Precel a sprawa polska

Teledelirka

Kto ogląda „Kiepskich” – niesłusznie pogardzany przez inteligentów czarny serial o przeciętnych Polakach w prostej linii pochodzący z „Opisu obyczajów” księdza Kitowicza, z wielką rolą Andrzeja Grabowskiego tamże i tu jako Ferdynanda Kiepskiego – ten wie, że bezrobotny, choć wciąż pełen pomysłów na zrobienie kasy, Ferdek wraz z synem Waldusiem nade wszystko przedkładają oglądanie „mecza” z puszką browarka. W wygodnych, może niezbyt wyszukanych dresach rozwalają się przed telewizorem, by kibicować ulubionej drużynie. Na szczęście nie zagryzają spienionego napoju styropianem. Pod tą nazwą rozumiemy rodzaj suchej karmy – chipsy, frytki, prażoną kukurydzę, dmuchany ryż, krakersy – produkowanej dla ludzi nowej generacji do chrupania przed telewizorem. Otóż Kiepscy wiedzą, co robią, jedząc przed srebrnym ekranem tłusty boczek, jajo na twardo albo śledzia matiasa.
Po pierwsze, okazało się, że tłuszcz zwierzęcy znów jest człowiekowi potrzebny, a jajka przestały mu szkodzić. Te bomby cholesterolowe zrzucane na organizm posiadają bowiem substancję niszczącą zły cholesterol na wejściu, tak orzekli brytyjscy uczeni lekarze. Amerykańscy nie wypowiedzieli się jeszcze w tej kwestii, bo naród przyzwyczajony do hamburgera popijanego coca-colą na obiad, a chipsów na okrągło, mógłby doznać szoku przy zmianie diety, zaś rozległy kraj upadłby gospodarczo, gdyby wycofać z rynku te specjały.
Po drugie, styropianem można się łatwo zakrztusić, gdy człowiek wgapia się w „mecza”, jednocześnie konsumując suchą karmę. Gdyby jeszcze Żorżyk popijał browarkiem, może by do tego nie doszło, ale nie słuchał mądrej mamusi, Barbary Bushowej, nie przeżuwał dokładnie, zanim połknął. Wiemy wszystko z teledelirki, bo prezydent, z lekka tylko oszołomiony, zwierzył się dziennikarzom. Te newsy cały świat obleciały. I słusznie, bo przecież mogło to mieć niewyobrażalne konsekwencje, mogłoby na przykład dojść do ograniczenia słynnego esprit Busha. Nie popijał browarka, dlatego też zadławił się i spadł z kanapy na dywan. Jego żona, tak samo jak Halinka Kiepska, nie oglądała „mecza”. Rozmawiała z przyjaciółką przez telefon w drugim pokoju. Nie podano, jak długo leżał, zanim odzyskał przytomność, podobno już wcześniej źle się czuł i był przeziębiony, niemniej katar nie wyjaśni nam zakrztuszenia obarzankiem.
Dokładne przeżuwanie było zmorą mojego dzieciństwa, zmrok zapadał, a ja jeszcze przeżuwałam schaboszczaka z obiadu, bo moja matka, skądinąd mądra kobieta, dowiedziała się od jakiegoś konowała, że każdy kęs przed połknięciem należy obrócić w ustach trzydzieści dwa razy. Z takim przeżuwaniem mogłabym zostać prezydentką, nie narażając narodu na swoje nagłe zejście z powodu zadławienia się preclem, zupełnie jakby mało było innego rodzaju niebezpieczeństw czyhających na wielkich globalnej wiochy.
Czy to poważne, żeby prezydent światowego mocarstwa oglądał „mecza”, chrupiąc obarzanek? Nazwa „obarzanek”, znana od 1394 r., określa wypiek, który powstaje w prosty sposób, mianowicie bierze się dziurę i okleja ciastem. Obarzanki kupuje się głównie od przekupek na ulicach i bazarach. Niejeden ząb na nich się złamał, ale żeby ktoś się zadławił, o tym się nie słyszało. Toteż już w następnych wiadomościach ogłoszono triumfalnie, że to nie obarzanek stanął dęba w prezydenckim gardle, lecz precel. Precel z kolei (z niemieckiego „brezel”) to szczególny rodzaj obarzanka przypominający ósemkę, może być posypany makiem, sezamem albo solą. Pokazano zdumionym telewidzom plastikowy woreczek wypełniony drobnymi ciasteczkami w kształcie ósemki, które prezydent przesłał dziennikarzom, żeby wiedzieli dokładnie, co ośmieliło się zakłócić prezydenckie urzędowanie przed telewizorem. Właściwie był to precelek, malutkie ciasteczko, które mogło zaważyć na losach całego świata, a więc i na naszych.
Wyobrażacie sobie te tytuły? „Prezydent Bush zadławiony precelkiem”. „Szef sił zbrojnych NATO dusi się preclem”. Zaraz też służby specjalne zaczną badać owe precle, spekulować, czy nie stoi za nimi bin Laden, a z pewnością stoi, bo wygląda na to, że stoi za wszystkim. W czasach, gdy Rosją rządził Jelcyn, zawsze było wiadomo bez zbędnego gadania, dlaczego zasłabł. To się po prostu wiedziało. Pokazywano jego tańce, dyrygowanie orkiestrami oraz zasłabnięcia w różnych krajach świata. Każdemu może zdarzyć się zasłabnięcie. Zwłaszcza w Ameryce. Nasz premier Leszek Miller obsypany różnymi zaszczytami także podobno zasłabł, co podano do wiadomości, ale zaraz sprostowano. Sądzimy, że Miller zamknął się przed Toberem, żeby mieć choć chwilę wytchnienia od jego bezustannego gadania, a ten pomyślał, że skoro premier nie chce go słuchać, to widocznie zasłabł. Ot, młoda wyobraźnia!
Raczej trudno sobie też wyobrazić słabującego Putina. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy pokazano go u boku Jelcyna; wszyscy pytali, co to za jeden, skąd się wziął, i nie wróżyli mu kariery. Byłam jedyną Pytią, co na pierwszy rzut oka poznała się na tej osobie. Na pytanie, skąd się wziął, odpowiedział sam: z KGB. Gdy doszło do spotkania z Bushem, powiedział, cytuję z pamięci, że wszyscy porządni politycy zaczynali od kontrwywiadu. Nawiązywał do zajęć taty Busha i chyba jego samego, choć trudno sobie wyobrazić, by dobrze przeszkolony James Bond mógł zadławić się preclem.
Wniosek? 1. Przed telewizorem jadać kremówki papieskie. 2. Naprawić stosunki z Rosją, wejść z nią w jakiś poważny układ. Na wypadek wszelki, elektryczne szelki, jak mawiała nasza listonoszka.

 

Wydanie: 3/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy