Już za pięć lat wybory

Już za pięć lat wybory

Wiadomo, wiadomo – wybory tuż-tuż przed nami, decydujące starcie, cywilizacja prawicy najprawicowszej kontra cywilizacja prawicy cywilizowanej, ale nie chcę wchodzić w konieczność namawiania, tłumaczenia się, zachęcania. Mając z jednej strony – trudno nie mieć – gorzkie poczucie rozczarowania związane ze słabym wynikiem Roberta Biedronia, z drugiej strony – ta historia już za nami, elektorat lewicy, jak wiadomo, gotów pójść za jej postulatami w wyborach parlamentarnych, w prezydenckich kieruje się inną logiką niż identyfikacja, wierność i podporządkowanie. Wybiera racjonalnie, na chłodno kandydata z szansami – może i szkoda, pewnie tak – trudno. Dobrze ten fakt zauważyć, tendencję odnotować, wnioski wyciągnąć. I trochę o tym chciałem powiedzieć.

Teoretycznie rzecz biorąc, nie powinien dziwić fakt, że wybory prezydenckie odbywają się w Polsce co pięć lat. A chwilami można odnieść wrażenie, że jest to jakieś zaskoczenie, że spada z nieba, że to nagły wybryk natury politycznej, że zwyczajem drogowców daliśmy się zaskoczyć czymś, co jest stałym punktem kalendarza demokratycznego. Co prawda, polska polityka rzadko sięga tak daleko w przyszłość jak pięć lat, ale może warto to zmienić? Może więc wśród wielu innych, często ważniejszych punktów planu pracy na lata, warto realizować projekt wybory 2025? Nie da się ostatecznie przewidzieć ani wykluczyć, że w ciągu tych pięciu lat pojawi się nagle niezwykła kandydatka/niezwykły kandydat i będzie oczywiste, że lewica na nią/niego postawi i już. Raczej dobrze jest założyć, że będzie to ktoś, kto już dziś jest w polityce, kto może do takiej roli aspirować, przygotowywać się do niej i spokojnie przez te kilka lat po prostu się przysposabiać. Być może równie ważne jest samooswojenie się z myślą, że pretendująca/pretendujący chce tego i naprawdę zawalczy, że zrobi wszystko.

Zawsze pozostaje dylemat między świeżością (atrakcyjna dla mediów) a doświadczeniem i osiągnięciami. Czy ma to być sprint po prezydenturę, czy meta maratonu? A może inna metafora byłaby trafniejsza? Może wybór kandydatki (tak zresztą lewica deklarowała przed tegorocznymi wyborami, potem wykonała unik po zgłoszeniu kandydatury marszałkini Małgorzaty Kidawy-Błońskiej) oprócz efektu oswajania elektoratu z takim „radykalnym” pomysłem mógłby owocować też całym procesem przyciągania i zainteresowania taką kandydaturą świata wyborczyń, które dzisiaj zdane są – lepiej nawet powiedzieć skazane – na męskich reprezentantów. A tak być nie musi Anno Domini 2025. Może zatem zamiast tej zaskoczki, niespodzianki, odkrycia, paroletnia inwestycja, jawność, przyzwyczajanie konserwatywnego świata do takiego pomysłu? Gdyby bez wchodzenia spojrzeć na ostatnie dwa pomysły kandydatur lewicy i wyniki wyborcze, można by zobaczyć, że efekt zaskoczenia, nieoczywistości kandydatów nie jest aż tak wartościowy i niezwykły. Może więc czas na coś wypracowanego, konsekwentnie wspieranego, systemowo umocowanego, choć trochę nudnawego?

Nie wiemy oczywiście, w jakiej kondycji będzie dzisiejsza konstelacja lewicowego triumwiratu, jakie będą zmieniające się kierownictwa, ale może pomysł na pretendentki/pretendentów mógłby być silniejszy i trwalszy niż doraźne fluktuacje, przetasowania, gry? Nie twierdzę, że nazajutrz po wygranych wyborach prezydenckich 2020 r. przez ……. (tu wpisz odpowiedniego lub nieodpowiedniego mężczyznę) należy ogłaszać nazwisko osoby pretendującej w 2025 r. Może takie rozwiązanie, choć niepraktykowane dotąd przez żadną formację, warte jest zachodu, przemyślenia, wypróbowania? Może, żeby nie mieć za pięć lat tak skwaszonej miny jak obecnie, dobrze byłoby wypróbować inny mechanizm i tempo wyłaniania kandydatki/kandydata? Jeżeli szybka ścieżka wyborcza nie działa, to może długi marsz po prezydenturę? Oswojenie pretendentki ze wszystkim, co z taką mocą (często niszczącą) uderza podczas samej kampanii? Nie wiem. Sam się zastanawiam. Chciałbym w takim miejscu widzieć za pięć lat (jeśli to będzie jeszcze możliwe) kogoś, kto jest do tej roli przekonany, dobrze przygotowany, kogo nie trzeba przedstawiać i prezentować. Czyli chodzi o to, żeby w wyborach prezydenckich 2025 r. startowała z list lewicy… I tu czekamy na Państwa pomysły.

Wszystkiego dobrego przed drugą turą wyborów prezydenckich w Polsce 2020.

Wydanie: 28/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Komentarze

  1. Józef Brzozowski Żory
    Józef Brzozowski Żory 10 lipca, 2020, 20:11

    Podoba mi się pomysł Pana Romana, aby kampania wyborcza rozpoczynała się zaraz po ogłoszeniu przez PKW wyników. Partyjniackie prawo stworzyło taki durny szpas, że krótko przed wyborami rozpoczyna się kampania wyborcza. To powoduje, że poważni kandydaci mają marne szanse w konkurencji z błaznami i wyskakującymi królikami z kapelusza.

    A urzędujący mandatariusz (poseł, senator, prezydent RP) prowadzi kampanię wyborczą cały czas – nieoficjalnie, ale konsekwentnie.

    Gdyby zaraz po wyborach mogła rozpoczynać się kampania wyborcza na następną kadencję, to świry, błazny i różnej maści nawiedzeni, nie mieliby szans. Poważni kandydaci, kontrolowaliby tego mandatariusza co go chcą zastąpić, wypowiadali się publicznie na ważne tematy, a wyborcy mogliby na spokojnie rozeznać się kto według ich jest najlepszym kandydatem.

    Ale aparatczycy totalitaryzmu nie dopuszczą do tego bo mieliby zagrożony bezpieczny pobyt przy suto zastawionym korycie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy