Wytrych do Urbana

Wytrych do Urbana

Chciałbym w ten felieton wtłoczyć temat, dla którego nawet książka może być za ciasna. Wywiad Jerzego Urbana dla „Dużego Formatu” rozczarował mnie trochę. Znakomita skądinąd dziennikarka Teresa Torańska bardziej była zainteresowana tym, co pomyślą o niej koledzy dziennikarze z solidarnościowym rodowodem, niż co myśli Jerzy Urban. „Nie żałuje pan, że zabito ks. Popiełuszkę?” Można o to pytać wszystkich ludzi po kolei, łącznie z mordercami, i odpowiedź będzie zawsze taka sama. Prawdopodobieństwo trafienia na kogoś tak zwyrodniałego, że by nie żałował, jest bliskie zera. Urban mówi: „Mam poczucie pewnego samozakłamywania się. Od lat 12 zastanawiam się, czy mój jednoznaczny wybór przeciw „Solidarności”, a za PZPR-em był w swoim politycznym impecie wynikiem przemyślanych decyzji, czy raczej podyktowany emocjami. Ja tego wyboru po prostu nie rozumiem”. To wyznanie mogłoby być bardzo dobrym punktem wyjścia dla biografa, który zechce dowiedzieć się o Urbanie czegoś, co nie jest jeszcze znane. Jeśli przyjąć oficjalną, głoszoną z najwyższych stanowisk państwowych, nie mówiąc o kościelnych, propagandową wersję przełomu ustrojowego, według której „Solidarność” reprezentuje wolność, demokrację, wolny rynek i niepodległość, a PZPR totalitaryzm, ucisk, nędzę itp., to wybór Urbana (oraz jego zwolenników, których obecnie ma więcej niż dawniej) można tłumaczyć przekorą, chęcią epatowania lub uznać za niewytłumaczalny. Żadna istota ludzka, mając wybór między wolnością a uciskiem, nie wybierze ucisku. Nawet dla dyktatorów ucisk jest środkiem, a nie celem, który się wybiera. Opcja Urbana przeciw „Solidarności” nie była opcją przeciw wolności czy niepodległości. Co proponowała „Solidarność” w roku 1980, nie prowadziło do żadnej wolności, lecz w najlepszym razie do stanu wyjątkowego i dyktatury wojskowej. Perorował wówczas na temat nieuchronnego następstwa dyktatury po okresie anarchii m.in. Władysław Bieńkowski. PZPR w tamtym czasie nie sprzeciwiała się rozszerzeniu wolności, przeciwnie, do władzy powoływani byli ludzie w takim stopniu liberalni, że wstydzili się sprawować władzę i istniało podejrzenie, że nie są w ogóle zdolni do rządzenia, Jerzy Urban zresztą, o ile wiem, nigdy nie był uważany przez partię za swojego. Akceptował on panujący ustrój na podstawie przesłanek racjonalnych, a nie komunistycznych i tylko o tyle, o ile ten ustrój był konieczny lub użyteczny z punktu widzenia narodowego interesu. Nie potrzebował być wyzwalany przez „Solidarność”, ponieważ wśród wielu przeszkód stawianych przez ustrój działał jak człowiek wolny, starający się w miarę swoich sił te przeszkody przezwyciężać. Czy miało mu się podobać przystępowanie do ruchu, w którym jednostki przez lata bierne i zastraszone nabywały zuchwałości dzięki temu, że mogły ukryć się w masie? To właśnie ukrywanie się w masie nazwano solidarnością. Gdyby „Solidarność” była ruchem liberalnym, Urban mógłby do niej przystąpić na honorowych warunkach, ponieważ liberalizacja państwa była jego pragnieniem i ideą przewodnią jego publicystyki. Zanegowanie swojej biografii po to, aby znaleźć się razem „ze społeczeństwem”, nie wchodziło w grę, była to „kwestia smaku”. Wymaganie smaku jego koledzy rozumieli inaczej: wszystko, co przez lata i dziesięciolecia głosiliśmy w aparacie propagandowym PRL-u, oddzielamy grubą kreską, liczy się w naszym życiu tylko to, co robimy w „Solidarności”. Żadnej ciągłości biograficznej, żadnej wierności sobie ani wierności sprawie, którą uważaliśmy za swoją, nie potrzebujemy. W „Solidarności” zatriumfowała etyka zaprzaństwa, Urban jej nie uległ i dlatego uchodzi za cynika. Pozostał wierny nie tylko sobie, ale także tym, z którymi współdziałał w rządzie i którzy przestali być wiernymi sobie. Wierność jest z pewnością moralnie wyższa od niewierności (patrz: J. Conrad).
Jaki był stosunek Urbana do koncepcji Okrągłego Stołu? Znam tylko Urbana publicznego i wnioskuję z jego rozumowań, że różnił się w tej sprawie (choć nie musiał o tym mówić) z rządzącymi generałami. Ustrój trzeba zmienić, ale to my powinniśmy zaprowadzić pluralizm, wolność podróżowania, demokrację, wolną gospodarkę, tak ażeby cała chwała przewrotu nam przypadła. W tym nowym ustroju „Solidarność” będzie miała takie miejsce, jakie społeczeństwo jej przyzna w wolnych wyborach. Panowie generałowie rozumowali inaczej i swoimi mętnymi koncepcjami doprowadzili do tego, że „Solidarność” najpierw przejęła władzę, a następnie zmieniła ustrój i całą chwałę obalenia „komunizmu” sobie przywłaszczyła. Klęska była tak totalna, że panom generałom nie pozostało nic innego jak kajać się, przepraszać i prosić o przebaczenie. Urban nie musi się kajać, bo nie jego koncepcja przegrała. On sam w nowym ustroju poradził sobie lepiej, niż mu się wiodło w poprzednim. Ma takie same powody dziękować „Solidarności” jak Marek Borowski i Krzysztof Janik, w jego wykonaniu takie podziękowania miałyby jasny sens kpiny. Urban kłamstwa upadłej ideologii nie akceptował, ale nie był na nie obojętny i to go różni od liderów postpeerelowskiej lewicy, uznających każdą, jaka panuje, także solidarnościową.
Przeciwnicy starają się sprowadzić Urbana na poziom prostackich dychotomii i urojonych alternatyw, aby jego inteligencja, którą nad nimi góruje, stała mu się bezużyteczna i by mogli wymieniać z nim wyzwiska jak równy z równym.
Nie jestem zwolennikiem Urbana, redaktora tygodnika „Nie”, ale staram się go zrozumieć. Teresa Torańska zapytała, jaką rolę w tygodniku pełni język obsceniczny. „Demonstracyjną – odpowiada – że nie ulegamy tradycyjnym konwenansom”. Ja słyszę, że w ten sposób demonstrują rekruci i rezerwiści, młodzież na boisku szkolnym, blokersi, związkowcy, filmowcy, ochroniarze strzegący starodruków w bibliotece uniwersyteckiej i kumple strażników na Zamku Królewskim, nie mówiąc o rolnikach, robotnikach, murarzach i hydraulikach. Trochę za dużo tych demonstracji przeciw tradycyjnym konwenansom. „Mówimy językiem, jakiego używa społeczeństwo” – to prawda, ale czy można to nazwać demonstracją?
Jednostka może sądzić, że sama wykreowała swoją osobowość, przynajmniej publiczną, i może to być prawdą, ale tylko do pewnego stopnia. Socjologowie wiedzą, że nie jesteśmy wolni od uzależnień społecznych, klasowych. Jerzy Urban wywodzi się z klasy, którą po polsku nazywamy mieszczaństwem, po francusku burżuazją, po amerykańsku klasą średnią, średnią-wyższą lub średnią-średnią. Ta klasa zdobywała swoją pozycję m.in. za pomocą racjonalistycznej krytyki tradycyjnych, postfeudalnych stosunków. Skrytykowawszy je gruntownie, obaliła klasy przez te stosunki uprzywilejowane. Trwało to wystarczająco długo, aby mogła wytworzyć się burżuazyjna kultura zorientowana na krytykę wszystkiego, co tradycyjne. Gdy zabrakło politycznych i kościelnych ograniczeń wolności, racjonalistyczna krytyka w imię wolności skierowała się przeciw ograniczeniom symbolicznym, moralnym, przeciw temu, co psychologowie nazywają superego. Socjologowie spostrzegli, że obyczajowo nowocześni przedstawiciele wyższych szczebli klasy średniej kontynuują przesłanie wyzwolicielskie swoich poprzedników, przyjmując pewne elementy obyczaju i języka warstw plebejskich, a gdy bardzo chcą zadawać radykalnego szyku, to sięgają aż po wzory lumpenproletariackie.
Do takich abstrakcji musiałem się uciec, aby redaktora „Nie” trochę objaśnić, uczynić zrozumialszym.
Są tacy, co chcieli, aby Jerzy Urban, potomek Woltera, chodził razem z nimi na strajkowe msze w intencji ojczyzny.

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy