Punkt ciężkości

Punkt ciężkości

W niektórych opowiadaniach punkt ciężkości jest ukryty poza właściwą treścią, fabułą. W opowiadaniu Zadie Smith pod tytułem „Hanwell w piekle” (zbiór „Lost and Found”) punktem ciężkości stało się zdychające zwierzę – lis, którego znajdują włóczący się po mieście bohaterowie. Smith oparła tekst na rozmowie dwóch mężczyzn. Toczy się ona siłą bezwładu spowodowaną przez noc, alkohol, późną kolację. Jest w tym przypadkowość, zmęczenie, próba sił. Pogawędka czasem osuwa się w banał, a czasem osiąga głębię, na jaką pozwalają tylko rozmowy z nieznajomymi (wzięte w cudzysłów, bo w pewnym stopniu anonimowe, pozbawione istotnych skutków). Jednak doświadczenie wspólnego obserwowania śmierci nadaje jej wymiar egzystencjalny. Lis na zawsze łączy bohaterów, a opowiadanie zyskuje szczególny wymiar. Tej rozegranej zaledwie na dwóch stronach sceny nie da się zapomnieć.

Długo zastanawiałam się, co jest punktem ciężkości w opowiadaniu Jacques’a Poulina „Volkswagen Blues”, którym „Literatura na Świecie” otworzyła swój najnowszy, quebecowski numer. To tekst toczący się w wolnym tempie, pełen światła. Tekst, który pozwala sobie na postoje, a jednocześnie każde zdanie posuwa go do przodu. Jak w dobrej fabule – trzyma za gardło. W stu procentach realistyczny, a jednak jest w nim surrealistyczna leniwość sierpnia, rozciągnięty czas, któremu pozwalamy na niesforność tylko podczas wakacji lub choroby.

Obserwujemy starzejącego się mężczyznę, który na polu kempingowym dostrzega chudą dziewczynę. Skacze za nią mały, łobuzerski kot. W końcu spotykają się, wyjeżdżając na trasę. Kobieta pakuje się do samochodu. Jadą w tym samym kierunku, ale cel mają inny. Ona jedzie do kogoś bliskiego (matki, dawnego kochanka?). On szuka brata, który wysłał niegdyś pożegnalną pocztówkę z tajemniczym, starodawnym pismem – i zniknął.

Wiemy, że dla mężczyzny to czas przewartościowań, pierwszy poważny kryzys, połączony jednocześnie z poddaniem się. W opowiadaniu jest znamienna scena, podczas której dowiadujemy się, że jest pisarzem. Szuka swoich powieści w przypadkowej księgarni i znajduje tylko te, których nie lubi. To piękne – ludzkie, pokazujące słabość, zawstydzające. Ale to nie jest ta kluczowa scena, która „robi tekst”, nie tu jest ów słynny punkt ciężkości (który może być także w języku, w formie). Rozumiem to w momencie, kiedy czytam, jak oboje – mężczyzna z dziewczyną (cały czas towarzyszy im kot) – stoją nocą na promie, powoli przybijają do brzegu, obserwując światła nabrzeża. Statek sunął, a oni przypatrywali się hotelom Château Frontenac i Terrasse Dufferin. Facet narzucił na ramiona kobiety koc, chociaż mówiła, że nie jest jej zimno. A potem wskazał palcem dom: „– Drugi z kolei – powiedział. – Widzi go pani? – Nie – odpowiedziała. – Widzę tylko wielką ciemną przestrzeń”.

A potem on jej dokładniej tłumaczy, dziewczyna nachyla się i wreszcie patrzą tam oboje. Przez chwilę wspólnie obserwują powoli zbliżający się, świetlisty punkt. Tyle o ich bliskości. Krótko i bezpretensjonalnie.

Podczas gdy w opowiadaniu Smith bohaterów połączyło drastyczne doświadczenie (jeden z nich dobija lisa), tu – jest to nostalgia. Uczucie, którego z reguły się wstydzimy, zwłaszcza teraz, kiedy krytycy zastanawiają się, czy w ogóle można jeszcze pisać nieironicznie. Ta scena rozświetla tekst od środka, jest prosta i skandalicznie piękna. Możemy już odżałować ich domniemane rozstanie (co prócz rozstania może się przydarzyć nieznajomym, którzy przez chwilę, podczas wakacji, zdążają w tym samym kierunku) i jakiekolwiek zakończenie. Dostaliśmy już coś, czego pragnęliśmy. Wstydliwe, dziecięce przeżycie na granicy smutku snu, które przypomniało nam pierwsze zagraniczne wakacje, zmęczenie i ekscytację: tajemnica tamtego brzegu będzie moja. Już jutro.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy