Gorzko o tym pisać

Z konieczności piszę ten felieton na zapas, gdyż muszę znowu poddać się kuracji szpitalnej i nie wiem, kiedy będę mógł wrócić do pracy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż najważniejsze zdarzenia, jakie zazwyczaj opisuję, mają się dopiero zdarzyć, a ja już nie mogę czekać. Zajmę się jednak czymś mniej związanym z wynikami rokowań europejskich czy też z porozumieniem z górnikami, którzy niepomni katastrofy, jaka ich czeka w razie strajku, zamierzają go ogłosić.
Obecnej Polsce zagraża bunt społeczny, co musi nieuchronnie doprowadzić do zmiany rządu i zapewne do nowych wyborów. Sama zamiana rządu – w ramach ostatniego wyniku wyborczego – nie byłaby jeszcze niczym strasznym. Kłopot, wielki kłopot zacząłby się wtedy, gdyby doszło, po nowych wyborach, do zwycięstwa prawicy, gdyż jak wykazało doświadczenie ostatniego jej rządzenia krajem, jest ona całkowicie nieprzygotowana do sprawowania władzy z przyczyny groźnej, lecz prozaicznej… z braku kadry mogącej sprawnie zarządzać biegiem spraw gospodarczych i administracyjnych kraju.
Na tym polega wielki, wręcz kolosalny dramat współczesnej Polski, iż nasz kraj nie dorobił się wiarygodnej prawicowej ekipy zdolnych i rzutkich, a także kryształowo uczciwych kandydatów do władzy, zaś ta, którą widzieliśmy w latach 1997-2001, to sama rozpacz. Po prawej stronie sceny politycznej mamy zatrważająco mało poważnych i przygotowanych do kierowania państwem działaczy politycznych.
Ludzie „Solidarności” nie sprawdzili się na stanowiskach państwowych, gdyż w związku zawodowym prym wiedli fanatyczni krzykacze polityczni, pozbawieni pokory, przekonani o wielkich rozumach, jakie pojedli, działając w podziemiu antykomunistycznym. W pracy dla państwa wykazali się łapczywością na dobra materialne i znikomą chęcią uczenia się zasad mądrego sprawowania władzy. Nie mówię, że wszyscy tacy byli, ale ci nieudaczni przeważali. Na szczytach prawicy politycznej też niewesoło. Patrzę od roku na tych ludzi zasiadających w izbie poselskiej. Jest wśród nich kilku, zaledwie kilku, poważnych i rozumnych polityków, którym powierzyłbym bez obaw los państwa, ale gdzie jest silna ekipa władzy? Gdzie jest, jednak konieczna do rządzenia, silna ekipa? Tego nie wie nikt. Prawicowe ławy poselskie pełne ludzi okazują się puste, gdy szukać w nich sprawnych administratorów państwa. Tym bardziej jest to groźne zjawisko, że znakomitej większości ich działaczy brakuje elementarnego doświadczenia w zarządzaniu czymkolwiek poważniejszym.
Na lewicy też nie jest łatwo o wybitnych administratorów, ale przynajmniej łatwiej tam znaleźć kogoś z jakim takim doświadczeniem w zarządzaniu. Rodzi się pytanie, dlaczego w kraju ludzi dobrze na ogół wykształconych tak bardzo brakuje fachowej kadry zarządzającej właściwie po obu stronach sceny politycznej. Odpowiedź nie jest z pozoru trudna. Poprzedni ustrój nie był poligonem dobrego zarządzania. Księżycowa ekonomia, jaką charakteryzował się socjalizm w radzieckim wydaniu, nie sprzyjała kształtowaniu się środowisk wybitnych administratorów gospodarki i administrowania państwem. Panujące stosunki sprzyjały raczej wykształceniu się kadry kombinatorów, umiejących lawirować pomiędzy rozsądkiem wymaganym przez realia ekonomiczne a głupotą dygnitarzy politycznych, zaś przed ludźmi skłaniającymi się ku poglądom prawicowym piętrzyły się wysokie nieraz bariery braku stosownej przynależności partyjnej. Trzeba jeszcze koniecznie dodać, że wielu wartościowych menedżerów trzymało się na uboczu od władzy, bo to dawało większe bezpieczeństwo trwania na niższych, lecz w miarę dobrze płatnych stanowiskach. Czas jednak mijał i ci z ubocza okazali się często już za starzy, gdy nadeszła niepodległość.
I jeszcze jedno warto zauważyć. Na stanowiska, po obu stronach sceny politycznej, parli ludzie szukający raczej kariery niż spokojnej, organicznej pracy dla kraju. Należałem do grona kształtujących listy wyborcze do Sejmu RP. Doświadczyłem wielu przykrych chwil, gdyż działacze partyjni na samym dole z trudem przyjmowali do wiadomości decyzje nakazujące popieranie wybitnych osobistości z ich terenu, choćby nawet nie należały do naszej partii, lecz miały wyraźnie uformowane lewicowe poglądy polityczne. – Jak to? – mówili ci zawiedzeni działacze. – A gdzie zasługi dla partii?
Jeszcze gorzej było w SLD. Tak zwanym dołowym działaczom była wyraźnie nie w smak nasza lewicowa koalicja SLD-UP i uzyskiwanie zgody na obsadzanie dobrych miejsc na listach kandydatów do parlamentu ludźmi z UP przychodziło nam z najwyższym trudem. Podobnie było z okazji wyborów samorządowych. Nie zajmowałem się tym, ale ponoć tu i ówdzie w SLD dochodziło do rękoczynów w sporach o wysokie miejsca na liście.
Można te wszystkie określić mianem dziecięcej choroby, gdyż od bardzo niedawna mamy wolne wybory, których kultura nie zdążyła się jeszcze ukształtować, ale ta okoliczność nie zmienia fatalnych w praktyce skutków tego zjawiska. Natomiast wyraźnie widać, że nie jest łatwo, w tej fazie naszej historii, formować sprawne i kryształowo uczciwe ekipy władzy. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy wśród obserwatorów międzynarodowych opinii kraju wielkiej nieudolności w zarządzaniu i bardzo skorumpowanego.
Najgorsze dla Polski jest jednak to, że prawica polityczna, którą mam, gdy siedzę w sali sejmowej, naprzeciw siebie i zdecydowanie przeciw sobie, nie wykazuje tendencji do szukania kompromisów politycznych i ekonomicznych ku pożytkowi ojczyzny, ale wypełnia prawie każde posiedzenie izby poselskiej ponurym jazgotem wrogości do każdej próby wyciągnięcia Polski z bagna, w jakie ją sama wpędziła, gdy sprawowała władzę niesprawnymi i nie zawsze uczciwymi rękami swoich polityków. Nie ma w prominentnych ludziach prawicy politycznej żadnego poczucia odpowiedzialności za popełnione błędy, żadnej narodowej solidarności wobec czekających nas historycznych przemian związanych z szansą wstąpienia do Unii Europejskiej. Prawica zachowuje się tak, jakby z dwojga złego, czyli z rządów lewicy i z potężnego buntu społecznego wolała ów niewykluczony i wszystko niszczący bunt społeczeństwa. Cóż, niełatwo jest rządzić w takim kraju, gorzko o tym pisać. Jednym z moich najszacowniejszych przodków był słynny pisarz odrodzeniowy, Andrzej Frycz Modrzewski. Jego zmartwienia o Polskę niedaleko odbiegały od tego, co mnie dręczy. Taka, widać, rodzinna tradycja.

11 grudnia 2002 r.

 

Wydanie: 1/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy