Warhol maluje Baumana

Warhol maluje Baumana

Na wrocławskim kulturoznawstwie tatuowaliśmy sobie nazwisko Baumana na łopatkach. Był rok 1998 i jego „Kultura jako spółdzielnia spożywców” była tekstem wystarczająco postmodernistycznym, krejzolskim, bojowym, żeby Wielki Ziggy został naszym duchowym patronem. Chociaż na chwilę. Kilka lat później mówiłam o czymś w telewizji, było to chyba w Krakowie. Pani charakteryzatorka szepnęła, trzymając pudrowy pędzel jak relikwię, że przede mną malowała Baumana. Zerwałam z siebie fryzjerski fartuszek i ruszyłam za gościem. Tak poznać Baumana, którego teksty nosi się na koszulkach! Ale zobaczyłam tylko jego sylwetkę znikającą w studiu: chybotliwą głowę, delikatną czaszkę ze sterczącymi włosami – białymi jak wata cukrowa. Mam więc z nim tylko to niemrawe, niedokończone wspomnienie. Dwóch było wielkich Ziggych: Stardust (Bowie) i Bauman. Rok po roku wracali do ziemi. A nam się cni za nimi. I będzie się cnić.

Przed nim niewielu naukowców pisało w taki sposób: literacko, konceptualnie. Budując najdziwniejsze, najbardziej spektakularne porównania. Odważnie, w wyrazisty sposób. Lekce sobie ważąc uniwersytecką surowość i konwencję.

W środowisku uniwersyteckim nienaukowe pisanie do popularnych tygodników czy miesięczników (choćby były to tygodniki i miesięczniki społeczne) bywa odbierane negatywnie. A Bauman stał się najpierw naukowcem – nazwijmy to – awangardowym. Eksperymentującym z formą i treścią. Ale pozostającym w niszy, w jakiej zazwyczaj pozostają ekscentrycy. Jednak z roku na rok jego obrazowe pisanie pełne literackich narzędzi – zwariowanych porównań i śmiałych metafor – zagarniało coraz większą liczbę czytelników. Bo Bauman potrafił znakomicie się komunikować. I jego teksty pozostają doskonale czytelne. Miał też to, co każdy dobry artysta: ucho do melodii zdania, rękę do tytułów. Umiejętność budowania skrótów myślowych, na tyle obrazowych, że podchwytywano je i wchodziły do potocznego języka. Posługiwano się nimi nie tylko w artykułach naukowych, ale także w audycjach radiowych i podczas zwykłych towarzyskich rozmów. Sądzę, że w ostatnim dziesięcioleciu miał najwyższą cytowalność wśród naukowców.

Od zdiagnozowania „płynnej nowoczesności” zaczyna się Baumanowski złoty okres. Jest już nie tylko znanym, cenionym, zapraszanym na wszelkie możliwe kongresy i konferencje naukowcem, ale po prostu gwiazdą. Celebrytą świata nauki. Ma przy tym ten wspaniały wygląd, który sprawia, że jego społeczna rola niechcący staje się koherentna z wizerunkiem. Profesora, owszem, ale takiego, który mógłby jednocześnie grać profesora u Woody’ego Allena i czarodzieja, a przynajmniej sprzedawcę różdżek, w „Harrym Potterze”. Gdyby żył Andy Warhol, namalowałby Baumana. Wielki różowy portret z niebieskimi włosami. Albo zmultiplikowałby jego szlachetną twarz.

Wielu czytelników spoza świata nauki właśnie od niego dowiedziało się o nowych sposobach konsumowania kultury: oto współcześni jajogłowi nie wybierają już koncertów chopinowskich. Rzecz jasna, mogą przyjść na nie, ale jednocześnie interpretują seriale, omawiają wystawę komiksów. Jemu także zawdzięczamy popularyzację pojęcia globalizacji i związanych z nią możliwości i zagrożeń. Refleksję nad światem sieci. To on zaznaczał, jak ważne jest – właśnie teraz, w czasach wzmożonej konsumpcji – budowanie świadomego, krytycznego, obywatelskiego społeczeństwa.

I pięknie nam pokazał cały smutek współczesnego świata, w którym nastąpiła kluczowa zmiana paradygmatu: zamiana dogmatów na hipotezy. A więc świata niepewności, dynamiki ról, które można negocjować. Świata wspaniale wolnego, pełnego możliwości, ale świata, w którym łatwo się zgubić, stracić tożsamość i możliwość rozróżnienia tego, co dobre i złe. A ponieważ to świat wielu kanonów, a zatem i różnych wartości, nietrudno w nim o rozpad więzi i samotność. Ten czarodziej nauki wskazywał nam luki, zagrożenia i wypełniał je, postulując budowanie lepszego świata, który jest możliwy tu i teraz – między nami.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy