Był bal…

Był bal…

Właściwie to miał być bal. Dopiero ostatnio nazwę zmieniono na „gala”. Co to jest bal z grubsza wiadomo. Na balu przede wszystkim się tańczy. W polskiej tradycji bal zaczyna się polonezem. Dawniej jeszcze kończył się białym mazurem. Poloneza można nie umieć tańczyć, ale stosunkowo łatwo udawać, że się tańczy. Najgorzej ma pierwsza para. Ją widać najlepiej, wobec czego trudno w pierwszej parze udawać. W kolejnych już łatwiej. Można od biedy, trzymając się z partnerką za ręce, powłóczyć nogami. Jeśli w miarę do rytmu, to już dobrze. I trzeba uważać, co robi pierwsza para i starać się ją naśladować. Udawanie, że się tańczy mazura, jest zgoła niemożliwe. Można co prawda próbować podskakiwać jak koza przywiązana do łańcucha, ale do hołubców to podobne nie będzie. Albo się mazura umie tańczyć, albo nie. Większość nie umie, dlatego mazur wyszedł z użycia. Wbrew tradycji.
Gdy słyszałem, że pan prezydent organizuje bal dla uczczenia 90. rocznicy odzyskania niepodległości, byłem pewien, że będzie to bal tradycyjny, polski. Z polenezem i mazurem.
Co z tego, że miały na tym balu znaleźć się głowy licznych państw. A niech się Bush z Angelą Merkel męczy w polonezie, a niech Sarkozy porwie do mazura Marię Kaczyńską, a jak wywijać hołubce, Carli Bruni pokaże sam Lech Kaczyński. Niech się od nas czegoś nauczą!
W takich ćwiczeniach dla zagranicznych gości to Pałac Prezydencki ma nawet pewne tradycje. Za prezydenta Wałęsy zagranicznych gości w polskiej specyfice edukował ks. Cybula, który na reprezentacyjnych obiadach wydawanych na cześć zagranicznych prezydentów dzwonił widelcem w kieliszek (jak to się czasem robi na polskich wiejskich weselach) po czym zapowiadał: „A teraz się pomodlimy” i hałaśliwie pierwszy czynił znak krzyża świętego, po czym leciało wspólnie odmawiane przez stronę polską „Ojcze nasz”, do którego goście zagraniczni, lekko zszokowani mogli się dołączyć w swoim języku. Ten objaw polskiej nabożności przeflancowany do protokołu dyplomatycznego bawił niektórych gości, stwarzał też czasem dla niektórych sytuacje nieco kłopotliwe. Jak miał się zachować prezydent Turcji, jeśli wierzący, to zapewne muzułmanin, który przy obiedzie też został poddany przez ks. Cybulę tej szczególnej ewangelizacji? Podobno nie wiedział i stał lekko odurniały w czasie gdy polscy uczestnicy obiadu pod czujnym okiem prezydenta, min. Wachowskiego i samego ks. Cybuli chciwie spoglądając na stół, głośno udawali swą pobożność.
Tym razem miał być bal. Warszawa w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości miała stać się na jeden dzień czymś na kształt Gniezna z czasów zjazdu monarchów w 1000 r., trochę Krakowem z czasów uczty u Wierzynka, no i Wiedniem, z czasów kongresu wiedeńskiego zwanego tańczącym kongresem, kiedy to Europa świętowała zwycięstwo nad Napoleonem. A sam bal miał być syntezą wszystkich wspomnianych historycznych wydarzeń. Wszystko to wydawało się jakże naturalne. Pan prezydent Lech Kaczyński jako głowa państwa jest przecież następcą królów, ma w sobie coś zarówno z Chrobrego, jak i Kazimierza Wielkiego. Swą wielkością przyćmiewa wszystkie koronowane głowy, które tańcowały na kongresie wiedeńskim. Poza tym, pan prezydent, w przeciwieństwie do swych bezpośrednich poprzedników nie prowadzi polityki zagranicznej na kolanach, przeciwnie, prowadzi politykę mocarstwową. Sam widziałem w telewizji, jak zapowiadał w Gruzji, że przyjechał tam walczyć. O takiej polityce mocarstwowej to ani Chrobry, ani Kazimierz Wielki nawet nie marzyli. W polityce zagranicznej pan prezydent jest ostatnio nader aktywny. Tak aktywny, że nawet wyręcza rząd. Nie miałem wątpliwości, że na zaproszenie Pana Prezydenta zjadą do Warszawy wszyscy możni tego świata. George W. Bush, Sarkozy (oczywiście z Carlą Bruni), Angela Merkel, Brown, być może z samą Elżbietą II (to znaczy nie z samą, tylko z księciem Filipem), Juan Carlos z małżonką, Berlusconi (z kimkolwiek), Juszczenko (bez Tymoszenko, a szkoda), Miedwiediew z Putinem…
A za tymi wielkimi pomniejsi. Ale miał być bal… Bal nad bale – jak śpiewa Maryla Rodowicz.
Kiedy zbliżała się data balu, okazało się, że balu nie będzie. Zamiast balu będzie gala…
Co to jest „gala”? Nie bardzo wiedziałem. Teraz już wiem. Gala to jest to, co odbyło się w Warszawie w Teatrze Wielkim wieczorem w dniu 11 listopada 2008 r.
Na galę składały się: a) koncert; b) wyżerka. Tańce też miały być, ale, zdaje się, ich nie było, bo nie miał kto tańczyć.
Goście zawiedli. Przyjechali do Warszawy, ale na galę nie pofatygowali się Angela Merkel, Wiktor Juszczenko, Micheil Saakaszwili, Hamid Karzaj…
Dlaczego uciekli przed galą, zaraz po uroczystości przy Grobie Nieznanego Żołnierza? Juszczenko boi się, zdaje się, wyjechać z Kijowa na dłużej niż kilka godzin, bo nie wie, co mu na miejscu wykręci Tymoszenko. Saakaszwili też woli być w Tbilisi i pilnować opozycji, która kocha go nieco mniej niż my i obiecuje obalić.
Karzaj ma na karku opozycję, talibów i Bóg wie kogo jeszcze. Dlaczego na gali nie została Angela Merkel? Czy przewidziała poziom koncertu? Czy może uwierzyła, że porwie ją do tańca Lech Kaczyński lub niezauważenie podmieniający zmęczonego pląsaniem brata Jarosław Kaczyński? Dobre żarcie jej nie skusiło?
Czy kaczki były dopieczone, a wina dobrze dobrane, tego nie wiem, więc nie mogę się wypowiadać. Koncert widziałem w telewizji. Organizatorzy chcieli maksymalnie zbliżyć się do ideału i zaprosić artystów pamiętających listopad 1918 r. lub co najmniej pamiętających Piłsudskiego. Z powodu braku takich wśród żyjących, zaprosili przede wszystkim takich, którzy pamiętają Gomułkę (jak inaczej wytłumaczyć występ niewystępującego od lat Piotra Szczepanika?) oraz takich, którzy od lat mają doświadczenie w kontaktach z władzą (niezawodna Maryla Rodowicz). Z tym, że Maryla Rodowicz w przeciwieństwie do Szczepanika jeszcze śpiewa.
W sumie koncert był chałturą wystawioną w nieco dziwacznej scenerii. Patriotyczne pieśni, wzruszające Polaków były zupełnie niezrozumiałe dla nudzących się cudzoziemców, nawet jeśli dostali na kartkach tłumaczenia tekstów.
Na galę nie był zaproszony Lech Wałęsa. Podobno za karę, bo źle wyraża się o Lechu Kaczyńskim. Premier Tusk był zaproszony ale z zaproszenia nie skorzystał, podobnie jak wszyscy członkowie rządu, z wyjątkiem ministra spraw zagranicznych, Sikorskiego, który na galę poszedł nie tyle z kurtuazji dla zapraszającego, ile, zdaje się, po to, by zobaczyć, czy prezydent Kaczyński gdzieś na boku nie podpisuje nieuzgodnionej z rządem kolejnej deklaracji z prezydentem jakiegoś kolejnego mocarstwa. Przeszkodzić by nie przeszkodził, ale przynajmniej by wiedział, a nie był za granicą zaskakiwany informacją o tym wydarzeniu.
W sumie gala, przez obecność na niej prezydentów kilku małych państw, potwierdziła aktualną pozycję Polski i jej Prezydenta w świecie. Ale to było wiadomo i bez gali.

Wydanie: 47/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy