Goryle Catherine Deneuve

Goryle Catherine Deneuve

Filmy o kolonizacji kosmosu i międzygwiezdnych podróżach powinny być chyba filmami o marzeniach. Wizje podboju gwiazd budzą w nas jednak grozę, skutkiem czego oglądamy potem klaustrofobiczne produkcje o kończącym się tlenie, surowych krajobrazach, zagubieniu w kosmosie, zepsutych statkach kosmicznych i nawiedzonych stacjach. I oczywiście o obcych, dla których naturalnym środowiskiem życia są ciepłe wnętrzności członków załogi. Romantyzm NASA polega zwykle na tym, że jakiś Amerykanin poświęca się dla świata i z łezką w oku leci na pewną śmierć gdzieś w czarną dziurę, którą naprawdę z czystym sumieniem możemy nazwać dupą świata. A ci, którym udało się przeżyć, wracają do swoich bliskich, którzy już dawno się zestarzeli. Wyglądają, jakby byli dziadkami tamtych i to już zaczyna przypominać mój koszmarny sen, w którym wszyscy na ziemi mówili głosem mojej babci.

Ostatecznie trzeba to otwarcie powiedzieć: filmy o eksplorowaniu kosmosu kojarzą się raczej ze śmiercią. Dołerski „Interstellar” kompletnie mnie wykończył. W życiu nie obejrzałabym tego z popcornem w buzi. Wystarczy, że popatrzę na Księżyc – już robi mi się bardzo smutno. A jeszcze to jakieś rozmijanie się w czasie i pseudożycie w dziwnych tunelach, trujący pył, kolosalne fale. Zimny dreszcz i smutek zwrotnic. Dawali to nocą i już nie zdążyłam potem obejrzeć żadnej komedii, więc musiałam z tym spać. Trzeba podziałać sobie na wyobraźnię, no ale nie tak!

Kiedy usłyszałam o nagradzanym i powszechnie wielbionym filmie „Grawitacja”, przezornie nie poszłam do kina. A podczas emisji telewizyjnej siadłam półdupkiem na kanapie, żeby w razie czego szybko dać drapaka. I zaraz ujrzałam biedną Sandrę Bullock, która na wątłej pępowinie jakiegoś podejrzanego kabla fruwała w ciemności mocno przerażona. No i oczywiście kończyło się jej powietrze. Jak wiadomo, aktorka ta przeżyła ostatnimi laty ciężkie chwile w życiu prywatnym, rozumiem, że metafora braku powietrza celnie oddaje trudne emocje. Ale mnie zaraz kręciło się w głowie i też kończyło mi się powietrze. Na Boga! Musiałam wyłączyć telewizor i iść pooddychać na balkon!

„Zupełnie Nowy Testament”, który wszedł niedawno do kin, nie opowiada może o kosmosie w sensie ścisłym, macza jednak palce w sprawach natury i dziwne dość rzeczy dzieją się tam z niebem i ziemią. Wystarczy sobie wyobrazić – podobnie jak scenarzyści filmu – że Bóg (który istnieje i mieszka w Brukseli) rzeczywiście stworzył ludzi na swoje podobieństwo. I właśnie jest małostkowym, złoś­liwym facetem, który terroryzuje rodzinę, upadla żonę, dręczy dzieci. Pali, pije i oblechowato się ubiera. Jego syn Chrystus jest wprawdzie zaklętą figurką, jednak córka to mała buntowniczka, która woli anarchię od betonowego patriarchatu. I w końcu postanawia zdradzić wszystkim ludziom na świecie datę ich śmierci. Mogą sobie Państwo wyobrazić, co w takim razie dzieje się na ziemi! Ile przewartościowań! Taka np. Catherine Deneuve postanawia zamienić zapracowanego małżonka na… goryla. Co to jest za miłość! A jaka odważna rola. A jednak mimo (precyzyjnie wykorzystanego) potencjału humorystycznego historii ogląda się ją z lekką grozą. I to nie przez goryla Catherine Deneuve. Być kaprysem i pypciem na języku takiego Boga to dopiero stres. Oto dlaczego kanapka spada zawsze dżemem do dołu, budzik zawsze dzwoni za wcześnie, a w strategicznych dla naszej garderoby momentach zaczyna padać deszcz. Poza tym wcale nie byłoby tak fajnie mieć na niebie jakieś dziwne kwiatki 24 godziny na dobę, wcale nie!

Te wszystkie utopie, dystopie i dzikie fantazje to dobry fitness dla mózgu. A sześciopak na mózgu każdy chciałby mieć. A jednak po każdej podróży chętnie lądujemy w naszych przyklapanych kapciach i szlafroczku z plamą po keczupie, na kanapie o zapachu psa. I niechże sobie to niebo będzie czasem byle jakie i sprane, siąpiące i płaskie. A nawet niech się trafi marzec w grudniu, a grudzień w listopadzie. Ale człowiek potrzebuje, żeby był jakiś porządek. A data śmierci? Niech ją sobie znają bogowie, programy komputerowe, kosmici. Ale nie my! Inaczej skończymy z gorylami – jak Catherine Deneuve.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy