Korepetycje z religii

Korepetycje z religii

Dobry polityk musi być niezależny, autonomiczny i uparty. A to relacja nauczycielki z liceum, do którego uczęszczał Andrzej Duda, kandydat na prezydenta: „Grzeczniutki aż do zemdlenia. Taki pieszczoszek naszej pani. Pamiętam, że podczas wyjazdów na obozy naukowe próbował nawiązywać bliższe kontakty z nauczycielami. Rówieśnicy bawili się we własnym towarzystwie, a on przychodził, dopytywał o różne rzeczy. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mówił zawsze to, co ludzie chcieli od niego usłyszeć”.

Określenie prymus, mało samodzielny i uzależniony od nauczyciela, świetnie pasuje do fizjonomii Andrzeja Dudy, do gry jego ciała i sposobu zachowania. A jego wielkim nauczycielem jest teraz Jarosław Kaczyński. Mam nadzieję, że nigdy nie będziemy doświadczać tej zależności ani metod, jakimi PiS mogłoby udowadniać, że pod Smoleńskiem był zamach na polski samolot. Kaczyński musi zdawać sobie sprawę z tego, że opiera istnienie swojej partii na czarach-marach, fikcji, na kłamstwie nawet. Skoro liberalne media kłamią, trzeba je spacyfikować i stworzyć nowe. Tylko Radio Maryja jest uczciwe. System sprawiedliwości nie działa, to stworzymy nowy. Będą prokuratorzy i sędziowie partyjni. Jak daleko by to zaszło w rzeczywistości? Nie tak daleko, jestem niepoprawnym optymistą.

Nasz polski konflikt jest głęboki, gdyż sięga do głębin osobowości, mamy inną chemię psychiczną. A to nic nowego. Nasi przedwojenni endecy głosowaliby więc na prezesa, a na Komorowskiego ówcześni piłsudczycy. Ale bez wahania robię zakupy w sklepiku słuchaczki Radia Maryja, ona sama wydaje mi się miła i życzliwa. Fryzjer pan Stefan unika tematu, najwyraźniej uznał, że to mogłoby zagrozić jego interesom. Kaszubka, która sprzedaje ryby, jak większość Kaszubów jest po stronie partii Tuska. Niby nic złego więc się nie dzieje. Problem, że polską chorobą od wieków jest nieufność, tego nauczyła nas też historia. Młodzi, którzy wyjechali z Polski i wracają, choćby na chwilę, mówią, że już nawet dałoby się tu żyć, tylko… ta nieufność, ten brak uśmiechów i jakieś zafrasowanie ludzi. To przeszkadza.

W homilii w Niedzielę Bożego Miłosierdzia kard. Stanisław Dziwisz przypomniał niezmienne stanowisko Kościoła w związku z in vitro. Jak mówi, to metoda „moralnie niedopuszczalna”. Zaznaczył jednak, że dzieci urodzone z metody in vitro są niewinne, a Kościół otacza je taką samą opieką jak każde inne dzieci. To ostatnie zdanie mnie wzruszyło. Jacy wspaniałomyślni! Dzieci niewinne, ale rodzice już nie. Od nawracania mieczem i krzyżem, od palenia czarownic nie dzieli nas tak wiele czasu, a świat jednak jest już inny, przynajmniej ten nasz świat śródziemnomorski.

Moja babcia była głęboko religijna, w listach do bliskich pisała w finale zawsze: „Bóg z Tobą”. Pod jej okiem chodziłem pilnie na religię i mam zakodowany szacunek dla sutanny. Gdy widzę księdza, odruchowo zakładam, że to porządny i mądry człowiek. A kiedy jestem krytyczny wobec Kościoła czy biskupów, mam potem wyrzuty sumienia. Więc często je mam.

W pobliżu kościoła Wizytek siadam na ławce obok ks. Twardowskiego, ja cielesny, on odlany z metalu. Robią się modne teraz ławkowe posągi. Było to dobre, jak był taki jeden czy dwa, ale ich coraz więcej i to robi się okropne. Siedzę sobie obok księdza poety i myślę: zdumiewające, ale ja przecież siadywałem obok prawdziwego Twardowskiego na podobnej ławce kilkanaście metrów stąd, w tym ogrodzie, który zaczyna już kwitnąć. Ksiądz w pocie czoła przekonywał mnie, że Bóg istnieje. Ja jednak domagałem się niezbitych dowodów. To były prywatne lekcje religii, takie korepetycje religijne. Moi rodzice przyjaźnili się z księdzem poetą. Jeździłem, pamiętam, autobusem 107 do kościoła Wizytek, potem szedłem obok świątyni, otwierałem furtkę, by wejść od ogrodu, tam malowniczy, niewielki, drewniany domek z pokoikiem na piętrze, gdzie mieszkał poeta. Maj, wszystko kwitło. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu, w cztery oczy, w małym pokoiku lub na ławce w ogrodzie. Nie trwało to jednak za długo. Okazałem się biblijnym Tomaszem wątpiącym („niewierny” to chyba niewierny przekład). Potem rzadko spotykałem księdza. W roku 1985 mieliśmy wspólny wieczór poetycki w podziemiach kościoła św. Krzyża. To był czas po stanie wojennym. Byłem pełen gniewu, gdyż zabrano mi tego dnia paszport, który przez gapiostwo urzędu dostałem.

Ksiądz czytał wiersze religijne, ja gniewne wiersze polityczne i tylko jeden inny, „Lekcje religii z ks. Twardowskim”.
Nie tak dawno dowiedziałem się od mamy, że w tamtym czasie korepetycji religijnych spotkała przypadkiem księdza na ulicy. Zapytała go: „Jak Tomek, jak radzi sobie na lekcjach?”. Ksiądz zadumał się i powiedział: „Wrażliwy, inteligentny chłopiec, ale muszę pani powiedzieć, że to wielki antytalent religijny”. I tak mi zostało do dzisiaj.

Wydanie: 17/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy