Z ziobra premiera

Po pilnym oglądaniu i słuchaniu popisów krasomówczych członków Komisji Śledczej, jak również dopuszczanych do głosu przesłuchiwanych zastanawiałam się, czy to „Kabaret Olgi Lipińskiej” zbliża się niebezpiecznie do działalności Komisji Śledczej, czy też rzeczona komisja równie niebezpiecznie zbliża się do „Kabaretu”. Chcemy więcej kabaretów na ten temat!
Obejrzane programy utwierdzają nas, tak samo jak śledczego, pana Lewandowskiego, w przekonaniu, że nastąpiło zatarcie granic pomiędzy tymi formami. Pan poseł Lewandowski raczył zauważyć, że ów zbiorowy twór o dziesięciu mackach był uprzejmy przekształcić się w coś pośredniego między szacowną komisją senatora Josepha McCarthy’ego z Wisconsin, a szanownym „Kabaretem O. Lipińskiej” właśnie. Kabaret objaśnia prostemu ludowi badaną rzeczywistość, której on nijak pojąć nie może.
Komisja Śledcza na drodze ewolucji, głównie przez teledeliryczną siłę rażenia, jak również schizofreniczne rozszczepienie osobowości jej członków, z których każdy jest, z jednej strony, twardy, obiektywny i sprawiedliwy jak opoka, z drugiej zaś, swobodnie wypowiada się na łamach i ekranach oraz zieje jadem jak smok wawelski, zamieniła się w telewizyjny festiwal gwiazd pierwszej wielkości.
Wagę nadaje posłom przysięgłym już samo ustawienie za stołem, na wzór „Ostatniej wieczerzy” Leonarda. Centralnie najważniejsza postać, po bokach ulubieni apostołowie. Ponieważ jest to nowoczesny zestaw apostolski, nastąpiła w nim rewolucyjna zmiana. Odczytanie Pisma zgodne jest z linią niektórych feministek biblijnych, które uważają, że musiały być kobiety apostołki. Tak więc i tu widzimy dwie, jedną z warkoczem, drugą bez.
Z boku, przy oddzielnym stoliczku, oddzieleni od zdrowego trzonu, jakim są członkinie i członkowie, zeznają kolejni Judasze oraz Judaszki.
Co do Komisji McCarthy’ego, to można śmiało powiedzieć – jak mawiał niemodny dziś Marks – że historia się powtarza już tylko jako farsa. I w tym sensie poseł Lewandowski trafił w sedno sprawy, choć sama Wysoka Komisja wciąż od meritum się oddala.
Ktoś, kto pasjonuje się dokumentalnymi filmami kryminalnymi, tak jak wyż. podpisana, wie, że sprawa nazywana aferą Rywina oprócz aspektu politycznego ma także podłoże kryminalne. Co robią w takim przypadku amerykańscy policjanci, funkcjonariusze FBI, prawnicy, detektywi? Otóż oni gromadzą dowody sprawy. Najpierw zabezpieczają odciski. A wiadomo, że ludzie władzy, umieszczeni na świeczniku, przez wiele godzin pozostający w niewygodnych lakierkach, muszą mieć bolesne odciski. Czy ktoś w ogóle pomyślał o ich zabezpieczeniu? Potem agenci FBI zeskrobują płyny fizjologiczne, bo zawsze ktoś albo kichnie, albo się trochę opluje, to znów wydłubie coś z nosa i rzuci na dywan lub, nie daj Boże, jeszcze co gorszego ze strachu się mu przytrafi. Ekipa śledcza poszukuje też zwykle włosa, który da się podzielić na czworo albo i więcej.
Reszta policjantów z psami przeczesuje lasy w poszukiwaniu ciała ofiary. U nas jest inaczej, ciała ofiar chodzą sobie, gdzie chcą, spotykają się i piją, z kim chcą. W tym też czasie policyjny spec sporządza portret psychologiczny domniemanego kryminalisty. W naszym przypadku zbója ujęto, szukamy teraz tych, co za nim stoją.
W tym celu trzeba zaangażować psychologa, który sporządzi portret grupy trzymającej władzę. Należy postawić podstawowe pytania: jak wyglądają takie osoby, jakiej są płci – męskiej, żeńskiej czy mieszanej, kogo nagrywają, komu się nagrywają, czyje billingi noszą jak buławę marszałkowską w plecaku (nie ma to nic wspólnego z marszałkami sejmu ani senatu). Musimy także odnaleźć „słupy” z nizin kupujące dla tych z wyżyn telefony komórkowe.
Na razie wyodrębniono kilku opornych facetów, którzy nie chcą się przyznać, ale to tylko kwestia czasu. Doświadczenia historyczne inkwizycji, McCarthy’ego oraz śledczych z KGB w nieco złagodzonej formie robią swoje. Niejeden pęknie po siedmiu godzinach przesłuchań. Zacznie zachowywać się arogancko, opowiadać śledczym dowcipy, będzie im radził, żeby szli tam, gdzie ich zaspokoją. Niejednemu premierowi włos z głowy spadnie, chyba że jest Oleksym, wtedy inna rozmowa. Włos premiera ma wielką wartość dowodową. We włosie jest bowiem cudowne, wyposażone w rozmaite wskazówki genetyczne DNA. Siedząc przed telewizorem, sięgnęliśmy więc samego DNA.
DNA sięgnęli także niektórzy członkowie komisji cierpiący na kompulsję zadawania pytań. Profesor przewodniczący nie mógł się zdecydować, czy jest adwokatem przesłuchiwanego, czy prokuratorem. Występował w podwójnej roli jak aktor grający ojca i syna. Albo jak nieszczęsny kogut z reklamy, który pomaga gotować rosół z samego siebie.
Po siedmiu godzinach mimo braku żarówki świecącej prosto w oczy świadek Miller stracił panowanie nad kierownicą Trzeciej Rzeczypospolitej i poważnie zaczęło uwierać go ziobro. Widzita chłopy, jak to je, zero, a uwiero, jak mawiają rolnicy.
Pytanie, co powstanie po wyjęciu ziobra (przepraszam za niesmaczny żart, to dobre nazwisko i jego właścicielowi wróżę karierę) z premiera. Sytuacja nie jest rajska, więc trudno sądzić, że z jego ziobra wyczaruje się jakaś Ewa, żeby miał estetyczną przyjemność. Wydaje się raczej, że będzie to Dżin z legendy, który może przybierać postacie różnych potworów, zwierząt, a nawet ludzi. Ten Dżin zrodzony z napiętej wyobraźni kolegów premiera, czekających na jego potknięcie, może objawić się Millerowi jako potwór – w ludzkiej postaci jego następcy.

Wydanie: 19/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy