Nie pojadę dobrowolnie do Białołęki

Zapiski polityczne
13 grudnia 2001 r.

Obchodzony jest dzisiaj pamiętny dzień ogłoszenia stanu wojennego. Byłem jednym z internowanych, a na Białołęce, gdzie mnie w nocy z 13 na 14 grudnia przewieziono, nabawiłem się zawału serca, co lekarz więzienny zbył krótkim: „Wydaje się panu”, i dopiero po wyjściu na wolność z okazji starań o emeryturę ten zawał został potwierdzony – jako przebyty – przez poważnego kardiologa. Niedawno dostałem list z pieczątką aresztu śledczego i myślałem, że to jakiś nieszczęsny więzień skarży się do mnie na swój los, bo sporo takich dramatycznych pism dostaję, ale gdy otworzyłem kopertę, znalazłem zaproszenie na uroczystości związane z 20. rocznicą utworzenia Ośrodka dla Internowanych w Białołęce. Rocznicowe święto dobrze się zapowiada. Aż dwu znanych biskupów będzie koncelebrować mszę świętą w asyście prałata i kapelana więziennictwa. Potem będzie zwiedzanie cel, gdzie nas trzymano i poczęstunek więzienną zupą „podaną w aluminiowych miskach używanych przez więźniów na początku lat 80.”. Na zakończenie odbędzie się uroczysty obiad w Popowie, a potem wiersze i pieśni z epoki.
Czy pojadę? Nie wiem. Tego dnia odbywać się będzie kolejne posiedzenie Sejmu RP i obowiązany jestem do bycia na sali, bo to moja praca, za którą biorę niemałe pieniądze. Mógłbym się zwolnić u marszałka od dyscypliny poselskiej, ale jest kilka przyczyn sprawiających, że nie mam wielkiej ochoty na to wspomnieniowe balowanie. Po pierwsze, sam jestem na progu nowego uwięzienia. Pani prokurator Muł domaga się dla mnie trzech lat więzienia za domniemaną bzdurnie obrazę Sądu Lustracyjnego, co w rzeczywistości jest próbą karania mnie za poglądy i chęcią ograniczenia wolności słowa. Czyż nie za podobne sprawki więziono mnie 20 lat temu?
Także względy historyczne przemawiają przeciw memu udziałowi w tych obchodach. Otóż wychowałem się w domu bardzo opozycyjnym wobec reżimu sanacyjnego i jakoś nie mogę sobie przypomnieć takich uroczystych obchodów zamachu majowego w roku 1926, jakie teraz się szykują w rocznicę stanu wojennego. Zginęło w owym tragicznym, bratobójczym maju około 400 osób, było wielu rannych, a potem toczyły się procesy brzeskie, zorganizowano jeden z pierwszych w Europie obozów koncentracyjnych w Berezie, były pacyfikacje ukraińskich chłopów, co dobrze sam pamiętam, bo widziałem akcje policji na własne dziecięce oczy, a brązowa burka, w której pan Paszuk – Ukrainiec przebrany za mego ojca – uciekał naszym powozem przed policyjną masakrą, wisi u mnie w domu do dzisiaj mocno przez mole podniszczona.
Historię mamy taką, że co chwila można obchodzie dramatyczne rocznice różnych wydarzeń. Waga, jaką dzisiaj przywiązuje się akurat do okrągłej rocznicy stanu wojennego, ma podłoże ściśle polityczne. Jest próbą odegrania się na lewicy za wygrane przez nią wybory. W telewizji i w prasie kłębią się wypowiedzi różnych patologicznie nienawistnych lewicy postaci, czasem nawet szubrawców deklamujących bez umiaru różne fałsze historyczne, od których ręka świerzbi. Odbywają się wyścigi zniekształceń prawdy o tamtych wydarzeniach, a byli internowani noszą się pyszniej niż my, tak zwani sybiracy czy więźniowie radzieckich kryminałów położonych na terenie Zachodniej Ukrainy i Białorusi. Widziałem w Nowym Jorku polskie święto – paradę Pułaskiego, w której internowani zaledwie po kilka tygodni – za sprawą lojalki szybko zwolnieni – maszerowali ramię w ramię z lotnikami z bitwy o Wielką Brytanię, z więźniami Łubianki czy Oświęcimia lub z syberyjskimi zesłańcami, którzy trafili do armii Andersa. To porównywanie się internowanych do tamtych tak tragicznie doświadczonych więźniów i bohaterskich żołnierzy wzburzało mnie do stanu furii. Teraz odbywa się chyba coś podobnego. Internowani wynoszą swoje niewątpliwe dolegliwości doznane 20 lat temu na poziom cierpień przebytych w prawdziwych obozach koncentracyjnych, takich jak awangardowa w swoim czasie Bereza czy później Oświęcim, lwowskie Brygitki, Pawiak lub Montelupich w Krakowie.
Charakterystyczne dla tej sprawy jest to, że my, którzy doznaliśmy pobytów w prawdziwych katowniach zbrodniarzy wojennych niemieckich bądź sowieckich, a także już po wojnie czysto polskich, nigdy nie uważaliśmy internowania za okres szczególnych krzywd i cierpień, bo w porównaniu z tym, co nam było dane widzieć i doznawać w wojennej przeszłości, warunki internowania przypominały raczej uciążliwą służbę wojskową niż pobyt w prawdziwym obozie koncentracyjnym. Gdy jednak teraz słucham wspomnień lub czytam o przeżyciach internowanych, doznaję swoistego zgorszenia bezczelnością porównań naszego losu w okresie wojny z czasami internowania. Warto dodać, że najgorsze zdarzające się wyczyny służb więziennych wobec internowanych nie przekraczały stopniem dolegliwości tego, co tak zwana fala wyprawia z młodymi rekrutami. Muszę tu dodać – choć niechętnie – na użytek czytelników nieznających mego życiorysu, że mam za sobą więzienie sowieckie w roku 1940, gdy miałem lat 15 i wywiezienie mnie na „białe niedźwiedzie” do kopalni węgla pod Stalinogorskiem w roku 1944, przeto piszę nie teoretycznie, lecz wspominam to, co sam przeżyłem.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, iż my, ludzie wojny, byliśmy lepiej przygotowani do tych okropieństw, jakie nas spotykały, gdyż byliśmy w nie wciągani powoli. Zanim trafiliśmy do więzień i obozów śmierci, patrzyliśmy na los innych, jakże podobny do naszego. Natomiast ludzi „Solidarności” stan wojenny zaskoczył. Nagle ze spokojnego bytowania, zmąconego jedynie radosnymi raczej doznaniami okresu rozkwitu „Solidarności”, wylądowaliśmy w kryminałach, a na dodatek zostaliśmy sowicie opluci w prasie, radiu i telewizji jako groźni przestępcy. Myślę, że to plucie, jakim nas raczono, powiększało przykrość doznań na skutek aresztowania.
Na koniec dodam, iż uświadamiam sobie możliwość wylądowania niedługo w areszcie białołęckim, gdy pani prokurator Muł znudzi się mój pobyt na wolności, a jakiś sędzia solidarny z tym sędziami z Sądu Lustracyjnego wyda nakaz aresztowania mnie do czasu rozprawy. Byłoby absurdem udawanie się już teraz do Białołęki, która być może czeka mnie również w wolnej Polsce.

 

Wydanie: 51/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy