Niezadowolenie naturą Polaków

Zapiski polityczne
24 kwietnia 2003 r.

Dziennikarze lubią błyszczeć, a już uwielbiają ten tani blichtr radiowcy. Codziennie rano karmią społeczeństwo „sprawdzonymi” wiadomościami, jak bardzo jest ono niezadowolone. To chwyta, gdyż stan permanentnego niezadowolenia stał się drugą, a może nawet pierwszą naturą Polaków. Kiedyś, dawno temu w modzie była rycerskość, za nią szła o stopień niżej dzielność. Polacy bywali bohaterscy, niezłomni, wierni Maryi, odważni – krótko mówiąc, wspaniali. Natomiast teraz są przede wszystkim niezadowoleni. Dziennikarze ofiarnie pomagają rodakom w trwaniu w stanie niezadowolenia i codziennie możemy już od samego rana wysłuchiwać informacji o tym, jak bardzo stają się niepopularni: każdy kolejny rząd, prezydent i kto tam jeszcze budzi opór społeczeństwa.
Do wzmagania tych uczuć używani są często eksperci. W Polsce można teraz wynająć sobie eksperta na każdą okazję. Są spece od budzenia optymizmu w społeczeństwie, a także znakomici spece od rozpowszechniania czarnych scenariuszy. Na eksperckiej giełdzie wiadomo, kto z łatwych do pozyskania ekspertów nadaje się do szerzenia pożądanych efektów społecznych. Ta specjalistyczna wiedza jest z upodobaniem wykorzystywana. Przed kamerami i mikrofonami paradują zgrabnie przemawiający „badacze” rzeczywistości i wypowiadają oparte na „naukowych podstawach” opinie na pożądany temat.
I tak dzień po dniu jakaś profesjonalna kretynka massmedialna ciągnie za język ekspercką kretynkę. Obie fascynują siebie i słuchaczy bądź czytelników ponurym obrazem sytuacji, głupotą rządów jako całości oraz nieudolnością poszczególnych ministrów. Do tego dochodzą kolejni zdobywcy zaufania społeczeństwa, czyli posłowie różnych rządzących bądź opozycyjnych partii, sprawujących władzę bądź aspirujących do jej wykonywania, w początkowej fazie posługujący się zestawem atrakcyjnych obietnic, realizowanych, w razie gdy będą już rządzić i nieudolnie tłumaczący się z niemożności spełniania obietnic, kiedy już – po zdobyciu owej władzy – nie wywiązują się z przyrzeczeń.
Osobne miejsce w tym przeglądzie niezadowoleń należy się wyborcom. Nie tym elitarnym, coś tam rozumiejącym z działania różnych mechanizmów politycznych i gospodarczych, lecz tym maluczkim duchem i wiedzą, którym kolejne zmiany na groźnej górze władzy przynoszą za każdym rozdaniem nowe rozczarowania wraz z naiwną wiarą, że warto zaufać nowym na horyzoncie wyborczym cudotwórcom, oddać na nich swe głosy, by krótko potem doznać potężnego rozczarowania i nadal szukać uporczywie takich, którym można by zawierzyć.
Rzeczywistość różni się jednak zawsze od wyborczych obietnic. Czasem jest to zawinione przez uzyskujących władzę polityków, łączących własną nieudolność z przeogromną łapczywością na dobra materialne, innym razem to zawiedzenie nadziei jest skutkiem fatalnych rządów poprzednich ekip, za których błędy i nadużycia przychodzi płacić następcom. Taką sytuację mamy właśnie teraz, gdy nieudolności, a także ogromne nieuczciwości długich, czteroletnich rządów prawicy dają o sobie znać na każdym kroku, lecz zawodowych ekspertów od wszystkiego nikt nie wynajmuje, by porządnie objaśniali przeszłość i jej skutki, zaś spadkobiercy władzy nie dość, że sami popełniają nowe błędy, to jeszcze nie potrafią wskazać winnych złego stanu spraw publicznych. Jak wskazać? Trudne pytanie. Myślę, że jedynym wyraźnym wskazaniem mogłoby być rozliczenie nie tylko przed opinią publiczną, ale i przed sądami Rzeczypospolitej sprawców owego złego stanu publicznych spraw. Określmy takim enigmatycznym pojęciem to zło, które rozsądek polityczny kazałby ukarać, gdyby rozsądek był w takiej cenie jak pesymistyczne opinie wynajmowanych łatwo – na każdą okazję – ekspertów.
Pod rządami realnego socjalizmu Polska miała się źle i to budziło, jak nam się wydawało, uzasadnione niezadowolenie. Jego gwałtowny wybuch doprowadził do gigantycznego zrywu niepodległościowego, który z kolei dał nam złą, wręcz fatalną transformację ustrojową, której owocami karmi się teraz poseł Lepper dający nieustannie popisy demagogii opartej na prawdziwych niestety zarzutach: pan Andrzej mówi – nie, raczej krzyczy, wrzeszczy – o wielomilionowym bezrobociu w kraju i o masowym eksporcie naszych miejsc pracy do bogatych krajów Zachodu, dalej… piętnuje rozwalenie polskiego, potężnego wszak przemysłu, szydzi z upadku służby zdrowia, z wysprzedania banków w obce ręce, a także z gigantycznego importu takich towarów jak gwoździe oraz im podobnych przedmiotów do Polski.
Kłopot z posłem Lepperem polega na tym, że jego oskarżenia kolejno rządzących ekip politycznych nie tylko są obiektywnie prawdziwe – choć wypowiadane przez mało wiarygodnego dla wykształconych elit człowieka – ale na dodatek, i to jest najgroźniejsze, bywają przyjmowane przez szerokie kręgi wyborcze, ciężko doświadczone upodleniem bezrobocia czy katastrofalną wysokością znacznej części rent i emerytur, jako prawdy wręcz objawione, zaś sam Andrzej Lepper wydaje się wielu ludziom natchnionym prorokiem, któremu można i należy zaufać, gdyż wreszcie pojawił się ten, który nie zawiedzie.
Prawda o zjawisku Lepper jest brutalniejsza. Głosi on poglądy chwytliwe dla zrozpaczonych, ale gdyby doszedł do władzy, to opór materii polityczno-gospodarczej zmiótłby lepperowską legendę równie łatwo i szybko, a może nawet prędzej, niż to się przytrafiło legendom i nadziejom jego poprzedników. Andrzej Lepper u władzy to dla jednych nadzieja, dla drugich kupa śmiechu, a dla wszystkich razem wziętych kolejna ogromna katastrofa.
Mamy już teraz gotowy przykład. W dwóch potężnych miastach polskich wyborcy zaufali prawicy politycznej. W Łodzi i w Warszawie już po kilku miesiącach wiadomo większości obywateli, że prezydenci Kaczyński, polityk Przemocy i Strachu, oraz Kropiwnicki, polityk ZChN, to dla tych miast wielka katastrofa.

 

Wydanie: 18/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy