Specjalista

Specjalista

Nieraz na posiedzeniach rad naukowych i senatu uniwersyteckiego popadałem w nieme zdziwienie, że wybitni specjaliści z różnych nauk, zwłaszcza ścisłych, nie zawsze potrafią posłużyć się swoją inteligencją, gdy chodzi o rozważenie problemów spoza ich specjalizacji. Również w życiu publicznym mamy okazję obserwować, jak bardzo symplicystycznie, prostacko potrafią rozumować uczeni specjaliści w sprawach społecznych czy politycznych. Nawet tak proste przyzwyczajenia jak dokładność obserwacji, poprawność wnioskowania czy wyjaśnianie deterministyczne nie zawsze dają się wynieść poza laboratorium. Intelekt nigdy nie idzie przodem, w badaniach naukowych podąża za ciekawością, a w życiu praktycznym – prywatnym i publicznym – wlecze się daleko za wolą.
Pan profesor Cezary Wójcik jest młodym, świetnie się zapowiadającym, a właściwie już spełniającym się pracownikiem nauk medycznych. Świadczy o tym jego dotychczasowa kariera zawodowa. I ten sam profesor Cezary Wójcik wygłasza poglądy („Przegląd” z ubiegłego tygodnia), jakie moglibyśmy usprawiedliwić u człowieka, który nigdy i w żadnej formie nie zetknął się ani z nauką, ani z uczelnią wyższą, ani z żadną instytucją naukową. I który dla dopełnienia nieszczęścia został pozbawiony wrodzonego rozsądku. „Z dnia na dzień należy rozwiązać Polską Akademię Nauk i zwolnić wszystkich pracowników polskich uczelni i instytutów naukowych”. Pięćdziesiąt, albo i dziewięćdziesiąt procent placówek naukowych należy zlikwidować. W pozostałych ogłosić konkursy na wszystkie stanowiska. W komisjach konkursowych powinni znaleźć się naukowcy z Europy Zachodniej i USA („oczywiście płacić im za ich pracę odpowiednie wynagrodzenie”). Profesor uważa, że ten dziki pomysł został ze znakomitym powodzeniem wypróbowany w Niemczech, po przyłączeniu NRD do Republiki Federalnej. W Polsce jest wielu ludzi, głównie skupionych w skrajnych ugrupowaniach i instytucjach posolidarnościowych, którzy są zauroczeni sposobem, w jaki Niemcy Zachodnie rozprawiły się z Niemcami Wschodnimi. I są niepocieszeni, że nie istnieje druga, Zachodnia Polska, trzy razy ludniejsza od Polski istniejącej, która by nas do siebie przyłączyła i zaprowadziła tu swoje porządki. Nie chciałbym leczyć Cezarego Wójcika z jego radykalizmu, rewolucjoniści też są potrzebni, ale myśląc o jego sukcesach naukowych, spodziewałbym się po nim jakiegoś rozumowania, choćby najprostszego, jak porównywanie rzeczy różnych. Biorąc sobie za podnietę wzór niemiecki, mógłby swój projekt rewolucyjny ograniczyć do trzech czy czterech województw. Sprowadzeni z Ameryki uczeni mogliby uzdrawiać lub, jeśli wola, likwidować uczelnie i instytuty naukowe gdańskie, białostockie, lubelskie i rzeszowskie, a reszta Polski może z zainteresowaniem by się przyglądała, co by z tego wynikło. Prawdopodobnie odnieśliby oni taki sukces, jaki zachodni, w tym amerykańscy menedżerowie odnieśli w Narodowych Funduszach Inwestycyjnych („płacono im za ich pracę odpowiednie wynagrodzenie” i na tym polegał ich sukces).
Konkurencja między ludźmi jest zjawiskiem biologicznym. Nie można jej wyeliminować ze stosunków między uczonymi. Wielcy myśliciele, filozofowie i uczeni ubolewali nad tym, wyznając ideał bezinteresownego poszukiwania prawdy. Zgodzimy się, że ten ideał nie przystaje do dzisiejszych stosunków, zresztą zawsze był ideałem osiągalnym tylko dla umysłów wyjątkowo szlachetnych. Czym innym jednak jest uznać normalność konkurencji i nawet wykorzystać tę ułomność natury ludzkiej w ustroju instytucji naukowych, a czym innym czynić z niej ideał. „Każdy naukowiec staje do morderczej walki i konkurencji z pozostałymi naukowcami z całego świata. Wygrywa ten, kto pierwszy uzyska i opublikuje wynik” – pisze Cezary Wójcik, najwidoczniej zachwycony tym „wyścigiem szczurów”. Nie z tego wyścigu wzięła się nauka i nie on stanowi o jej rozwoju. „Mordercza” konkurencja występuje w pewnym segmencie socjologii nauki i nie we wszystkich naukach. Nie gwarantuje ona sukcesów poznawczych, widzimy ją również tam, gdzie poziom nauki jest niski. Podoba mi się nazywanie rzeczy po imieniu i odsłanianie rzeczywistości, nawet gdy jest nieprzyjemna, ale apologia morderczej konkurencji niczego nie odsłania. Odrobina hipokryzji w tej kwestii byłaby bardziej na miejscu niż apologia.
Wielki filozof José Ortega y Gasset pisał, że naukowiec specjalista (ale nie miał on na myśli Cezarego Wójcika) nie zna „fizjologii” wewnętrznej nauki, którą sam uprawia, ale jeszcze „groźniejsza jest jego ignorancja w zakresie dziejowych warunków jej przetrwania, czyli co do tego, jak powinny być zorganizowane społeczeństwa, a także wnętrze człowieka, by na świecie w dalszym ciągu mogli istnieć naukowcy”. Twierdził on także, że podział na ludzi mądrych i głupich nie stosuje się do naukowców-specjalistów. Nie są oni głupi, ponieważ znają bardzo dobrze swój malutki wycinek wszechświata, ale nie są mądrzy, ponieważ są ignorantami we wszystkim, co nie dotyczy ich specjalności. Specjalista wobec „spraw, na których się nie zna, nie przyjmuje postawy ignoranta, lecz wręcz przeciwnie, traktuje je z wyniosłą pewnością siebie kogoś, kto jest uczony w swojej specjalnej dziedzinie. (…) Wobec polityki, sztuki, obyczajów społecznych, a także wobec innych nauk przyjmuje postawę prymitywa; robi to z przekonaniem, nie dopuszczając – i to jest rzecz paradoksalna – możliwości istnienia specjalistów w tamtych dziedzinach”. Cezary Wójcik nie dał dowodu, że rozumie źródła sukcesu nauki w Stanach Zjednoczonych i bardzo pomylił się we wnioskach z porównania poziomów nauki tam i tu, w Polsce. Nie chcę być adwokatem wyższego szkolnictwa i instytucji naukowych w Polsce, ale zwykły obiektywizm każe przyznać, że przy skromnych środkach finansowych i przy milczącej zgodzie, że finalnym celem nauki polskiej jest wyprodukowanie profesora zwyczajnego tytularnego, poziom tej nauki jest wysoki.

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy