Kość w gardle

Kość w gardle

Nie ma dziś bardziej pasjonującej dyskusji w naukach o polityce niż spór o naturę Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pogląd, że to mocarstwo zajmuje w świecie pozycję hegemonistyczną, jest nic niemówiącym banałem. Pełne treści natomiast jest twierdzenie, że stanowi ono albo nie stanowi imperium. Pojęcie imperium jest stosunkowo dobrze zdefiniowane, potęga tego rodzaju ma wyraźną strukturę i w swojej historii przechodzi niejako organicznie etapy początku, wzrostu i upadku. Historyk i publicysta niemiecki Peter Bender napisał książkę porównującą Stany Zjednoczone do imperium rzymskiego, a takie postawienie sprawy, jeśli nawet niczego nie dowodzi, podsuwa myśl o rzekomej schyłkowości amerykańskiego imperium. Myślę, że to nie pod wpływem książki Bendera coraz więcej autorów, pisząc o Stanach, posiłkuje się odwołaniem do starożytnego Rzymu. Mają oni złudzenie schyłku tego państwa i to im podsuwa rzymską metaforę. Gdy czytam pesymistyczne, niemal alarmistyczne ostrzeżenia przed upadkiem Ameryki wychodzące z amerykańskich kręgów starokonserwatywnych, widzę, że nie tyle oni mówią o upadku, co o dekadencji w kulturze, w społeczeństwie amerykańskim, polegającej na wypieraniu tradycji białych, anglosaskich protestantów oraz marginalizowaniu ich samych. Tego typu zmiana wcale nie niesie ze sobą schyłku imperialnej natury Stanów, a nawet przeciwnie, ułatwia ekspansję na narody i kultury dla białych protestantów egzotyczne. W warunkach globalnej demokratyzacji i antyrasizmu ekspansja imperialna nie może być kolonizacją: nie obcy opanowują obcych, lecz „swoi” przychodzą do „swoich”. Barack Obama może być „swój” dla wszystkich na świecie.
George Friedman, amerykański politolog, bez żadnych zastrzeżeń uznaje Stany Zjednoczone za imperium w pełni rozkwitu, mające interesy bez mała w każdym zakątku świata i środki odpowiednie do spełnienia swojej wszechświatowej misji. (Co nie znaczy, że mogą wszystko ani że dążą do totalnego panowania). Jest to autor dobrze w Polsce znany, dla niektórych to prawie czwarty wieszcz, bo przepowiada, iż Polska będzie mocarstwem. Jego książkę „Następne 100 lat. Prognozy na XXI wiek” pożyczają sobie ludzie, którzy poza tym raczej książek nie czytają. Wybieganie w daleką przyszłość nie wiąże się z żadnym ryzykiem, bo pod kategorie prawdy i fałszu nie podpada. W innym położeniu jest autor snujący przewidywania na lat 10, bo dekada to prawie dziś. „Następna dekada” Friedmana powinna być koniecznie przeczytana przez osoby zajmujące się polityką przynajmniej we fragmentach dotyczących Polski. Niestety, nie mogę pocieszyć rodaków, że w nadchodzącej dekadzie Rosja zniknie. „Federacja Rosyjska – pisze Friedman – choć bardzo osłabiona, przetrwała i będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w nadchodzącej dekadzie”. Był czas, gdy istnienie lub niebyt Rosji zależał od Stanów Zjednoczonych. „Miały dość czasu na wbicie kołka w serce dawnego rywala, by nigdy już nie wstał z trumny”. Myślano, że „Rosja przez całe pokolenie nie zdoła wydobyć się z chaosu. Zniszczenie resztek rosyjskiej potęgi przestało być nawet konieczne, ponieważ Stany Zjednoczone mogły stworzyć pożądaną równowagę sił, rozszerzając NATO i system sojuszy na wschód” (s. 152-153). Na Kremlu zamiast okazać wdzięczność, że Rosja nie została unicestwiona jako państwo, skarżą się, że jest otaczana bazami NATO.
Podobnie jak w poprzedniej książce Friedman wyznacza Polsce ważną rolę w Europie Środkowej i Wschodniej. Rosję trzeba zwalczać, ale Niemcy także niepokoją Amerykę. Dlatego należy wzmacniać Polskę. „Ten kraj to historyczna kość niezgody stojąca w gardle zarówno Niemcom, jak Rosji. Ameryka musi dopilnować, by nadal tam tkwiła. Polska sprzymierzona z Niemcami stanowi zagrożenie dla Rosji i vice versa. Z punktu widzenia Ameryki powinna być zagrożeniem dla obu stron, gdyż nie można dopuścić, by któraś z nich poczuła się bezpieczna” (s. 168-169). Polska chętnie wystąpi w charakterze fortecy na europejskich kresach amerykańskiego imperium. Robi wszystko, co może, aby sprowadzić do siebie amerykańskie bazy wojskowe, nawet z poświęceniem swego bezpieczeństwa. „Polacy uznali tarczę za dowód zaangażowania Ameryki i byli gotowi zaakceptować, że nie zapewniała im ochrony, a wręcz mogła narazić na atak”. Stany nie powinny zawieść zaufania, jakie w nich pokładają, zatem w ciągu następnej dekady „będą mogły Polskę zdradzić tylko raz, i to dla jakichś poważnych… korzyści. Przecież utrzymanie silnego klina wbitego między Niemcy a Rosję to jeden z żywotnych interesów Ameryki” (s. 171).
George Friedman radzi, aby Ameryka wycofała się z Gruzji. „Stany Zjednoczone poczyniły Gruzji pewne obietnice, których nie dotrzymają. Ale jeśli spojrzymy na problem w szerszym kontekście, przekonamy się, że dzięki tej zdradzie Ameryka łatwiej wywiąże się z innych zobowiązań. Gruzja ma dla niej niewielkie znaczenie, ale jest niezwykle ważna dla Rosji… Rosjanie będą gotowi dużo za nią zapłacić…” (s. 175). Zmiana strategii wobec Gruzji powinna nastąpić szybko z kilku względów, m.in. dlatego, żeby Polacy, nie będąc tą zdradą zachwyceni, mogli o niej w porę zapomnieć. (Jeśli Ameryka zrobi to wystarczająco wcześnie, da sobie „czas na odbudowanie pozycji w Polsce”).
Książkę Friedmana czytam (jeszcze nie skończyłem) z wielką przyjemnością. Niezamierzoną odpowiedzią na jej polski wątek jest pasjonujący artykuł profesora Stanisława Bielenia z Uniwersytetu Warszawskiego zatytułowany „Szanse na pojednanie polsko-rosyjskie w świetle wyzwań geopolitycznych” (w książce „Geopolityka w stosunkach polsko-rosyjskich” pod redakcją naukową St. Bielenia i Andrzeja Skrzypka).
Powiedzmy sobie od razu, że z uwagi na rolę, jaką Stany Zjednoczone w swojej strategii przyznały Polsce, te szanse są bliskie zeru. Profesor Bieleń pisze: „każda próba zbliżenia z Rosją będzie kolidować z funkcjami, jakie zostały przypisane Polsce w strategii amerykańskiej”. Słowo „niepodległość” w tym kraju nie oznacza dziś nic innego jak tylko podległość Stanom Zjednoczonym. Nie jest ona przymusowa, kością w rosyjskim gardle Polska chce być z własnej woli.
Nie jest rzeczą bez znaczenia, w jaki sposób Polska realizuje tę rolę kości w gardle: poważnie czy komicznie. „W ostatnich dekadach polscy decydenci uwierzyli w osobliwą „misyjność” wobec Rosji – pisze Bieleń – uzależniając współpracę z nią od postępów procesów demokratyzacyjnych. Występowało sporo naiwności w powtarzaniu amerykańskich sloganów o budowie demokracji na Wschodzie czy ekspansji tam wartości zachodnich. Wielu komentatorów z Europy Środkowej i Wschodniej dało się zwieść, by nie powiedzieć ogłupić, perspektywą zbudowania ładu na modłę zachodnią”. Czy Polska ze swoim nieprzezwyciężonym sarmatyzmem i narodową religią jest wiarygodna czy śmieszna w roli krzewicielki „wartości zachodnich” na Wschodzie?

Bronisław Łagowski

Wydanie: 42/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy