Mam gdzieś wolność słowa Ziemkiewicza

Mam gdzieś wolność słowa Ziemkiewicza

Sam incydencik niewpuszczenia do Wielkiej Brytanii skrajnie prawicowego polskiego publicysty Rafała Ziemkiewicza (dopowiedzmy, żeby nie bawić się w fałszywą elegancję, kindersztubę: faszyzującego rasisty, mizogina i homofoba) nie jest wart nie tylko mszy, ale nawet pochylania się nad nim. Systematycznie i świadomie przez kilka dekad publicyzowania i felietonowania wypracował sobie Ziemkiewicz obraz samego siebie zarysowany jak powyżej. I doskonale z tego żyje, równocześnie dojąc państwo socjalne (z dumą opowiada o swoim „krusowaniu” przez życie). Peroruje od dekad, że wszystko socjalne jest złe, bo lewicowe, ale jeśli z tego socjalnego on sam może uszczknąć pinć złotych – to to zrobi. Podobnie zresztą jest z wieloma innymi regułami życia społecznego, które można mieszać z błotem i na tym mieszaniu doskonale zarabiać. Ziemkiewicz zbudował swoją pozycję na głoszeniu tez, które odmawiają podstawowych praw innym. Kiedy takiego prawa – wolności – odmawia się jemu, oburza się i pała świętym jak jego legendarny „risercz ziemkiewiczowski” (dziesiątki przypadków mijania się z prawdą w tekstach, mylenia podstawowych faktów, nieweryfikowania ich w jakikolwiek sposób, zmyślania, bajdurzenia, otumaniania) oburzeniem. W największym skrócie, jest doskonałym wcieleniem sienkiewiczowskiego kalizmu: on kraść KRUS, sorry krowę – dobrze; ktoś potrzebujący chce pomocy, opieki, wsparcia – skandal, komunizm, stalinizm, Beria i gułag.

Dlaczego więc o niewpuszczeniu (po raz kolejny) Ziemkiewicza do Wielkiej Brytanii warto w ogóle mówić? Otóż mam głębokie przekonanie, że dlatego, gdyż ten śmieszny widok (wielki, zwalisty, prawdziwy Polak, u nas, w Warszawie, światowej sławy, siedzi kilka godzin w ciepłym pokoiku na Heathrow z grupą obcych mu ludzi z całego świata, którzy nawet nie wiedzą, że siedzą z rasistą) zmusza nas do skonfrontowania się z fundamentalnym fetyszem naszej kultury politycznej – wolnością słowa. Żeby się pożegnać z Ziemkiewiczem i jego szybującą bez kontaktu z realem frazą, to zapamiętajmy, że w jego mniemaniu, czekając na samolot powrotny do Warszawy, był więźniem politycznym (!). Trzy godziny.

Ale wróćmy do naszej wolności słowa jako wartości założycielskiej III RP. Rzeczywiście, po doświadczeniach z instytucjonalną cenzurą zapanował w Polsce potransformacyjnej dogmat (pozornie) wszechwładnej wolności słowa. I problemem nie jest nawet to, że ani on taki wszechwładny i równoobowiązujący dla wszystkich (rozejrzyjcie się, ile jest spraw prokuratorskich i procesów o obrazę uczuć religijnych), ani realnie funkcjonujący, gdyż niesamowicie rozrosły się nieformalne mechanizmy zamykania ust, uciszania niewygodnych, wymazywania całych połaci tematycznych z debaty. Problemem jest to, że kiedy jakiś faszysta, protofaszysta, neofaszysta, kryptofaszysta (przykładów setki, jeśli chce się poszukać) nagle napotka opór, a niekiedy i państwo zareaguje, rozlega się wycie: „A co z wolnością słowa i tolerancją?!”. Wycie kogoś, kto realnie wyklucza innych, atakuje, istnieje w systemie, który dzień po dniu za dobre pieniądze pozbawia głosu słabszych, nieuprzywilejowanych, inaczej myślących, żyjących, mówiących, wierzących, piszących. I wtedy nasz cywilizowany głównonurtowy tłum nagle staje się świętszy od papieża i przywołuje słowa Woltera, które nie były słowami Woltera: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale do końca życia będę walczył o to, abyś miał prawo je głosić”. Otóż nie mam zamiaru ani przez dzień, miesiąc, chwilę walczyć o prawo głoszenia poglądów nienawistnych, rasistowskich, faszystowskich, antysemickich, islamofobicznych, mizoginicznych, homofobicznych tylko dlatego, że są z punktu widzenia logiki „poglądami”. To liberalna mantra, która jest bezradna wobec paradoksu „ile wolności dla wrogów wolności”.

Ziemkiewicz jest od dekad beneficjentem skrajnie prawicowego dyskursu publicznego, jednym z tych, którzy stopniowo oswajali nas z radykalnym językiem, postulatami i prawicową, dominującą ideologią. W niej nie ma miejsca na inne poglądy, w szczególności lewicowe. Tak dzisiaj myśli, mówi i działa mainstream, który nawet nie zauważył, że to, co nad Wisłą jest akceptowalnym przekazem „uznanego” prawicowego centrum, w Europie jest nieakceptowalnym radykalizmem, postrzeganym, słusznie zresztą, jako realny krok ku przemocy, terroryzmowi, wykluczeniu i stygmatyzacji. Nie chcę dłużej być zakładnikiem fałszywej tezy, że najświętszą wartością naszego życia publicznego jest nieokiełznana i niczym nieograniczona wolność słowa, jeśli tylko dotyczy wygłaszania poglądów skrajnie prawicowych. Mam nadzieję, że takich nieprzekraczalnych granic jak ta na londyńskim lotnisku Ziemkiewicz i inni napotykać będą coraz więcej.

W takim momencie często pada pytanie: a co, jeśli ciebie i twoje poglądy dotkną takie restrykcje? Odpowiem: a co robi tu czas przyszły? To się dzieje cały czas, niezauważalnie, systemowo, a ostatnią rzeczą, która mogłaby się wydarzyć, będzie to, że Ziemkiewicz i jemu podobni upomną się o moje prawo głosu. Wszystko, co robią od lat, z wykorzystaniem instytucji państwa, służy temu, żeby ten głos skutecznie uciszyć i wykluczyć.

Może najwyższa pora oduczyć się bezradności w nazywaniu rzeczy po imieniu; faszyzm i antyfaszyzm to nie dwa „odmienne” równoważne poglądy. W świecie antyfaszyzmu nie ma miejsca tylko dla faszystów. Faszyści natomiast odmawiają prawa głosu (najpierw) czy istnienia całym grupom, społecznościom. Faszyści przejmują liberalne zaklęcia i zamieniają w pałki, którymi walą nas po głowach. A liberałowie kiwają ze zrozumieniem głową: „Tak, tak, wolność słowa to wolność słowa, tylko ta lewica zła”.

Jak dobrze nie być liberałem.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 42/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy