Kto ty jesteś?

Kto ty jesteś?

Przeglądałem niedawno stare dokumenty, wśród nich skład Rady Miasta Brzeżan z lat 30. ubiegłego wieku. Sądząc po nazwiskach, mniej więcej połowę rady stanowili Polacy, po jednej czwartej Ukraińcy i Żydzi. Zapewne pozostawało to w proporcji do składu narodowościowego tego kresowego miasta, leżącego przy trakcie ze Lwowa do Tarnopola, w cieniu ruin zamku Sieniawskich, miasta, które dało Polsce prof. Aleksandra Brücknera i marszałka Rydza-Śmigłego.
Z innego dokumentu dowiaduję się, kim byli radni miejscy. Są wśród nich powszechnie szanowani obywatele, lekarze, adwokaci, kupcy, emerytowany profesor miejscowego gimnazjum, rzemieślnicy, wśród nich mistrz introligatorski, któremu kunsztu, sądząc po pięknej skórzanej oprawie albumu 51. pułku piechoty, który widziałem, mogliby pozazdrościć najwybitniejsi dzisiejsi przedstawiciele tego fachu. Jest też wśród radnych oficer w stanie spoczynku, weteran wojny 1920 r., kawaler Orderu Virtuti Militari, jakiś emerytowany urzędnik – prezes jednego z działających w mieście stowarzyszeń, jest też prezes lokalnej spółdzielni.
Brzeżany były małym powiatowym miastem, liczyły około 10 tys. mieszkańców, nie ulega wątpliwości, że wszyscy radni byli dobrze znani wszystkim mieszkańcom. Reprezentowali różne narodowości, różne wyznania, różne mieli zapewne poglądy polityczne, różnych zwolenników i różnych wrogów. Ale, powtarzam, wszyscy byli znani wyborcom. Znani ze swych dokonań, możliwości, dorobku. Każdy radny oprócz tego, że był radnym, był jeszcze kimś i nawet gdyby radnym nie został albo gdy radnym być przestał, w swoim środowisku był szanowany.
Wychodzę na ulice mego Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. Z każdego słupa, z każdego płotu, z afiszów, billboardów i banerów uśmiechają się do mnie zalotnie kandydaci do rady miasta, kandydaci do sejmiku. I ci, z Platformy, którzy proszą, by ich trzymać z dala od polityki (czyli na nich nie głosować? – kto im to hasło wymyślił?), i ci z PiS, i ci z rozlicznych innych komitetów partyjnych, półpartyjnych, jawnie partyjnych i skrycie partyjnych. Poza Donaldem Tuskiem, który wprawdzie w Krakowie nie kandyduje, ale za to na gigantycznych billboardach obiecuje, że nie będzie się zajmował polityką, tylko będzie budował mosty i szkoły (nie zauważył, że jest niż demograficzny? – dla kogo te szkoły?), i poza trzema głównymi kandydatami na prezydenta miasta nikogo spośród ludzi z afiszów, billboardów, banerów i ulotek zaśmiecających (dosłownie!) miasto nie znam. Przeżyłem w Krakowie ponad 60 lat i nic o żadnym z kandydatów na radnych nie wiem! Nic nie słyszałem o ich osiągnięciach, o dorobku. Myślałem, że może to tylko ja taki jakiś niekumaty jestem. Zacząłem pytać znajomych. Czy wiesz, kto to jest pan H.? Nie, pierwsze słyszę! A może wiesz, kto to jest pan G.? Wzruszenie ramion. A znasz kogoś z tych kandydujących, słyszałeś coś o ich sukcesach życiowych czy zawodowych? No, nie!
Partyjne komitety wyborcze wystawiają do wyborów samorządowych swój aparat, swoich młodzieżowych działaczy, swój drugo- i trzecioligowy aktyw partyjny. Ludzi bez pozycji społecznej, bez dorobku zawodowego, bez doświadczenia, a często bez żadnej konkretnej wiedzy. Za kilka lat ci sami będą kandydować do Sejmu, do Senatu, z nich wybierani będą ministrowie, szefowie urzędów.
Okrzepną, będą już zawodowymi politykami, niepotrafiącymi żyć bez polityki, nie dlatego, że jest ich tak silną pasją, tylko dlatego, że nic innego nie umieją. Gdyby zły los albo gniew partyjnego szefa odsunął ich od polityki i kazał żyć z pracy rąk albo nie daj Boże głowy, narażeni by byli wraz ze swymi rodzinami na śmierć głodową. Co więc dziwnego, że definiują państwo przez zbiór posad i traktują jako wyborczy łup, słusznie należący się zwycięzcom?
Co dziwnego, że coraz bardziej uzależniają się od szefostwa swej partii, uczą klakierstwa, lizusostwa, cwaniactwa? Przecież cały ich przyszły byt jest w rękach partyjnego kierownictwa. Czym są poza tym, że są radnymi (w przyszłości może będą posłami)? Przestając pełnić funkcje w samorządzie czy Sejmie, często są nikim. Na razie nic – może poza dobrymi chęciami i najczęściej zbiorem pustych, w dodatku nie przez siebie wymyślonych sloganów – nie mają do zaoferowania mieszkańcom. Nie mając żadnej pozycji zawodowej ani społecznej, która gwarantowałaby im minimalny choćby margines swobody, są żołnierzami swej partii, zdanymi na łaskę i niełaskę partyjnych bossów.
Wszystkie centra wielkich miast w Europie są bardziej czy mniej zakorkowane w godzinach szczytu. Centra wszystkich wielkich miast w Polsce zakorkowane są również. Niemal wszyscy kandydaci, od prawicy do lewicy, mają wśród swoich haseł, że „usprawnią komunikację, odkorkują miasto”. Nie piszą jednak, jak to zrobią, a skądinąd wiadomo, że jedyną rzeczą, którą dotąd udawało im się odkorkować, była butelka.
Wszyscy usprawnią służbę zdrowia i poprawią opiekę zdrowotną. Nie mówią, jak to zrobią, ale na pewno mają na to jakiś prosty, choć tajemniczy sposób.
Wszyscy będą stawiać na naukę i kulturę, ale nie bardzo wiadomo, na czym to stawianie miałoby konkretnie polegać.
Wszyscy też zapewniają, że w krakowskich drogach nie będzie dziur! Jako radni osobiście będą je łatać? Wszyscy też zapewniają, że gdy tylko dostaną się do rady, Kraków będzie nowocześniejszy (nie wiem, czy potrafią powiedzieć, co dla nich nowoczesność znaczy) i bardziej „przyjazny” mieszkańcom. To modne dziś dosłowne tłumaczenię angielskiego słowa friendly może coś znaczyć, ale wcale nie musi.
Chodzę po krakowskich ulicach, patrzę w twarze uśmiechające się z afiszów i billboardów, obiecujące mi mnóstwo rzeczy, i chciałbym je pytać: kto ty jesteś? Kto ty jesteś, ty, który obiecujesz? Co umiesz, co w życiu zrobiłeś, co udało ci się już w życiu zrobić dla innych? Nie znam cię. Nie wierzę ci wcale.

Wydanie: 47/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy