Zauważone przy okazji

Pokolenia, które nie przeżyły świadomie okresu sprzed 1956 r., mają o tamtych czasach wyobrażenia mocno spaczone i, co gorsza, nie posiadają skali porównawczej, aby zrozumieć to, co się później działo i teraz dzieje. Nigdy rzeczywistości znanej z przekazów nie rozumie się tak dobrze, jak doświadczonej przez siebie, ale okres stalinowski, czyli „heroiczny” etap komunizmu, stawia umysłowi więcej przeszkód niż przeszłość mniej nieprawdopodobna. Możemy to sobie uświadomić, czytając artykuły o Czesławie Miłoszu – jego drodze życiowej i twórczości. Trzeba dodać, że również ci, co w tamtym czasie brali czynny udział w życiu publicznym, nie stali się później (dziś już w większości nie żyją) uczciwymi świadkami zdarzeń, gdyż już od roku 1956 przestawali rozumieć sami siebie. Swoje zaangażowanie w stalinowski komunizm tłumaczyli szczególnym wariactwem (Adam Ważyk) albo wcale nie tłumaczyli, twierdząc ogólnikowo, że się pomylili lub dali oszukać. Nie wiem, do jakiego pokolenia należą autorki referujące w „Gazecie Wyborczej” (21 sierpnia) „sprawę Miłosza”.
W ich myśleniu dostrzegalne są cechy wywodzące się z atmosfery sprzed 1956 r., ale zasadniczo przeważa świadomość polityczna „Solidarności”, streszczająca się w świętym oburzeniu, że kiedyś było inaczej, niż jest dziś. Kończą one swoje sprawozdanie takim twierdzeniem: „Dopiero nagroda Nobla przyznana za czasów pierwszej „Solidarności” przywróciła [Miłosza] polskim czytelnikom”. Nie jest to błąd, lecz półprawda. Miłosz, podobnie jak Gombrowicz, był uznawany w czasach PRL-u za jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy. Przez kogo uznawany? Przez tych oczywiście, którzy go czytali. Książki Gombrowicza wbrew temu, co twierdzą strażnicy „pamięci”, były wówczas wydawane, lecz nie wszystkie, rzecz jasna, a sztuki wystawiane w największym, bo telewizyjnym teatrze. Dzieła Miłosza, poza niektórymi wierszami w antologiach, rzeczywiście były surowo zakazane. Nie zatrzymujmy jednak całej uwagi na formalnym zakazie, popatrzmy również na realny stan rzeczy. Nie sporządzono, o ile wiem, statystyki czytelnictwa wydawnictw zakazanych, biorę więc za świadectwo swój przypadek. Ponieważ miałem pozycję przeciętnego inteligenta – humanisty, nie popełnię dużego błędu, uogólniając. „Zniewolony umysł” oraz „Zdobycie władzy” czytałem, będąc studentem. Nie miałem żadnych specjalnych „dojść”, więc prawdopodobnie pożyczałem te książki od kolegów w akademiku. Musiały one tam krążyć i nie mogę wykluczyć, że setny czy tysięczny czytelnik został przyłapany. Co zrobić, taki świat Bóg stworzył, że nawet w raju sięganie po cenne wiadomości dobrego i złego jest karane.
Przeczytałem z przejęciem wszystkie książki Miłosza wydane w Paryżu i mało było w kręgu moich znajomych osób, które by nie czytały. Zaczęliśmy się zaniedbywać, dopiero gdy wszelkie zakazy zdjęto. Było to wspaniałe czytanie. „Ziemię Ulro” dostałem na dwie doby i wcale nie chciało mi się spać. Podziwiałem autora za mistrzostwo pisarskie, dzięki któremu potrafił nadać niezwykłą ważność problemom, skądinąd mogącym uchodzić za urojone. Na zebraniu towarzyskim ktoś zaproponował, aby wysłać kartkę pocztową do Miłosza, na której każdy napisze parę słów. Ja napisałem, że „Ziemia Ulro” to dzisiejszy „Kurs literatur słowiańskich”: Mickiewicz głosił gnozę narodową, a Miłosz wykłada religię gnostyczną. Mniejsza o słuszność, nie o to w tej chwili chodzi.
Paniom autorkom z „Gazety Wyborczej”, Annie Bikont i Joannie Szczęsnej, nie wystarcza, że coś jest czytane; one chcą, aby było czytane za pozwoleniem władzy. Tymczasem głównie temu zakazanemu, a przez to wnikliwemu czytaniu Miłosz zawdzięczał swój wielki prestiż pisarski i myślicielski, a także rzeczywisty wpływ na umysły. Rządowe zakazy i nakazy mają bardzo ograniczony wpływ na krążenie idei. Sztucznie wytworzone sławy – przez władzę czy inne ośrodki wpływu – nie stają się realnościami w świecie ducha, a rzeczywistych wielkości nawet reżimy totalne nie zdołały unieważnić. Zakaz upowszechniania książek wydanych na emigracji dał konsekwencje w wymiarze perypetii, ale nie miał wpływu na głębsze wymiary kultury. To samo można powiedzieć o dzisiejszej presji reklamowej i szkolnym przymusie.
Krytycy słusznie piszą, że poezja Miłosza jest „uczona”, „kulturologiczna”, bardzo zależna od historycznego kontekstu i nawet wiersze o wyszukanej prostocie nie staną się popularne inaczej niż przez nieporozumienie. Miłosz powtarzał przy różnych okazjach, że jego wiersze są przeznaczone dla nielicznych i to jest oczywiste. Wielkie nakłady niczego to nie mogą zmienić. Czytelników rozumiejących jego wiersze nie przybyło dzięki wolności. Przeciwnie, wskutek przemian kulturowych krąg zdolnych je rozumieć raczej się zawęził. Co z tego, że każdego roku około miliona dzieci szkolnych musi czytać i komentować elitarne wiersze Miłosza. Zapewniam, że one nic z tego nie rozumieją. I tak powinno być, bo to nie dla nich pisane. Czy ten przymus w stosunku do uczniów nie jest bardziej opresyjny niż dużo łatwiejszy do obejścia zakaz z czasów PRL? W Polsce Ludowej Miłosz wywierał nielegalny, ale realny wpływ głębokimi treściami swoich książek. Dziś popularne są jedynie frazesy: „który skrzywdziłeś człowieka prostego”, „spisane będą czyny i rozmowy”, „poeta pamięta” (poecie też pamiętają – zwłaszcza obóz katolicko-narodowy) czy najczęściej cytowany w „Gazecie Wyborczej” pewnik, że „Jest ONR-u spadkobiercą Partia”.
Autorki artykułu „Sprawa Miłosza” bardzo są oburzone (jak wszyscy piszący na ten temat) krytyką Miłosza ze strony pisarzy krajowych i emigracyjnych po jego decyzji pozostania na Zachodzie („pisarze i poeci jak harpie rzucili się kąsać Miłosza”). Czy można sobie wyobrazić, że tych polemik mogło nie być? W tamtym czasie wybór między komunizmem a „wolnym światem” był absolutnie podstawowy i pisarz, który z własnego wyboru pozostał w Polsce, nie mógł, nie musiał, nie powinien był pozostać obojętnym wobec pisarza, który wybrał emigrację. Ktoś napisał, że polemiki z Miłoszem były „podłe”. Dlaczego podłe? Czy zaatakowany nie mógł się bronić? Czy znajdując się za granicą, był narażony na szykany warszawskich władz? Jeżeli ktoś lubi mocne słowa, to podłością może nazwać atak Ważyka na Gałczyńskiego, bo za takim atakiem szedł zakaz publikacji. Szczególnie oburzyło autorki wystąpienie Antoniego Słonimskiego: „najbardziej porażający znak tamtego czasu”, „okropny epizod”. Z mojego punktu widzenia artykuł Słonimskiego był raczej dziwny niż „okropny”. Pisał w „Trybunie Ludu”, zwracając się do Miłosza: „Godzisz w budowę fabryk, uniwersytetów i szpitali, wrogiem jesteś robotników, inteligentów i chłopów. (…) Wiesz, że wykonanie planu sześcioletniego uczyni z Polski wielki i silny kraj socjalistyczny. Czego chcesz? Chcesz wojny…”. Jest to polemika doskonale nie a propos, ale napisana przez człowieka wybitnego, domagałaby się zatem jakiejś hermeneutyki wydobywającej z niej istotną treść. Nie dla mnie jest to męczące zadanie. Mnie dziwi temat przemysłu wniesiony do polemiki między poetami. Miłosz w swoim deklaracyjnym artykule „Nie” drukowanym w „Kulturze” paryskiej także pisze o przemyśle: „cieszyłem się (…) że Polska zmienia się z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy”. Przynajmniej w tym jednym punkcie poeci mówili o realnym i ważnym fakcie historycznym: w Polsce istotnie dokonywała się wówczas przemiana o znaczeniu epokowym, którego z dzisiejszej perspektywy nie potrafimy docenić ani nawet w całości spostrzec i odnotować w naszym obrazie historii. Po krzyku, po szumie, po trudzie trzeba będzie Polsce Ludowej przyznać przynajmniej to, czego bronili zgodnie spierający się poza tym poeci, że zbudowała polski przemysł. Liberałowie zapewniają, że można to było zrobić taniej, ale podejrzliwy rozum, wiedzący, co się teraz w Polsce dzieje, podpowiada, że pod rządami liberalnymi polski przemysł mógł w ogóle nie powstać.

Wydanie: 36/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy