Jeszcze raz

Proszę mi wybaczyć, ale jeszcze raz chcę napisać o dyskusji wokół książki Grossa „Strach”.
Nie jestem w tym zbyt oryginalny, ponieważ od kilku już tygodni temat ten nie schodzi ze szpalt gazet i z mediów elektronicznych. Ale dzieje się tak dlatego, ponieważ dyskusja wokół „Strachu” dawno już przestała być dyskusją o historii, a także dyskusją o polskim antysemityzmie nawet, lecz stała się dyskusją o społeczeństwie polskim i jego samoświadomości.
Dyskutować o samej książce nie ma sensu. Opisane w niej fakty są bezsporne, a o faktach się nie dyskutuje. Nie dyskutuje się także o tym, czego w książce nie ma. Niewielki więc mają sens wyrzuty, że Gross opisując przerażające fakty współudziału Polaków w zagładzie, Żydów niewiele pisze o tych Polakach, którzy z narażeniem życia własnego i swoich rodzin nieśli Żydom pomoc. Wiadomo, że las drzewek zasadzonych w Izraelu przez Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jest w ogromnej części polskim lasem. Ze zdumieniem zaś tylko przyjąć można takie zarzuty, jakie wytoczyła przeciwko Grossowi inteligentna skądinąd komentatorka telewizyjna pani Kolenda-Zaleska zarzucając autorowi „Strachu” („Gazeta Wyborcza”, 21.01.br.), że nie znalazł w sobie wpółczucia zarówno dla mordowanych, jak i dla mordujących, „bólu,który ogarnie nie tylko mordowanych Żydów, ale i mordujących Polaków”, ponieważ „jedni i drudzy byli ofiarami”. Nie jest dobrze, kiedy ewangeliczna miłość zamienia się w publicystyczny nonsens.
Uważam natomiast, że polemika, którą rozpętał Gross swoją książką, stać się może niezwykle ważnym punktem w rozwoju polskiej świadomości społecznej. Może przełamać anachroniczne pojęcie narodu i narodowej jedności.
Historia zna takie precedensy. Najgłośniejszym z nich była słynna sprawa kapitana Dreyfusa, trwająca 12 lat – od 1894 aż do 1906 r. – zajadła kampania sądowa i polemika publiczna, zakończona pełną rehabilitacją oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Niemiec kapitana, którego wskazano jako zdrajcę dlatego głównie, że był Żydem. Ta dyskusja zmieniła oblicze Francji.
Dziś wiadomo, że jeden z głównych oskarżycieli Dreyfusa, płk Esterhazy, sam był niemieckim szpiegiem, drugi zaś , płk Henry, naiwnym bęcwałem, który fałszując dokumenty procesowe, czynił to, aby ratować honor armii i w konsekwencji sam popełnił honorowe samobójstwo. Rzecz jednak w tym, że sprawa Dreyfusa radykalnie i na długie lata podzieliła społeczeństwo francuskie, czyniąc je przez to właśnie społeczeństwem nowoczesnym. Ten podział przebiegał początkowo według oczywistej linii, gdzie głównym oskarżycielem Dreyfusa, szermującym argumentami antysemickimi, było pismo „La Libre Parole”, armia oraz hierarchia kościelna, po drugiej zaś stronie stała postępowa i laicka opinia kulturalna, z takimi nazwiskami jak Emil Zola, Andre Gide, Marcel Proust, Anatol France, a także przyszły premier Francji, Georges Clemenceau. Efektem tej sprawy było wszakże ustawowe oddzielenie Kościoła od państwa, co nastąpiło w roku 1905, a także nowoczesny system partyjny, jasny podział na lewicę i prawicę. Komentatorzy historyczni przyjmują pierwszy z tych rezultatów za początek Francji republikańskiej, drugi zaś za postęp, który polega na uznaniu walki poglądów za podstawę demokracji.
I w tym właśnie miejscu wracamy na grunt polski. Nie chodzi tu oczywiście o system partyjny, który jest u nas aż nadto rozbudowany, do granic, albo i poza granice rozbuchanego partyjniactwa, ale o przyjęcie za oczywistość, że naród, żaden naród, nie jest monolityczną jednością. Wszystkie głosy potępiające Grossa i jego książkę nabrzmiałe są oburzeniem, że opowiadając o zbrodniach, jakie również po wojnie obywatele polscy popełniali na Żydach, którzy także przecież byli obywatelami polskimi, szkaluje on naród polski.
Mit narodu jako monolitycznej jedności, którą można en masse obrazić, nie narodził się oczywiście po transformacji ustrojowej, chociaż sam przebieg tej transformacji oprawiony był w ideologię narodowego solidaryzmu. Podobną mitologię symbolizował także w czasach PRL Front Jedności Narodu, wyśmiewany dzisiaj jako fikcja, to samo również mówiła przed wojną narodowa prawica, zalecając jako receptę na jedność pacyfikacje kresowych wsi ukraińskich i ruskich oraz wysłanie Żydów na Madagaskar.
Sprawa nie ogranicza się oczywiście do kwestii narodowościowych. Każde społeczeństwo podzielone jest ewidentnie według linii klasowych, różnic materialnych, ale także według różnic światopoglądowych, obyczajowych i moralnych. Historia Polski, tak jak historia każdego innego kraju, jest nieustanną polemiką i zmaganiem pomiędzy różnymi grupami, które często więcej dzieli, niż łączy. Niedawno redaktor „Dziennika”, p. Robert Krasowski, napisał artykuł, w którym odcinając się na pozór od całej dyskusji wokół Grossa, twierdzi, że polski antysemityzm jest wynalazkiem postsolidarnościowej lewicy – chodzi tu zapewne o środowisko „Gazety Wyborczej” – która za większe zagrożenie dla Polski uznała spuściznę po endecji niż spuściznę po komunizmie. Myśl jest dziwaczna, Krasowski wszak w jednym ma rację, widząc po prostu, że społeczeństwo polskie dzieli wyraźny rów światopoglądowy.
I nie ma w tym nic zdrożnego, tak być powinno. Istotą systemu demokratycznego nie jest zacieranie różnic w imię fikcyjnej jedności narodu, lecz wyraźne ich artykułowanie w interesie rozwoju społeczeństwa.
Gross dowodzi w swojej książce, że przerażające akty okrucieństwa wobec niedobitków ludności żydowskiej wywodzą się z hodowanej od dawna tradycji, którą nazywa katoendecką. Sprawę hańby lub też szlachetności narodu polskiego, na którą to płaszczyznę próbuje zepchnąć wywołaną przez „Strach” dyskusję narodowa prawica, stara się umieścić na właściwej płaszczyźnie, dowodząc, że hasła nacjonalizmu, koncepcje rasistowskie, a także religijny fanatyzm i nietolerancja, w sprzyjających warunkach – a takie warunki stworzyła wojna i czasy tuż powojenne – wydają określone owoce. Te, o których mówi „Strach”.
Dyskusja obudzona przez książkę Grossa jest szczególnie ważna teraz, u progu polskiej integracji europejskiej. Hasła narodowe, czy się to komu podoba, czy nie, będą funkcjonować w tej rzeczywistości coraz słabiej. Natomiast wartości nabierać będą zróżnicowane postawy społeczne, zróżnicowane postawy światopoglądowe, obyczajowe, także religijne. Gwałt podnoszony w kwestii „obrazy narodu polskiego” jest tyleż anachroniczny, co tendencyjny. Zmierza on do stłumienia wielości postaw i walki pomiędzy nimi za pomocą fikcji narodowej jedności. Tymczasem, wbrew sloganowi, że „w jedności siła”, prawdziwa siła tkwi obecnie w kreatywnej różnorodności. Gross konsekwentnie i do końca rozlicza polski nacjonalizm, dla którego antysemityzm był, a także nadal pozostaje, wygodnym narzędziem. I który osłaniać ma idea honoru narodowego, tak jak w sprawie Dreyfusa osłaniać go miał honor armii i francuskiego sądownictwa.

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy