Idę po sekator

Wszyscy wiedzą, że najbardziej naszemu społeczeństwu zagrażają studenci podczas juwenaliów oraz emeryci wysyłający znajomym w mailach wierszyki o kaczorkach. Prokuratura łaskawie odstąpiła od wsadzenia do aresztu pewnego emeryta, jednak zidentyfikowano go i rewizja była. Ma szczęście Brzechwa, że nie mogą go już osadzić za „Kaczkę dziwaczkę”, mogą jednak z podręczników usunąć.
Polecam regularne oglądanie „Szkła kontaktowego”, zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego. Zanim prasa opublikowała wiadomość o aferze z koszulkami, na których widniały kaczuszki na białym tle, zatelefonowała do „Szkła” studentka z Bydgoszczy, zszokowana najściem policji na akademik właśnie z powodu koszulek. Policjanci nie zrobili tego dla przyjemności. Dostali rozkaz i wykonali go. Skala polowań na dowcipnisiów kaczożerców jest nieznana. W prawicowych mediach obśmiewa się tych, co protestują przeciw łapankom, i przezywa histerią łże-elit.
Pojawiło się znów coś, co niektórzy znają z przeszłości. Nowe wraca.
Przygotowuję do wydania swoje dzienniki z lat 1978-1989, obejmują „Solidarność”, stan wojenny, Okrągły Stół. Często pojawia się tam konformizm doprowadzony niekiedy do perfekcji. Dziwiło mnie wówczas, jak ludzie mogą uprzedzać wymagania władców. Przy wydawaniu pierwszej książki („Wizjer”) spotkałam w Czytelniku redaktora, który kazał mi usunąć cały rozdział powieści kojarzący się z marcem 1968 r., jeszcze zanim książka wylądowała na biurku cenzora. Trochę się bałam, bo to był debiut, jednak nie dokonałam tej aborcji. Obronił mnie wtedy świetny prezes Bębenek, idąc z książką do cenzury, walczył jak lew o swoich autorów.
Nie twierdzę, że byłam jak skała. Gdy cenzor kazał usunąć kilka wyrazów z drugiej powieści „Wióry”, opowiadającej o czasach stalinowskich i czerwcu 1956 r. w Poznaniu, usunęłam uwierające go słowa. Chodziło o to, że powtarzało się na jednej stronie kilka razy słowo „strzelają”. Było pięć, usunęłam trzy. Książka wyszła w 1980 r.
W tym roku, w czerwcu, z okazji 50-lecia wydarzeń ’56, wychodzi wznowienie „Wiórów”. Wydawca chciał przygotować wydanie specjalne, poprosił więc o fotografie z tamtych wydarzeń, dyrektora Muzeum Walk Niepodległościowych w Poznaniu, Lecha D., znajomego z czasów „Solidarności”. Wydawca dostał od niego krótką żołnierską odpowiedź: „Odpowiadając na Pani prośbę, niniejszym potwierdzam wyrażoną w rozmowie telefonicznej odmowę udostępnienia fotografii z wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956, które mielibyście Państwo użyć do zilustrowania powieści pani Krystyny Kofty”. Pieczęć. Podpis. Tak samo zachował się, gdy o materiały poprosił Teatr Ósmego Dnia. On odmawia! Sam! Jednoosobowo!
W rozmowie dodał, że dla „komercyjnych celów Kofty” zdjęć nie udostępni. No i ch… Chwała mu za to, że tak pilnie strzeże majątku narodowego, żeby nikt nic nie obejrzał. Zrobił to, by pokazać, że ma władzę! Było się szefem „Solidarności” Wielkopolskiej, a teraz uboga synekurka w muzeum, było się poetą i co?! Wicepremier Dorn gorsze wierszyki kleci, a proszę, gdzie go wyniosło!
Wydawnictwo zwróciło się więc do IPN warszawskiego, bo tylko on może wydać zgodę; a jakże, na piśmie się zwróciło i czekało, czekało, ale się nie doczekało. A tu czerwiec za pasem, wydawca chce wydać powieść na rocznicę. Podobno są jakieś urzędowe terminy, w których urząd musi obywatelowi odpowiedzieć. Nie to, co kiedyś, za PRL-u, kiedy mógł się urząd na człowieka wypiąć niecenzuralną częścią, a człowiek potulnie uszy po sobie kładł i chował się do mysiej dziury, żeby się nie narazić, bo paszportu mogli mu odmówić albo jeszcze gorzej.
Dziś mamy demokrację i urząd po uważaniu daje, rozróżnia też urząd, kto swój jest, a kto obcy. Najważniejszy dziś w całym państwie urząd, który zajmuje się śledzeniem, olewa powieść o trudnym dzieciństwie w czasach stalinowskich, zrywie rodziców i starszego rodzeństwa tych dzieciaków z pewnego poznańskiego podwórka. Wszyscy oni walczyli, by żyć w kraju wolnym od widzimisię nadętego urzędasa.
Nic to, poradziliśmy sobie, z prywatnych zbiorów ludzi życzliwych, i także życzliwych mediów, mamy świetne fotografie.
Ktoś też z telewizji publicznej film przygotowuje o tamtej epoce, ktoś inny moją powieść mu polecił, ale tamten mówi: wie pan, powieść tak, ale autorka, wie pan, różnie się mówi, kontrowersyjna jest.
„Wicie, rozumicie”, to przerabialiśmy, niektórzy żyją tak długo, że to pamiętają. Jedni pamiętają i brzydzą się, tak jak wasza kontrowersyjna autorka, drudzy pamiętają i wiedzą, że trzeba się podlizać władzy, a więc na wypadek wszelki elektryczne szelki, jak mówiły dzieci z podwórka opisanego w „Wiórach”. Lepiej kontrowersyjnych (czyt. z odchyleniem lewicowym) osób nie promować, bo czasy są ciężkie, trzęsienie ziemi w telewizji, więc cichutko siedzieć trzeba, żeby przeczekać.
Tylko że kolejne ekipy w telewizji publicznej zmieniają się i wcale nie wiadomo, czy oszczędzą tych, co tak usłużnie wyrzucali poprzednich. To jest jak łańcuszek świętego Antoniego, jeśli nie posłuchasz i go przerwiesz, pewnikiem spotka cię nieszczęście, wywalą cię z telewizji jak amen w pacierzu. Jeśli posłuchasz właścicieli TV publicznej i nie przerwiesz, też cię wywalą, bo potrzebują twojego miejsca dla swoich koleżanek i kolegów. To przytrafiło się i Warakomskiej, i Grzywaczewskiemu. Pozbyli się Andrzeja Kwiatkowskiego, bo był podobno twarzą telewizji Roberta Kwiatkowskiego. Razem z nim wypieprzyli nasz, lubiany przez widzów, kobiecy program „Co pani na to?”. Nic im nie pomogło wycinanie w pień.
Obserwujemy, jak osobowości telewizyjne krwią broczą, brzytwy się trzymając, żeby zostać w TV. Udaje jedna z drugą, że zawsze prawicowe poglądy miała. Że Kwiatkowskim prezesem brzydziła się i marzyła o Wildsteinie, jak o królewiczu, który ją, jak żabkę, wprost w oślizgłą ze strachu mordkę pocałuje i w królewnę zamieni.
Wańkowa, która z rady krajowej odejść musiała, paru osobom z prawa pomogła, za pewną prawicową dziennikarką wstawiła się, by kontrakt jej przedłużyć. Udało się, teraz tamta wielką panią z Woronicza została. Ciekawe, czy zatelefonowała, żeby swą ukochaną panią minister (byłą) o zdrowie spytać. Owej paniusi stanowisko może nóżki krótkie mieć, nie sprawdzi się albo z Wildsteinem się nie dogada i przyjdzie żebrać o robotę. Do kogo teraz? Mówią mi ludzie: nie pisz takich rzeczy, uważaj, nie będą cię do publicznej zapraszać, Wildsteinowi się naraziłaś felietonem, kiedy odpaliłaś mu za kpiny z ludzi korzystających z pomocy onkopsychologów (naśmiewał się z cudzego nieszczęścia). A mnie dowcip o sekatorze się przypomina i mówię sobie po cichu, a pocałujcież mnie…
Cóż, jak mówił Antoni Słonimski, skoro i tak wszyscy umrzemy, to może warto żyć przyzwoicie i umrzeć przyzwoitym człowiekiem.

Wydanie: 22/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy