztacie znać ślady solidnej szkoły dawnej „Polityki”. Jest też człowiekiem dobrze wychowanym, więc polemika jego nie ma charakteru bicia w zęby ani kopania w podbrzusze, lecz utrzymana jest w tonie łagodnej perswazji, którym tłumaczy, że obaj wspomniani autorzy nie mają racji.
W czym mianowicie? A no w tym, że z niepokojem patrzą na stan spraw w naszym kraju. Niepokoi ich to, co większość myślących ludzi – wzrost nierówności społecznej, sytuacja, w której blisko 40% społeczeństwa żyje na granicy minimum socjalnego i spychane jest na margines, to, że giną całe regiony o własnej kulturze opartej na wykonywanym zawódzie, jak dzieje się na górniczym Śląsku, że bezrobocie nie spada, ale rośnie, a nierówność społeczna staje się dziedziczna – bogaci rodzą bogatych, biedni biednych, bezrobotni bezrobotnych, wykluczeni wykluczonych. Z tych też obserwacji obaj autorzy, aczkolwiek dość oględnie, wyprowadzają również, każdy na swój sposób, sugestię, że być może droga, po której postępujemy już od lat 14, nie jest najsłuszniejsza, a w każdym razie wymaga zasadniczej korekty.
Otóż Ernest Skalski jest przeciwnego zdania. Przyznaje, że jest ciężko, ale sprawy, jego zdaniem, rozwijają się prawidłowo, wymagają jedynie czasu i samozaparcia. Co więcej, za pomocą odpowiednich tabel i wyliczeń dowodzi, że mimo lamentów i biadolenia gospodarka się rozwija. Gonimy Unię Europejską i podczas gdy unijny wzrost PKB wynosił w latach 1990-2001 14%, nasz wyniósł aż 42,2%. Zapomniał tylko dodać, że rok 1990 był rokiem katastrofy spowodowanej przez „terapię szokową” i PKB spadł wówczas o niespełna 40% w porównaniu z PKB w ostatnich latach PRL-u. Produkcja w latach 1990-2001 wzrosła o 71,5%, ale w 1990 r. była na dnie, z tych samych powodów. Wynagrodzenie realne brutto wzrosło w latach 1992-2001 o 30,4%, ale pan Skalski nie dodaje, o ile wzrosły ceny, a także ile świadczeń dotąd nieodpłatnych (wczasy, kolonie dla dzieci, szkoły itd.) stało się odpłatne. Nie bierze też pod uwagę faktu, że 2-3 mln osób w ogóle nie pobierają wynagrodzenia, będąc bezrobotnymi. Powiększyły się mieszkania, na izbę zamiast jednej osoby przypada teraz 0,91 osoby, ale owe 0,09% wzrostu jest zapewne sukcesem wielopokojowych willi, ponieważ liczba oddawanych do użytku izb mieszkalnych stale spada. Przedłużyło się statystyczne życie – mężczyznom o ponad trzy lata, kobietom o ponad dwa – ale to dlatego, że umiera o 12% mniej niemowląt. A to z kolei dzieje się dlatego, że znacznie mniej się ich rodzi, i to głównie w rodzinach lepiej sytuowanych, bo te jeszcze odważają się mieć dzieci, w sumie zaś mamy już ujemny przyrost naturalny.
Tabele Ernesta Skalskiego nie są więc zbyt przekonujące, ale nie spierajmy się o liczby i detale. Rozmowa, którą po raz kolejny wszczyna Ernest Skalski, nie jest bowiem w istocie rozmową o liczbach, ale o wartościach. Dla postawy, którą wyraża pan Skalski, wartością jest wzrost gospodarczy mierzony wzrostem PKB, chociaż już 30 lat temu Friedrich Schumacher – autor, którego prognozy sprawdzają się dzisiaj, jakby mówił z krzaka ognistego – pisał o „gospodarce dualnej”, to znaczy takiej, gdzie PKB może wzrastać równocześnie z pauperyzacją ogółu społeczeństwa. Pan Skalski porównuje jednak rozwój bogactwa do kaskady, która lecąc z góry, najpierw nawadnia obficie szczyty społeczeństwa, ale potem, spadając na dół, nie omija nawet najmarniejszego kamyczka leżącego na samym dnie.
Natomiast dla jego antagonistów reprezentujących niedobitki socjaldemokracji wartością jest, jak podejrzewam, stan społeczeństwa i satysfakcja jego uczestników, którzy mają tylko jedno życie. Nie wierzą więc w dobroczynną kaskadę, lecz na odwrót – w jej wysokości widzą raczej miarę rozdarcia społeczeństwa. Polska jest dzisiaj krajem, w którym różnica materialna między szczytem a dołem przekracza wszelkie normy europejskie, Niemiec, Francji, także Wielkiej Brytanii, trzymając się raczej norm republik bananowych. Zaś rezultatem owego rekordowego rozwarstwienia materialnego jest widoczne gołym okiem zerwanie więzi społecznych, bo jakaż może być więź społeczna między indiańskim peonem a białym plantatorem? Pomiędzy Kulczykiem a bezrobotnym z dawnego PGR-u? Jeśli więc na przykład mówimy dzisiaj o korupcji, która godzi w „interes społeczny”, zapytajmy najpierw, czy mamy jeszcze społeczeństwo, które odczuwa jakąś wspólnotę interesów, czy też popadliśmy już w stan, który prof. Łagowski nazywa anomią, a więc właśnie zerwaniem więzi społecznej ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Nie tak dawno ogłoszono wyniki ankiety, w której większość respondentów – w tym także młodzieży – zapytanych, czy woli wytężoną walkę o sukces materialny, czy też słabo płatną pracę w przyjaznym otoczeniu i więcej czasu dla siebie i rodziny, wybrała to drugie. Można grzmieć, że to spuścizna PRL-u, choć skąd ona u młodych? Można jednak odczytać w tym także zarówno niewiarę w obecny model rozwoju, jak i preferencję dla „jakości życia”, a więc wartości, która w aksjologii bohaterów Ernesta Skalskiego uczestniczących w wyścigu szczurów nie występuje w ogóle, ale ma swoją cenę wśród wartości uznawanych przez niedobitki socjaldemokracji.
Nie tylko zresztą przez nich. Żyjemy w świecie, w którym z bardzo różnych stron, „zielonych”, „pomarańczowych”, Bóg wie jakich zresztą, pojawiają się coraz częściej dziwaczne pytania. Rozwój, wzrost gospodarczy – ale czyim kosztem? Przyrody, słabszych, Trzeciego Świata? Dobrobyt – ale za cenę czego? Morderczej rywalizacji, kontrastów dekomponujących społeczeństwo, życia wśród nędzy innych, jak nadzorcy w koloniach?
Biedni, ale równi? – ironizuje Ernest Skalski.
Ale jak biedni? I jak równi? Obawiam się, że nie dla wszystkich brzmi to jak absurd. Wystarczy poczytać ankiety na temat PRL-u, w których większość respondentów stale deklaruje dlań sentyment, a wysiłki transformacji uważa za nieporozumienie. A przecież nie mówimy o biedzie PRL-owskiej i tamtejszej równości. Mówimy po prostu o możliwości mniejszej biedy i większej równości, na co nas stać, gdy uznamy, że idziemy złą drogą.
Na razie jednak mówimy o tym jak gęś z prosięciem i obawiam się, że tak już zostanie.

 

Wydanie: 32/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy