Moje oczy śmierdzą książką

Moje oczy śmierdzą książką

Och, jakże nie wolno dziś nie kochać ludu. Skrajna prawica i ekstremalna lewica idą o lepsze w obronie czci pospólstwa, gotowe brać na widły wszystkich, którzy masami niewykształconymi gardzą, nad prymitywem kręcą nosem klasistowskim, chamem się brzydzą. Od kiedy Oldze Tokarczuk wymyślił się na potrzeby mowy noblowskiej czuły narrator, empatia zaczęła funkcjonować w sztukach narracyjnych na prawach dogmatu. Mimo wszystko dość powierzchownie odczytano to przykazanie: każdemu człowiekowi należy się szacunek i basta, dworować sobie z niego nie wolno, czas karykaturzystów przeminął, wszyscy teraz powinniśmy nieustannie się pochylać nad sobą, czule i miłośnie, delikatnie, we wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu. Pieczęć na tym postawiła inwazja barbarzyńców, wojna jako narracja absolutnie nieczuła, doskonałe zaprzeczenie empatii – wobec wydarzeń w Ukrainie rynek literacki i filmowy przechylił się ostatecznie na jasną stronę mocy, producenci wyciągają coś z trzosa tylko na komedie lub filmy familijne, wydawcy odrzucają dystopie, ludzkość teraz pragnie wyłącznie pozytywnego przekazu. Sztuka krytyczna musi się przeformatować lub zniknąć, szydercy mogą sobie pisać do szuflad, a i to w zalęknieniu, czy strażnicy czułości im tych szuflad nie przetrzepią na okoliczność wykrycia przestępstwa przeciw ludzkości.

Ze świecą więc szukać po księgarniach pereł literackiej mizantropii, tym większa moja radość, gdy w ostatnich tygodniach udało mi się je wyłowić z oceanu czułych narracji. Świetny jest i jak zwykle bezlitosny Marcin Kołodziejczyk w nowej prozie. „Wolnoć” to książka amorficzna, najbliżej jej do zbioru opowiadań, ale jeśli się trzymać definicji Darka Foksa, mamy tu do czynienia z poezją, bo tekst ma z prawej poszarpane, a i z lewej nie zawsze równo. Niektóre z tekstów są jednozdaniowe ledwie, całość okraszona fotografiami lub rysunkami autora, znanego także z reportaży pisanych od lat do „Polityki”. Jako prozaik posługuje się niepodrabialną frazą, umiejętnie żonglując socjolektami, wytężając słuch na wszelkie zwyrodnienia współczesnej polszczyzny, a i poetyckie „readymades”, które wyłapuje bezbłędnie, jak w motcie książki, przejętym od trzyletniej dziewczynki: „Twoje oczy śmierdzą książką”. Kołodziejczyk wycina maczetą ścieżkę przez tłum Polaków i trzeba przyznać, że siecze sprawiedliwie całą drabinę społeczną, od szczebli wielkomiejskich, przemierzających ulice stołeczne „krokiem, w którym czuć dumę z posiadania”, przez wyższą średnią klasę robotniczą, jak w przypadku historii Gorolla Alfonsego (jako rodzony Górnoślązak składam autorowi wyrazy uznania za udatną zabawę naszą mową), aż po uskrzydloną husarsko żulię, do której ma słabość od czasów świetnego „Prymitywu”. Młodzi gniewni krytycy wytykają Kołodziejczykowi, że „pisze Masłem”, i może nie jest to wcale porównanie krzywdzące, przy czym pazur Doroty Masłowskiej po raz ostatni podrapał mnie do krwi w „Innych ludziach”, a potem jakby został potraktowany pilnikiem czułości. Jeśli w najbardziej udanym zdaniu „Bowiego w Warszawie” jedna z postaci „rozgląda się, jakby sondowała wszystko – ludzi i sprzęty – pod kątem nawiertów pod wprowadzenie toksyn”, Kołodziejczyk się nie rozgląda, tylko zajadle wierci i wstrzykuje witriol.

Ostatni numer „Literatury na Świecie” oferuje dwa przekorne arcydzieła prozy niesfornej, narracji wysoce dotkliwej, zarazem rozkosznie pogardliwej. Chodzi o relacje podróżne Théophile’a Gautiera i Heinricha Heinego. Chronologicznie rzecz obejmując, niemiecki romantyk pierwszy wsiadł do powozu, by przemierzyć drogę z Monachium do Genui, nie po to jednak, by się napawać krajobrazem, lecz by kąśliwie dawać wyraz rozczarowaniu – a jakże – ludnością. Już w pierwszym akapicie na najwyższej nucie sarkazmu rozprawia się z filistrem, głupota go nie wzrusza, brzydota nie rozczula, podróż jest więc okazją do strzelania z literackiego bata na wszystkie strony – przełożył tę rzecz z właściwą sobie swobodą Jacek Buras. Proza Heinego była inspiracją podróżopisania Gautiera, którego równie jadowitą w opisie „Wycieczkę po Belgii”, przedsięwziętą w towarzystwie Gérarda de Nervala w celu znalezienia u źródeł niewiasty „rubensowskiej”, przetłumaczył zacnie i opatrzył posłowiem Mateusz Kwaterko. Swoistym ekstremum nieczułości jest w numerze turpistyczno-turystyczna „Podróż za rogatki”, a ściślej do Montfaucon, gdzie mieściła się w XIX w. fabryka… gówna. Zwożono tam fekalia paryżan i sporządzano z nich na skalę przemysłową nawóz zwany poudrette, co Gautier z niejaką ostentacją i najdrobniejszymi cuchnącymi szczegółami opisuje. Cudowna ohyda.

Wydanie: 25/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy