Granice opozycyjności

Granice opozycyjności

Opozycja jest w demokracji potrzebna. Patrzy władzy na ręce, punktuje jej błędy, buduje konkurencyjne projekty polityczne, którymi w nadchodzących wyborach chce przeciągnąć elektorat na swoją stronę. Jeśli nie w tych najbliższych, to w którychś kolejnych. Czasem w sprawach najważniejszych partia rządząca musi się z opozycją dogadać. Niekiedy wymusza to konstytucja. Aby np. odrzucić prezydenckie weto, nie wystarczy zwykła większość (którą rządząca koalicja czy partia z zasady dysponuje), trzeba się dogadać z opozycją lub co najmniej z jej częścią. Gdy opozycji nie ma albo jest bardzo słaba, partia rządząca ulega demoralizacji. Nie musi się starać, nie musi uważać na błędy ani wpadki, może zachowywać się arogancko, mówiąc z bezczelną szczerością, że i tak nie ma z kim przegrać. W Polsce obecnie opozycja jest podzielona na prawicową i lewicową. Na prawicy PiS, na lewicy SLD. Nie ma więc racjonalnej obawy, że opozycja się zjednoczy. W środku sceny politycznej bynajmniej niecentrowa, pewna siebie, arogancka Platforma ze wspierającym ją PSL. To ostatnie jest koalicjantem uniwersalnym: może wesprzeć każdego, kto je zaprosi do koalicji rządzącej i podzieli się, jeśli nie władzą, to przynajmniej jakimiś płynącymi z niej profitami. Platforma czuje się mocna, choć z opublikowanych ostatnio przez „Gazetę Wyborczą” rezultatów badań wynika, że połowa elektoratu Platformy głosuje na nią nie z sympatii do jej liderów ani z zachwytu nad jej programem i sposobem jego realizacji, lecz ze strachu przed PiS! Na miejscu liderów Platformy nie byłbym tak pewny siebie, a już szczególnie tak arogancki wobec opozycji. Czym bowiem, jak nie arogancją było „zagarnięcie całej puli” miejsc w Trybunale Konstytucyjnym dla swoich kandydatów i odrzucenie, bez względu na kompetencje, wszystkich kandydatów zgłoszonych przez inne środowiska polityczne? Czym, jak nie arogancją było zlekceważenie przy typowaniu kandydatów do Trybunału opinii środowisk prawniczych? Czym, jeśli nie arogancją jest trzymanie przez platformianego marszałka Sejmu w tzw. zamrażarce wszystkich projektów ustaw złożonych przez opozycję lub automatyczne odrzucanie ich w pierwszym czytaniu tylko dlatego, że nie są „nasze”? W czasach politycznie jako tako stabilnych funkcjonuje to jako tako. Ale nie zawsze jest stabilnie. Ogłoszenie raportu MAK wywołało w Polsce burzę. Oczywiście największe bałwany były pokazywane od razu przez telewizję. Choć od dawna wszyscy wiedzieli, co było główną i bezpośrednią przyczyną katastrofy smoleńskiej: podjęcie próby lądowania w warunkach, które na podjęcie takiej próby nie pozwalały. Przy tym okazało się, że załoga była źle wyszkolona, niezgrana, nie znała rosyjskiego i nie bardzo potrafiła dogadać się z wieżą. Te przyczyny miały też swoje przyczyny, których łańcuch jest zawsze niemal nieskończenie długi i zdrowy rozsądek podpowiada, w którym miejscu go przerwać. Inaczej dojdziemy do tego, że praprzyczyną katastrofy była decyzja Stalina o likwidacji polskich jeńców wojennych w 1940 r. Bez tego nie byłoby Katynia, a tym samym rocznicy, którą w Katyniu chciał czcić prezydent RP w gronie licznych polityków. Ale ten łańcuch przyczynowy można ciągnąć jeszcze dalej.
Nie bardzo więc wiem, dlaczego politycy z prawa i lewa potraktowali raport MAK jak zamach na polską godność, na polski honor, ba, niemal na polską niezawisłość. MAK ustalił, co ustalił (a ustalił dużo) i właściwie żaden z naszych ekspertów ani żaden ze zdrowych psychicznie polityków żadnego podanego przez raport MAK faktu nie kwestionuje. Uważamy, że raport ten nie jest kompletny, bo nie uwzględniono w nim naszych uwag. Nie uwzględniono, ale dołączono do raportu jako aneks.
Nasza komisja rządowa prowadzi jeszcze swoje ustalenia, trwają śledztwa polskie i rosyjskie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego poseł Kłopotek już chyba kwadrans po ogłoszeniu uznał ten raport za policzek (przeczytał w internecie jego wersję angielską i poczuł niedosyt? Może w pośpiechu czytał, za szybko i nieuważnie?). Dla posłanki Kempy informacja, że gen. Błasik miał alkohol we krwi, jest porównywalna z zastrzeleniem polskiego oficera przez NKWD w Katyniu. Logiczną konsekwencją wywiadu, którego poseł Gowin udzielił Onetowi, powinna być, jeśli nie wojna wypowiedziana Rosji, to co najmniej dymisja premiera. Brednia goniła brednię, emocje sięgały zenitu. Pojawiały się zupełnie absurdalne pomysły. Krzyczano, że Sejm powinien raport MAK odrzucić! – zapominając najwyraźniej, że MAK to nie jest polska instytucja i Sejm polski jej nie nadzoruje, a więc też nie może jego raportów przyjmować lub odrzucać. Równie dobrze i równie skutecznie mógłby nasz Sejm swoją uchwałą wyrzucić Anodinę z roboty. W tej atmosferze w Sejmie premier Tusk – któremu w grudniu niezręcznie się powiedziało, że raport MAK w pierwotnej wersji jest nie do przyjęcia – znalazł się w trudnej sytuacji.
Gdyby kontynuował to, co mu się chlapnęło w grudniu, gdyby dołączył do chóru (także wielu swoich partyjnych kolegów) oburzonych na Rosję i MAK, wpadłby w zasadzkę Jarosława Kaczyńskiego. Przede wszystkim w antyrosyjskości nie byłby w stanie przelicytować PiS. Poza tym im surowiej oceniałby ustalenia MAK, tym bardziej kręciłby bicz na swój grzbiet. Kaczyński tylko na to czekał. Jest źle? Sam to musiał w końcu przyznać! A przecież to jego (to jest Tuska) wina. Oddał śledztwo Rosjanom, ściskał się z Putinem i teraz ma! – krzyczałby Jarosław Kaczyński, a wtórowałoby mu całe PiS.
Donald Tusk jednak w pułapkę wciągnąć się nie dał. Stanął przed Sejmem, był w swych wypowiedziach logiczny i rzeczowy. Zachowywał się z godnością, mimo że utrzymanie nerwów na wodzy było dla niego zapewne trudne. Lżony przez posłów PiS, którzy odrzucili nie tylko elementarne zasady kultury, lecz także logiki, a w niektórych przypadkach kryteria zdrowia psychicznego. Obrażany z galerii rykami: „Zdrajca!”, niewielkie w sumie miał wsparcie swych posłów. Nawet marszałek Sejmu Schetyna nie spieszył mu z pomocą, udając, że nie słyszy ryków z galerii, obrażających polskiego premiera, rząd i powagę Wysokiej Izby. Nawiasem mówiąc, już po obradach marszałek Sejmu w jakiejś (niefortunnej?) wypowiedzi podzielił zarzut PiS, że na raport MAK premier zareagował za późno i za słabo. Czy to przypadek, czy dowód, że i Platforma jest podzielona?
Tak naprawdę to premiera i rząd bardziej niż niemrawa Platforma broniła lewicowa część opozycji. Wystąpienia Izabelli Sierakowskiej, Marka Borowskiego czy Andrzeja Celińskiego nie tylko skutecznie przywracały sens całej debaty, która tonęła w chamstwie i paranoi, lecz także prawdziwie broniły godności państwa polskiego i jego instytucji. Pokazały też, że opozycyjność ma granice, których przekroczenie jest niedopuszczalne. Opozycja ma prawo, a nawet obowiązek krytykować rząd i jego decyzje. Ale opozycji nie wolno kwestionować społecznego mandatu legalnie wybranych władz, a tym samym suwerenności narodu, który „przez pomyłkę wybiera niewłaściwego prezydenta”, toleruje premiera „zdrajcę” i rząd „zaprzańców”. Opozycja też jest odpowiedzialna za państwo i jego losy. Może atakować rząd i premiera, ale nie państwo i jego instytucje.
Raz jeszcze się okazało, że PiS w ramach demokratycznego porządku się nie mieści. Nie jest opozycją, jest siłą destrukcyjną. W prologu do „Kordiana” szatan nadaje poszczególnym ludziom „na pośmiewisko sprzeczne z naturą nazwisko”. Słowackiemu zabrakło wyobraźni. Nie tylko ludziom. Jak widać, także partiom politycznym.

Wydanie: 4/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy