Bez uników

Wiem, że czytelnicy są już piekielnie znudzeni dywagacjami dookoła traktatu lizbońskiego i jego ratyfikacją przez polski parlament, proszę jednak o chwilę cierpliwości.
Podzielam te wszystkie uczucia, choć cieszy mnie, że nasza klasa polityczna nauczyła się niemal bezbłędnie rozwiązywać problemy, które sama sobie tworzy. Czyż nie jest bowiem imponujące, że ta sama ekipa, która wynegocjowała traktat lizboński, uznając go za swój triumf, nagle doszła do wniosku, że ów triumf jest śmiertelnym zagrożeniem dla Polski i potrzebne są nowe akty prawne, aby nas przed fatalnymi skutkami tego triumfu zabezpieczyć? I czy nie świadczy o wyczuciu dramaturgii sytuacja, że kiedy konflikt pomiędzy rządem a Pałacem Prezydenckim w sprawie ratyfikacji traktatu osiągnął apogeum, wystarczyła jedna kolacja na Helu, aby wszystko to rozładować i aby premier dziękował w Sejmie prezydentowi, a prezydent, acz bez przekonania, dopuszczał możliwość uczciwości ze strony premiera?
Istnieją analitycy, którzy potrafią godzinami dyskutować, kto na tym wszystkim zyskał, a kto stracił, kto się wzmocnił, a kto osłabł, nie myślę jednak podążać ich śladem. Smutnym natomiast wnioskiem jest to, jak mało, jak powierzchownie i jak dorywczo myślimy w Polsce o Europie i jej przyszłości.
Można nawet określić to brutalniej: niemal od początku naszej integracji europejskiej kolejne ekipy wymigiwały się od odpowiedzi na pytania, które teraz, z okazji ratyfikacji traktatu lizbońskiego, powróciły raz jeszcze i raz jeszcze – obawiam się – zostały zaklepane niejasnymi unikami, które niczego nie rozstrzygają.
Integrację z Unią Europejską przedstawiano nam bowiem dotychczas przede wszystkim w trzech aspektach: funduszy europejskich, które pomogą nam w rozwoju cywilizacyjnym, swobody podróżowania po Europie, która teraz osiągnęła swój szczyt przez wejście Polski do grupy Schengen, oraz dostępu naszych obywateli do pracy w krajach Unii. Ciszej, ale mówiło się także nieco o swobodzie przepływu towarów, usług i kapitału, co nie zawsze spotykało się u nas z entuzjazmem, ale z czym wreszcie zaczęliśmy się godzić, a nawet czerpać z tego pewne korzyści.
Tymczasem traktat lizboński postawił jaśniej niż dotychczas nowy, zręcznie dotąd omijany przez wszystkie rządy polskie, z lewicowymi włącznie, problem europejskiej integracji politycznej. Wymigiwaliśmy się od tego problemu, mówiąc, że Unia jest porozumieniem odrębnych państw narodowych i obruszając się na wszelką wzmiankę o federacji europejskiej jako nadrzędnym organizmie politycznym.
Tymczasem ten etap refleksji rozwinięte kraje unijne mają już dawno za sobą. Zdają sobie sprawę, że na naszych oczach powstaje nowy układ sił na świecie, w którym decydującą siłą nie będą już Stany Zjednoczone i nasz stary kontynent, ale także Chiny, wykonujące tygrysi skok do przodu, Indie oraz Rosja jeśli – co brzmi u nas jak herezja – utrzyma nadal politykę Putina. Co więcej, kraje europejskie, także te najbogatsze, biorą też pod uwagę fakt, że USA nie tylko doszły do ściany z polityką militarnego narzucania swojej woli, ale znajdują się obecnie w stanie największego zadłużenia w całej swojej historii, a co 15. dolar amerykański jest pieniądzem pożyczonym, i to w najbiedniejszych krajach świata. Ten stan musi prędzej lub później doprowadzić do dramatycznej zmiany układu sił na świecie. Zmiany tej nie przetrwa bez szkody Francja, Niemcy, Hiszpania czy Wielka Brytania, ale może ją przetrwać federacja europejska, mimo że już w 2100 r., a więc za głupich 90 lat, Europejczycy stanowić będą zaledwie 4% ludności świata zamiast obecnych 12%.
Powiedzmy szczerze: prawica ma rację, że za jakiś czas prezydent federacji europejskiej stać będzie przed prezydentem Polski, a także Francji, Niemiec czy Czech, dokładnie tak samo, jak prezydent USA stoi dziś przed gubernatorem stanu Wisconsin czy Maine. Ale czy zauważyliśmy, aby stan Maine rozpaczał z tego powodu, będąc częścią potęgi Stanów Zjednoczonych?
Gra europejska, o czym mówi się u nas półgębkiem, toczy się jednak nie tylko o pozycję partnera w światowym rozdaniu. Jest też grą o wartości. Już kilka lat temu Jeremy Rifkin, jeden z najbystrzejszych dziś filozofów polityki, ogłosił książkę „Marzenie europejskie” („The European Dream”), w której pokazuje, że na naszym kontynencie udało się zachować model życia, który został zniszczony i niszczony jest nadal w Stanach przez słynny american dream, marzenie amerykańskie. Jest to model oparty silniej na współpracy niż na konkurencji pomiędzy ludźmi i na jakości życia niż na zdobywanym zdartymi pazurami i wyplutymi płucami bogactwie.
Rifkin nieco idealizuje Europę, która też połknęła już bakcyla amerykańskiego, ale Europa ma świadomość, że jest to dewiacja. Wyrazem tego jest europejska Karta Praw Podstawowych, którą właśnie nasz rząd i parlament odrzucił, a prezydent żąda ustawy, która zakaże jej przyjęcia. Powiedział on także, że jeśli chodzi o cele moralne integrującej się Europy, to wystarczy dziesięć przykazań, które funkcjonują już od paru tysięcy lat. Ale skoro tak, to po co nam w ogóle wszelkie konstytucje, deklaracje praw człowieka i obywatela czy deklaracje niepodległości, za które ludzie od kilkuset lat gotowi są nawet zabijać się wzajemnie, nie całkiem zgodnie z Dekalogiem?
Po sprawie traktatu, jak piszą publicyści, Polacy podzielili się na proeuropejskich i antyeuropejskich, to znaczy rydzykowych. I proeuropejscy przeważają nad rydzykowymi. Ale jest to unik. Proeuropejskość bowiem nic nie znaczy, jeśli nie mówi się wyraźnie, czy ma to być Europa laicka i socjalna, czy też po prostu obszar wolnego podróżowania i wolnego handlu, z czego korzysta także umiejętnie w swoich interesach o. Tadeusz Rydzyk.
Prawica, tym razem cała, z rządem włącznie, za fundament Europy uważa też tradycję chrześcijańską i zarówno premier, jak i prezydent cytują nam jako argument ten sam fragment z Jana Pawła II. Ale przecież nie trzeba żadnej wyobraźni, aby widzieć, że ten fundament usuwa się im spod nóg. Europa chrześcijańska nic nie znaczy dla coraz większej liczby jej obywateli przybyłych z krajów buddyjskiej Azji czy islamu, slogan ten straci także na znaczeniu, gdy w zjednoczonej Europie pojawi się Turcja, co jest nieuniknione, a także Izrael i Palestyna, co przewidują w przyszłości politolodzy jako jedyne skuteczne rozwiązanie konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dla wszystkich tych ludzi, nie mówiąc już o europejskich laikach, prawdziwym zwornikiem ideowym będzie nie wyznanie, lecz republikanizm, nie tradycja, lecz wolności i prawa człowieka.
Bardzo więc miło, że wysokie układające się strony tak łatwo na Helu znalazły receptę na stworzone przez siebie trudności. Pysznie też, że aż 384 posłów i iluś tam senatorów w odpowiedniej chwili odnalazło i nacisnęło odpowiedni guzik na swoich sejmowych pulpitach.
Kiedy jednak wreszcie zaczniemy mówić o Europie i o naszym w niej miejscu jak ludzie dorośli, bez uników?

Wydanie: 15/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy