Polowanie z nagonką

Polowanie z nagonką

Ludzie mający za sobą doświadczenia więzienne inaczej patrzą na rzeczywistość niż ogół społeczeństwa. Czasami udaje im się narzucić społeczeństwu swój punkt widzenia, a kiedy indziej napotykają opór dla siebie niezrozumiały. Po wojnie przez 25 lat rządzili Polską byli więźniowie. Bardzo się tą swoją przeszłością szczycili. Kto dłużej siedział we Wronkach czy Rawiczu, ten się uważał za bardziej zasłużonego, a najbardziej nobilitowała Bereza Kartuska. Zmieniło się to dopiero za czasów Edwarda Gierka, kiedy władzę przejęli ludzie też niezbyt szanowani, ale przynajmniej normalni. Generał Jaruzelski miał za sobą przeszłość łagrową, ale ona mniej go określała niż doświadczenie frontowe i kondycja oficerska. Otaczał się ludźmi spokojnymi i usposobionymi do kompromisów, więźniowie nie rządzili, a raczej należałoby powiedzieć, że jeszcze nie.
W Polsce międzywojennej także rządzili więźniowie – Piłsudski, Walery Sławek, wielu mniej znanych – ale nie wysuwali oni tych więziennych ”zaszłości” na pierwszy plan, eksponowali swoją przeszłość wojskową, legionową, a etos żołnierski radykalnie, krańcowo różni się od psychologii więźnia, niezależnie od tego, czy ten cierpi za sprawę, za winę, czy za ”niewinność”. Gdyby mentalność konspiratorów z PPS Frakcji Rewolucyjnej nie została niejako przezwyciężona przez etos legionowy, wojskowy, mielibyśmy w II Rzeczypospolitej ciągłe lustracje, demaskowanie agentów i szpiegomanię. Nie nabrałoby to takiej intensywności i nie stałoby się aż tak paranoiczne, jak za czasów komunistycznych, ale niewiele by się różniło od tego, co mamy obecnie. Dla ludzi działających nielegalnie, niezależnie od tego, czy w dobrej lub złej sprawie, nie ma bardziej znienawidzonego, niebezpiecznego wroga niż zdrajca, donosiciel. Wróg mafii z zewnątrz jest tylko zabijany, swój, który zdradził, lub ten, co się wkradł do grupy i udawał swojego, przed śmiercią bywa jeszcze okrutnie torturowany. Grupa przestępcza motywowana ideowo jak Rote Armee Fraktion, pod tym względem nie różni się od ściśle zintegrowanego gangu. Zemsta na donosicielu jest zarówno w grupie przestępczej, jak wśród konspiratorów ideowych najwyższym nakazem moralnym. Komuniści, którzy wprost z konspiracji trafili na najwyższe stanowiska władzy, by przez dziesięciolecia oddawać się szpiegomanii i demaskowaniu tajnych agentów, społeczeństwu wydawali się ludźmi zdeprawowanymi, ale to, co postronny człowiek uważał za przejaw niegodziwości pomieszanej z głupotą, tamtym dawało poczucie ideowego górowania nad wszystkimi.
Mania lustracyjna nie pojawiła się w historii Polski dopiero wraz z rządami komunistycznymi i antykomunistycznymi. Kto interesował się powstaniem listopadowym, kiedy to w Warszawie istniał niepodległy rząd, ten wie, że szukanie tajnych agentów wygnanego już z Polski Wielkiego Księcia Konstantego należało do najsilniejszych emocji mieszkańców Warszawy. Wojsko carskie zbliżało się do stolicy, a motłoch nie miał innych trosk niż szukanie agentów, wywlekanie podejrzanych z więzienia i mordowania ich na ulicy. Widzimy już na tym przykładzie, że w warunkach reżimu policyjnego konspiratorska hierarchia ważności spraw bywa przyjmowana przez szerokie kręgi społeczne. W takim reżimie bowiem każdy bez mała, chcąc nie chcąc, musi być trochę konspiratorem. Daję tu przykłady, które wyostrzają problem występujący obecnie w postaci bardzo zamazanej. Nikt nie myśli o zabijaniu byłych agentów, nie tylko dlatego, że papieżowi by się to nie podobało. Żeby zabijać, trzeba samemu zaryzykować życiem, a lustratorzy to nie jest przecież mafia pruszkowska. Poza tym po dziesięciu latach liberalnej demokracji nie traktuje się tego wszystkiego zbyt poważnie. Przeważa raczej emocja ludyczna, taka, jaką przeżywamy na polowaniu z nagonką. Tam dla zabawy krew musi się polać, ale krew zwierzęcia, tu chodzi o ludzi, więc musi wystarczyć zniesławienie. Bodajże Józef Mackiewicz opowiada, gdzieś, jak w czasie wojny wileńskie AK walczyło z policją litewską: łapali takiego policjanta, rozbierali do gaci, nie zawsze czystych, i przepędzali przez miasteczko. Za taką lustrację Litwini, nie znający się na polskich żartach, z reguły zabijali kilku Polaków.
Lech Wałęsa mógłby wytłumaczyć ludziom, na czym polega sens i bezsens lustracji, a także pokazać realną i fikcyjną stronę owej tropionej ”współpracy”. Niestety, psychologicznie nie jest w stanie rozwinąć myśli, ponieważ czuje, że nikt nie chce go słuchać. A nie chcą go słuchać, ponieważ swoim nierozumnym postępowaniem i lekkomyślnym mówieniem byle czego, zraził sobie ludzi i utracił w ich oczach wiarygodność. Poza tym nie słuchają go, gdyż nie są tak naprawdę zainteresowani sprawą. Nawet panie z telewizji, które go wypytują, nie wiedzą, w czym rzecz i nie chcą wiedzieć. Czy to Wałęsę, czy Jurczyka pytają w kółko: czy pan podpisał, czy pan podpisał? Tak jakby w samym podpisie tkwiła jakaś demoniczna siła sprawcza. Mało to podpisano traktatów o przyjaźni w tym celu, aby lepiej przygotować się do wojny? Słyszał kto o jedenastym przykazaniu ”nie podpisuj”? Trzeba rozróżnić, co jest czynem, co może być poszlaką, czym, a co jest czystą fikcją. Lustracja wszystkie te różnice zamąca. W ogóle nie wiadomo, o co w niej chodzi, jeżeli jest czymś więcej niż substytutem polowania z nagonką. Gdyby chodziło o rozstrzygnięcie, czy na przykład Marian Jurczyk był tajnym lub jawnym współpracownikiem, to przed złożeniem odpowiedniej deklaracji powinien on mieć prawo zaznajomienia się ze wszystkimi materiałami, które go dotyczą. Ale to zostało mu przez ustawodawcę zabronione. Dlaczego, jakim prawem? Nie mówmy tu o prawie, bo podstępy, fortele i zasadzki na ludzi niewiele mają wspólnego z prawem. Ustawodawca oficjalnie nie przyznaje, że chce karać za czyny, które nigdy nie były zabronione. Ogłasza jedynie, że badana ma być prawdomówność i dopiero kłamstwo naraża na karę. Prokurator Starr chciał koniecznie przyłapać prezydenta Clintona na kłamstwie i w tym celu sprowadził całą intrygę na teren seksualny, gdzie człowiek normalny nie może być szczery na pokaz. Połowę Ameryki od razu zemdliło od takiego badania prawdomówności.
W życiu Mariana Jurczyka i Lecha Wałęsy były czyny realne o doniosłości historycznej, to oni zakładali tę Solidarność, która dziś lustruje. I były też podpisy bez znaczenia, należące do dziedziny fikcji lub policyjnych umowności. I teraz oto, w świetle ustawy lustracyjnej, ich rzeczywiste dokonania jawią się jako przypadki bez znaczenia, natomiast jakieś podpisy są wyposażone w taki stopień realności, jakiego nigdy nie miały.

Wydanie: 2/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy