Defilada

Wojny tej nie wygramy. Za mało nas tam, aby wkroczyć triumfalnie do Bagdadu. Za mało nas na przyszłą defiladę zwycięzców. O kilkuset za dużo, żeby o tej wojnie szybko zapomnieć.
Nie wiemy, jak długo potrwa wojna w Iraku. Ilu naszych stamtąd nie wróci. Obowiązująca w mediach cenzura przynosi kuriozalny obraz starcia. Najpotężniejsze siły najbardziej rozwiniętych przemysłowo państw cały czas prą do przodu, zajmując kolejne obszary pustyni. Miast nie zajmują od razu, bo napotykają „silny opór”. Pomimo silnego oporu strat własnych prawie nie ma. Nasi sojusznicy giną jedynie w nieszczęśliwych wypadkach drogowych i pomyłkach militarnych. Ilu naszych wojaków nie wróci? Na razie naszych wypadki drogowe się nie imają.
Wojny tej nie wygramy. Za mało nas do zwycięskiego podziału irackiej wiktorii. Nie będziemy też kosztować odbudowy gospodarki irackiej, nie załapiemy się na wielkie konfiturzaste kontrakty. Może coś tam skapnie. Okruch proporcjonalny do naszego militarnego udziału. Wieczna rola służby pomocniczej. Zresztą nowe, demokratycznie przez zwycięzców wybrane władze Iraku będą musiały się uwiarygodnić międzynarodowo. Zrzucić etykietkę proamerykańskich, prosyjonistycznych sługusów. Gospodarce amerykańskiej nie odmówią, ale małej, „syjonistycznej” Polsce można będzie dać kosza. Odreagować upokorzenie.
Telewizyjny amerykański szołmen Jay Leno entuzjastycznie zapowiada, że po obaleniu reżimu Saddama władze amerykańskie rychło wprowadzą w Iraku programy naprawy gospodarki. Rozwoju szkolnictwa, kultury, likwidacji bezrobocia. – Czemuż nie mogą amerykańskie władze zaprowadzić tego w USA? – pyta ironicznie. – Nawet za cenę obalenia obecnego reżimu?
A czy my mamy jakiś plan iracki, plan powojenny? Czy po przyszłym zwycięstwie jednie spakujemy manatki, a potem ustami naszych przywódców partyjno-państwowych przeprosimy Irakijczyków za ewentualne nasze błędy popełnione przy ich wyzwalaniu? Z poczuciem dobrze spełnionego sojuszniczego obowiązku wrócimy do siebie. Wrócimy do Polski, największego z zasysanych do Unii Europejskiej kraju. Najbiedniejszego. Najliczniejszego. Z największą ręką wyciągniętą po wspólną unijną kasę. Jednocześnie kraju politycznie i kulturowo najbardziej ostatnio proamerykańskiego.
A przecież Unia Europejska jest tworem alternatywnym, konkurencyjnym wobec innych światowych potęg polityczno-gospodarczych. Wobec USA, w przyszłości wobec Chin i gospodarek krajów Azji Południowo-Wschodniej. W sporze między „starą Europą” a USA nasz kraj opowiada się po stronie USA i Wielkiej Brytanii. Czy jest to początek cichej zimnej wojny wewnątrz UE pomiędzy Francuzoniemcami a Amerykoanglikami? Czy nie za szybko opowiedzieliśmy się po tamtej stronie?
W UE będziemy krajem najbardziej potrzebującym modernizacji. Funduszy na infrastrukturę. Czy będziemy pukać w drzwi unijnego sejfu, jednocześnie salutując amerykańskim sojusznikom? Czy zakup amerykańskiego myśliwca na pewno da nam amerykańskie nowoczesne technologie? Inwestycje, których tak nam w bezrobotnym kraju brakuje? Czy pozostaniemy jedynie hamburgerożercami. Wielką graniczną strażnicą wschodnich unijnych rubieży. Ograniczonym kontyngentem w następnej „wojnie wyzwoleńczej”?
Znowu nie wygramy wojny, chociaż załapaliśmy się po wygrywającej stronie.

Wydanie: 15/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy