Życie i „gotowce”

Premier przerywa wakacje i zwołuje konferencję prasową. Prezydent przerywa wakacje i pędzi z Wybrzeża do Warszawy. Telewizja wstrzymuje oddech. A wszystko to dlatego, że minister spraw wewnętrznych, pan Kaczmarek, jest ponoć podejrzany o zepsucie pułapki, która zastawiona była na Leppera. A w dodatku podczas rozmowy w cztery oczy, której treści nie znamy, Kaczmarek skłamał premierowi.
A kto komu nie kłamie w tym rządzie?
Ktoś napisał słusznie, że to media w istocie ponoszą winę za pieski obraz naszej polityki i życia publicznego, jaki codziennie wyłania się z serwisów telewizyjnych i pierwszych stron gazet. Obraz ten bowiem jest wynikiem lenistwa i bezmyślności, których niestety nie brakuje w środowiskach medialnych.
Nie znaczy to oczywiście, aby obecne życie polityczne było w rzeczywistości ciekawsze i lepsze, niż widać je na ekranach telewizyjnych i na szpaltach gazet. Jest ono takie właśnie, a może nawet gorsze, bo występujący przed kamerami politycy starają się na ten moment przynajmniej przyczesać włosy i nieco staranniej budować zdania, niż czynią to zazwyczaj, o czym z kolei dowiadujemy się z taśm, które politycy nagrywają przeciwko sobie podczas poufnych rozmów, które, jak twierdzi Lepper, odbywają się głównie w klasztorach. Ale ludzie mediów, przez lenistwo głównie, nauczyli się sprawozdawać o tym wszystkim, a także donosić o każdej byle konferencji prasowej bez żadnego dystansu czy krytycyzmu. Są to tzw. gotowce , niewymagające żadnej pracy ani myślenia, co jest szczególnie widoczne w okresie letnim, gdy nasza, pożal się Boże, „pierwsza liga polityczna” wyjechała na urlopy, pozostawiając na dyżurach rozmaitych panów Karskich, Suskich, Czarneckich czy Piskorskich, którzy codziennie gotowi są coś obwieszczać czy komentować.
Oczywiście, że polityka jest zawsze przedstawieniem. Ale w krajach cywilizowanych grają w nim znacznie lepsi aktorzy, poruszani przez znacznie lepszych reżyserów, którzy rozumieją przede wszystkim, że show polityczny nie może zajmować całej przestrzeni medialnej i że im rzadsze są sensacje polityczne, tym większe robią wrażenie na publiczności.
U nas przez medialną magmę przebiły się ostatnio dwie zaledwie wiadomości, które uznać można za rzeczywiste. Po pierwsze, że nie jesteśmy i prawdopodobnie nie będziemy gotowi do przyjęcia mistrzostw Europy w piłce nożnej w roku 2012, oraz, po drugie, że Polska prowincja nabiera oddechu na skutek pieniędzy z Unii Europejskiej.
Otóż sam fakt przyznania Polsce wraz z Ukrainą organizacji Euro 2012 powinien wzbudzić zastanowienie. Staranie się o te mistrzostwa nietrudno zrozumieć – jest to po prostu kolejny wyraz naszych wygórowanych ambicji połączonych z kompletnym brakiem jakiegokolwiek planu przyszłościowego, co jest nam naprawdę potrzebne. Ciekawsze natomiast, jak wygraliśmy ten los na loterii. Otóż nie brak opinii, że stało się to za sprawą pewnego ukraińskiego miliardera, który tak zręcznie lobbował w kręgach futbolowych, nie omijając samego szefa UEFA, Platiniego, że tandem ukraińsko-polski przeskoczył Włochy, logiczne i naturalne miejsce kolejnego Euro.
Piszę to z lękiem, ponieważ brzmi to niepatriotycznie, istnieje jednak obawa, że Euro 2012 zamiast tytułu do chwały może nam przynieść sporo rozczarowań, może nawet wstydu. Poziom polskiej piłki nożnej jest pomimo heroicznych wysiłków Leo Beenhakkera beznadziejny nie tylko dlatego, że gramy marnie – vide zmagania mistrza Polski z rumuńską Steauą – ale dlatego także, że piłka nożna, wbrew pozorom, wcale nie jest w Polsce masowym, głęboko osadzonym ruchem. UEFA wymaga od nas wybudowania kilku wielkich stadionów dla ok. 30-50 tys. widzów każdy. Być może w czasie mistrzostw zapełnią je goście z zagranicy, ale kto będzie na nich siedział, gdy skończą się mistrzostwa, skoro za wyśmienitą frekwencję na naszych meczach ligowych uważa się kilka lub najwyżej kilkanaście tysięcy widzów? Zrobimy tam targowiska?
Niedawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się niesłychanie przekonywający artykuł, w którym dowodzi się, że żaden z krajów organizujących Euro nie zarobił na tym wielkich pieniędzy, na które my liczyliśmy po wygraniu losowania.
Interes Ukrainy w organizacji Euro 2012 jest oczywisty. Kraj ten, pozostający poza Unią, prezentuje się w ten sposób jako kraj europejski, zbliża się do statusu unijnego, a Polska potrzebna jest mu dla formalności, jako unijny partner w tym przedsięwzięciu. Interesem Polski mogłoby być wybudowanie z tej okazji sieci autostrad, ale nikt nie da nam na to dodatkowych pieniędzy poza tymi, które już dostajemy. Interesem mogłoby by być także wybudowanie sieci małych i średnich hoteli, potrzebnych bardziej dla krajowej niż międzynarodowej turystyki, ale kto właściwie ma je budować?
Tomasz Lis zauważył niedawno, że mimo całej ideologicznej retoryki rządy Kaczyńskich nie są w stanie postawić sobie żadnego konkretnego, wymiernego celu. Chcą tylko trwać, lecz po co im do tego Euro 2012? Autostrady? Hotele?
A media nie dopytują się o to, pichcąc swoje „gotowce”.
Wśród doniesień medialnych, nawet w rządowych „Wiadomościach” TVP, znalazł się też niedawno materiał o kilku gminach i powiatach, w których życiu zaczyna być już widać tych 8 mld euro, które wpłynęły do Polski w ramach unijnych dotacji. Widać je w budowie dróg, jakichś placówek kulturalnych czy w darmowym internecie, który zafundowała sobie jedna z gmin. Widać je także w lepszych maszynach, które za unijne dopłaty fundują sobie rolnicy.
Są to wiadomości ważne, ponieważ, jak wiadomo, rząd Kaczyńskich jest na samym dnie duszy antyunijny. Uważa, podobnie jak Giertych, że Unia jest narzędziem Niemiec, które przy jej pomocy realizują podbój Europy. Tymczasem unijne pieniądze owocujące w Polsce czynią ten pogląd coraz mniej popularnym, okazuje się też, że władze lokalne, które nimi dysponują, dają sobie z tym radę lepiej i rozsądniej niż rząd centralny w Warszawie.
To wszystko destabilizuje rządy Kaczyńskich w znacznie większym stopniu niż niedyskrecje Kaczmarka, który ponoć utrudnił zapuszkowanie Leppera.
Można też wykrzykiwać przeciwko federalnej idei europejskiej, co czynił zresztą także rząd SLD, ale przecież w praktyce niektóre gminy czy powiaty Polski stają się już dzisiaj regionami ponadnarodowej europejskiej struktury. I tego procesu nie da się już zatrzymać, chyba że występując z Unii.
Ale kto dzisiaj myśli o jego dalekosiężnych konsekwencjach ? Kto myśli o tym choćby w perspektywie ewentualnych wyborów, o których przebąkiwał premier, bojąc się ich jak diabeł święconej wody? Kto gotów jest uczynić z tego swoją strategię, unijną i samorządową?
Kto wreszcie zwoła przynajmniej w tej kwestii konferencję prasową, na którą jak bawoły do wodopoju przyjdą po swego „gotowca” dziennikarze?

Wydanie: 33/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy