Grzecznie już było…

Grzecznie już było…

Będzie kuriozalniej i bardziej swojsko, bardziej dziko – łagodność schowa się gdzieś w kącie za szafą, pod podłogą. Będzie przewidywalnie nieprzewidywalnie, będzie hulało, będzie smuta, rozjaśniana co jakiś czas śmiechem budzącym fałszywą nadzieję przełamania i zmiany. Będą duperele, roszadki, aferki, żarciki. Będzie inaczej, niż było, bo już może tak być i nie ma niczego, co może to zatrzymać. Ci, którzy dwa lata temu budowali wizję czteroletniego przetrwania, którzy widzieli zaćmienie czasowe, aby do wyborów, będą musieli się przeprogramować. To będzie trwało. Raczej bezkrwawo lub mało krwawo. Bo niby dlaczego inaczej? Przez dwa lata zwycięzca wziął wszystko, przemontował kraj, zgwałcił konstytucję, na którą wszyscy jego ministrowie przysięgają. My wciąż mamy głos, ale nawet kiedy go wydobywamy, nie ma szansy na usłyszenie. Bo obok przejęcia resortów siłowych (krok pierwszy), likwidacji zapór konstytucyjnych (Trybunał – krok drugi), podporządkowania sobie systemowo całego wymiaru sprawiedliwości (od prokuratury – krok pierwszy kroku trzeciego, przez nadzór nad sądami – krok drugi kroku trzeciego, aż do demolki Sądu Najwyższego i zdobycia KRS – krok trzeci kroku trzeciego) mamy de facto zmianę konstytucyjną ustroju państwa bez większości konstytucyjnej.

Jeszcze przez jakiś czas będziemy obserwować wyroki garstki najodważniejszych sędziów, ale coraz rzadziej i rzadziej. Wszystko to obudowane celnymi manewrami społecznymi okrążającymi społeczeństwo – jak 500+ czy Mieszkanie+ – będzie nie tyle przydawało twardych zwolenników partii PiS, ile poszerzało szarą strefę dominującego, nieangażującego się środka, który będzie zajęty swoimi sprawami i nie będzie to „róbmy swoje” Młynarskiego, tylko takie „róbmy sobie”. Ale co też by mieli robić środkowicze?

Opozycja pozaparlamentarna miota się na coraz mniej wyrazistych i mniej licznych mityngach, bez wyłożonych celów innych niż „precz z kaczorem dyktatorem”, a to dużo za mało. Na stole jest dwuletni wist PiS, baśń opowiedziana, usłyszana i zaakceptowana – co z tego, że oparta na blefie, fałszywych asach, królach, damach i z zasadami wziętymi z innych gier, kiedy po drugiej stronie nie tyle nawet nie ma mocnej odpowiedzi, ile nikt nie siedzi przy stole. Wirus się zmutował, zlikwidował antidota i zapanuje na dłużej. Będzie odcedzał najradykalniejszych na boku i po cichu (głośno dopiero tuż przed terminami kolejnych wyborów). Ten pociąg sam się nie wykolei, a nie widać determinacji, woli, zdesperowanej wyobraźni, żeby mu w tym pomóc.

Po dwóch latach bezkrwawego odkonstytucyjniania Polski nie widzimy żadnej realnej alternatywy państwa po PiS. Taka zemsta POPiS zza grobu, owoc nieskonsumowanego formalnie romansu, który realnie naznaczył dzisiejszy pejzaż polityczny – sojusz narodowo-katolickich oparów z nienaruszalnym fundamentem wolnorynkowej wolnej amerykanki, z faszyzującymi obłoczkami unoszącymi się nie niewinnie bynajmniej. Na razie. Przez dwa lata nie zobaczyliśmy nawet nie tyle wizji innego państwa, ile opracowanych propozycji zmian ustawowych. Nie pamiętamy żadnej takiej ustawy. Nie dlatego, że mamy słabą pamięć, tylko dlatego, że nie została wypracowana przez zasilane milionowymi dotacjami partie.

Nakrakałem się z tej bezradności, to poszperam nieco w nadziejach. Może taką zapowiedzią jest rodzący się wielokolorowy sojusz organizacji i ruchów społecznych w Łodzi, zamierzający stawić czoła najmocniejszym w wyborach samorządowych (jeśli są one jeszcze możliwe). Może przesileniem będzie zmiana języka i metod oraz artykulacja czytelnych postulatów przez protestującą, nieznośnie grzeczną ulicę. Ale trudno na to liczyć z pełnym optymizmem.

Szansę na akceptację ma szeroko rozumiana lewicowa oferta, PiS paradoksalnie otworzyło drzwi do pomysłów socjalnych, które dotąd były mocno zaryglowane. Ale to wymaga bardzo wielu różnych kroków. Nie tylko, a raczej obok jakichkolwiek pomysłów „zjednoczeniowych” czy wspólnofrontowych – nie bardzo widać ich realność. Jednak rządzący otworzyli tyle frontów, że naprawdę jest sporo placów do stanięcia i zdobycia sojuszników oraz sojuszniczek. Czas ideowego zakopywania animozji? Oby.

I bardzo mocny głos światopoglądowy. Mówiąc bez ogródek – antykościelny. Bez umizgów, Realpolitik, niemądrości etapu. Dzisiaj tam nie ma sojusznika w żadnej kwestii. Jeśli sam Kościół się przeformatuje (na co nie ma żadnej nadziei i nic tego nie zapowiada), to się zobaczy. Czyli raczej widać ciemność w tej sprawie.

Nie jest to też czas kopania okopów i wojny pozycyjnej, to czas na ofensywę. Na bezkompromisowy pomysł nowej Społecznej Rzeczypospolitej.

Ja zacznę od małej zmiany tytułu cyklu tych felietonów. Odtąd: „Lewomyślniej”. Czego i sobie, i Państwu, i Polsce życzę. Bez żadnego amen.

Wydanie: 52/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: Lewica, PiS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy