Pukanie z dna

Pukanie z dna

Telefon z redakcji „Faktu” z propozycją, abym skomentował sprawę Kamila Durczoka. Po pierwsze, unikam tabloidów, po drugie, nic nie wiem o sprawie Durczoka. Na pewno jest komentatorem, którego lubię i cenię. „Jak to, nie słyszał pan?”, zdziwił się ogromnie młody dziennikarz. Jego zdziwienie zmusza mnie, żeby na stacji benzynowej rzucić okiem na stoisko z gazetami. Tam na sensacyjnych półkach aż się gotuje od rewelacji. Według mnie, brukowce przypominają nam, że kiedy jest się na dnie, jak zauważył Lec, zaraz słychać pukanie z dołu. Teraz z dołu puka „Wprost”. Na okładce pisma znany dziennikarz. Przemogłem obrzydzenie i kupiłem tygodnik, w którym przecież jeszcze nie tak dawno miałem felieton na ostatniej stronie. Było to jednak wtedy zupełnie inne pismo. Wcześniej pisałem do „Newsweeka”. Tam na moje miejsce weszła Magda Gessler z kuchnią, a we „Wprost” Karolina Korwin-Piotrowska z rubryką towarzyską. Wydało mi się to w jakiś sposób symboliczne, chociaż nie przeceniam swoich głębi intelektualnych. A do pań nie mogłem mieć żalu – w puste miejsce zawsze ktoś wejdzie.

W środku „Wprost” narkotykowo-seksualne sensacje na temat dziennikarza. To donosy i insynuacje. Oskarżony mówi: „To potworny rodzaj dziennikarstwa. Tak jak z wojną hybrydową na Ukrainie. To dziennikarstwo hybrydowe”. Karolina Korwin-Piotrowska po tej publikacji odchodzi z pisma. Dziwne, że miała jakieś złudzenia. Ona, która bawi się celebrytami jak klockami, ma jednak sumienie. Po donosach na Fibaka (wtedy odszedłem z tygodnika), po aferze taśmowej trudno było mieć wątpliwości, czym staje się ten tygodnik. Korwin-Piotrowska napisała na Facebooku: „Trzeba zatrzymać wreszcie to szaleństwo. Chorą pogoń za sensacją. Ja na swoim podwórku mówię stop”. Ależ pani podwórko także służyło komercji i korzystało z sensacji. Ja też bywałem z komercją za pan brat. Stan rzeczy to nasza zbiorowa wina. A „stop” możemy sobie mówić. Ludzie, również ludzie mediów, mają rodziny, dzieci, kredyty do spłacenia i muszą jakoś żyć. Mechanizm komercyjny jest totalny, rośnie w siłę i nie zna granic. To kiedyś źle się skończy. A jak źle? Nie wiem?

Oddaję zaległe książki w bibliotece Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, słynny dom nad ruchomymi schodami przy placu Zamkowym. To były pierwsze ruchome schody w Warszawie. Pamiętam, jaką przygodą dla dziecka było przejechać się nimi. W domu dawnego Związku Literatów Polskich działają teraz dwa stowarzyszenia, a podział to pamiątka po stanie wojennym. Obie organizacje już ledwie żywe. Najżywsze zdają się animozje. Młodym taki związek nie jest już potrzebny, a starzy nie mają sił i wymierają. Kiedyś prezes Związku Literatów Polskich to była ważna postać, bardzo długo to prestiżowe stanowisko piastował Jarosław Iwaszkiewicz. A ostatnio zdarzały się takie sytuacje, że nikt nie chciał być prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Kawiarnia na parterze i jadalnia w podziemiach pełne były wielkich nazwisk i snobizmu. (Teraz jest tam luksusowa restauracja, na którą już nie stać pisarzy). Biednie tu i schyłkowo, wszystko jakby stare i zakonserwowane, czasami bieda najlepiej konserwuje. W takich warunkach dobrze czują się wspomnienia. Przy tym schodku ojciec przedstawiał mnie Iwaszkiewiczowi. W tej sali odbywały się stalinowskie samokrytyki. Ale tu też prowadziłem spotkanie z noblistą Tomasem Tranströmerem. Tu w roku 1953 odbyło się spotkanie żałobne pisarzy po śmierci Stalina. Przemawiał Tuwim i płakał, szczerze płakał. Ojciec nie wytrzymał i dostał ataku śmiechu. Nie mógł się powstrzymać, zakrywał twarz rękami, dusił śmiech jak ogień. Przerażona matka zaczęła wyprowadzać go z sali. Wybiegła za nimi Jasia Broniewska, nieubłagana i groźna rewolucjonistka: „Dlaczego w takim momencie wychodzicie?”. Ojciec nadal walczył ze śmiechem ukryty za dłońmi. „Mąż tak się wzruszył, że źle się poczuł i musieliśmy wyjść”, tłumaczyła go matka.

Przypominam sobie genialne listy markiza Astolphe’a de Custine’a z Rosji, pisane w roku 1839. Dwa potężne tomy, a wszystko nadal aktualne. „Największą radością Rosjan jest pijaństwo, czyli inaczej mówiąc – zapominanie. (…) Przyszłość świata okrywa mrok, ale to pewne, że ów lud przeznaczony do wielkich czynów odegra kiedyś na oczach świata wielkie widowisko. (…) Tu wszystko nader jest trudne; gnuśność i przebiegłość – oto tajemnica istnienia tutejszego ogółu. (…) Zniszczenie wolności przy jednoczesnym głoszeniu zasad wolnościowych oznacza zbrodnię, społeczność bowiem istnieje dzięki prawdzie; ustanowienie tyranii patriarchalnej to również zbrodnia”.

W Rosji sowieckiej i w krajach bloku był zakaz druku tej książki. A gdy ukazała się w połowie XIX w. we Francji, rząd carski zainspirował i opłacił złe recenzje o niej w całej zachodniej Europie. Tu też zaskakująco mało się zmieniło.

Wydanie: 9/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy