Co mamy w głowach

Co mamy w głowach

Na własnej skórze przekonujemy się, że stan epidemii to ogromne nieszczęście. Mamy prawdziwą wojnę o zdrowie i życie. I o miejsca pracy. Gwałtownie zmieniają się wcześniejsze reguły. Jeszcze niedawno prowadziły nas one przez świat jak szyny pociąg. Koronawirus, unieruchamiając miliony ludzi w domach, wymusił na wszystkich zmianę tych reguł. To musi boleć. Zwłaszcza że pełnego powrotu do tego, co było przed COVID-19, z pewnością już nie będzie.

Największe zmiany, choć jeszcze nierozpoznane i nieprzewidywalne, zachodzą w naszych głowach. Dla kilku pokoleń to, co teraz się dzieje, jest najgorszym doświadczeniem w całym ich życiu. Piszę tu o dorosłych. A przecież kompletnie rozwalone życie mają miliony dzieci i dorastająca młodzież. Trochę intuicyjnie, ale myślę, że psychologicznie najtrudniejszy jest dla wszystkich brak możliwości określenia, nawet w przybliżeniu, końca tej epidemii. Perspektywa z jednym wielkim znakiem zapytania jest szczególnie przygnębiająca.

Naturalne jest zatem, że wszyscy szukają światełka w tym tunelu. W tak trudnym czasie rośnie zapotrzebowanie na autorytety. Pilnie rozglądamy się za ludźmi, którym możemy zaufać.

Bo bardzo chcemy komuś uwierzyć, że nas przeprowadzi przez budzące strach nieznane zagrożenie. Ludzie, szukając liderów, weryfikują równocześnie tych, którzy formalnie pełnią funkcje przywódcze. Mamy polityków wybranych w spokojnych i generalnie przewidywalnych czasach. Wtedy konkurowali z rywalami, zapowiadając szerokie programy wsparcia materialnego dla milionów ludzi. Epidemia wywróciła tę filozofię. Zamiast programów poprawiających jakość życia trzeba pilnie tworzyć programy, których celem jest nie rozwój, ale jako takie przeżycie i obrona wcześniejszych pozycji.

Wiemy, że państwo nie ma możliwości wsparcia wszystkich potrzebujących. Czyli o te środki, które są do wzięcia, będzie się toczyć bezpardonowa walka. A w niej w najgorszym położeniu znaleźli się najsłabsi. Choć powinni być pod szczególną ochroną władz, trudno o złudzenia, że wygrają z bankami, które mają swojego reprezentanta w osobie premiera Morawieckiego. Albo z korporacjami. Lub z tymi grupami zawodowymi, które mają skuteczne środki nacisku na władzę. Nie wygrają. A o tym, jak mocno zostaną poszkodowani, zadecydują politycy.

Rządząca prawica zbudowała swoją pozycję na deklaracjach o wspieraniu tych, którzy dotychczas byli poszkodowani. Teraz władzę czeka podwójny test. Po pierwsze, z umiejętności rządzenia w czasie wielkiego kryzysu. A tu idzie jej jak najgorzej. Po drugie, z tego, komu ulegnie, a komu pomoże.

Wydanie: 20/2020

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy