Dość przywilejów Kościoła

Dość przywilejów Kościoła

Na fali krytyki najrozmaitszych poczynań Kościoła rzymskokatolickiego jako remedium na problem czy to z hierarchami, czy z szeregowymi księżmi, czy z instytucjami kościelnymi pojawiają się postulaty wypowiedzenia konkordatu. Jak w wielu innych kwestiach w momencie konfrontacji szuka się środków nadzwyczajnych, magicznej różdżki lub cud-ustawy, powołuje kolejne instytucje. A myślę, że wystarczy zasada równego traktowania, spełnienie oczekiwań, że prawa obowiązujące nas wszystkich, jako osoby i instytucje, będą tymi samymi, które obejmą i Kościół jako organizację, i jego przedstawicieli (o przedstawicielki trzeba będzie zawalczyć – to wszakże kobiety, których niższy status stanowi o tożsamości tej instytucji).

I tak:
• Wystarczy tylko, że państwo przestanie w jakikolwiek sposób finansować którąkolwiek działalność Kościoła, umożliwiając i wymagając, żeby osoby wierzące potwierdzały swoje zaangażowanie i oddanie formalnym odpisem podatkowym. Koniec zatem z finansowaniem nauki religii w szkołach, rekolekcji w miejsce nauczania szkolnego, uroczystości kościelnych w czasie edukacji i pracy, koniec opłacania katechetów i katechetek, koniec dotowania uczelni wyznaniowych, koniec remontów infrastruktury kościelnej pod pozorem ochrony zabytków, koniec etatów kapelanów w szpitalach, służbach mundurowych, we wszelkich instytucjach państwa.

• Każda płatna usługa Kościoła powinna być odnotowana w formie paragonu drukowanego przez kasę fiskalną: każdy chrzest, pogrzeb, ślub, unieważnienie ślubu, nowy ślub. Każdy ksiądz jest zatrudniony przez swojego pracodawcę (łaskodawcę) na etacie, od którego odprowadza się wszystkie możliwe składki: zdrowotne, na emeryturę, na OC i AC, na odszkodowania za dokonane przestępstwa.

• Wyjaśniony musi zostać proceder oddawania Kościołowi przez ponad 20 lat, po 1989 r., ziemi (to Kościół jest dzisiaj największym posiadaczem ziemskim w Polsce) i nieruchomości. I tu jest miejsce na zwrot tej własności. Na wybiórczą dobroczynność Polski nie stać – ani dawniej, ani teraz. W sprawie obrotu ziemią Kościół powinno obowiązywać to samo prawo co zwykłych właścicieli. Jeśli księża chcą uprawiać ziemię osobiście – niech to oczywiście robią, ale nie ma żadnego publicznego interesu w tym, żeby dzierżawili ziemię prawdziwym rolnikom i jeszcze pobierali za to dopłaty z Unii Europejskiej (to Kościół wygrywa wyścig po dotacje unijne, jako instytucja jest największym beneficjentem tych dopłat).

• Prawo karne, aż dziw, że trzeba to podkreślać, musi traktować każdego „duchownego” jak realnego obywatela. Kary za nadużycia o charakterze seksualnym musi wymierzać sąd, a nie biskup przenoszący ujawnionych przestępców z parafii do parafii, na koniec zaś wysyłający ich za granicę Polski. Podobnie z przestępstwami gospodarczymi, ulgami (np. możliwością sprowadzania samochodów na cele „konfesyjne”) – konieczna jest standardowa podległość i kontrola komercyjnych instytucji, takich jak trust Rydzyka. Albo Kościół jest szafarzem łask, organizatorem kultu, albo globalnym koncernem, kapitalistyczną firmą żerującą na państwie i jego (naszych) dobrach i zasobach.

• Księża muszą płacić alimenty na swoje liczne dzieci albo ponosić konsekwencje. Musi zniknąć obyczaj biskupiego tajnego funduszu kopertowego w tej kwestii. Niech alimenty idą w koszty ewangelizacji (nieudanej…).

• Nie ma powodu ustawowo zabraniać pokusy wpływania na państwo i jego politykę – nawet w formie propozycji legislacyjnych. Wymaga to jednak zarejestrowania wymiaru lobbystycznego w działaniu instytucji kościelnych i ich jawnych lub ukrytych współpracowników. Odnotowywania i udostępniania publicznie wszystkich kontaktów z urzędnikami polskiego państwa.

• Konkordat jest umową zapewniającą wolność nauczania wierzeń, ale niech to się dzieje w przestrzeni kościelnej (po zwrocie niesłusznie przejętego majątku). W państwie polskim nie istnieje instancja prawa boskiego. Żyjemy tu i teraz, jako ludzie.

Gdyby te oczywistości obowiązywały przez choćby kilka lat, nie mielibyśmy wielu problemów najrozmaitszego rodzaju. A na koniec wypowie się konkordat, bo po co umowa między nieistniejącą instytucją a istniejącym państwem…

I w tym momencie się obudziłem. Trzeba iść na czarnopiątkowy protest kobiet. A tak można by zostać w domu, pójść na rower, poczytać, pobawić się itd.

Wydanie: 13/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy