Skłonić do realizmu

Skłonić do realizmu

Czy namiętności, jakie rozgorzały wokół wicepremiera Leszka Balcerowi­cza, są wyrazem żywego zainteresowania polityków gospodarczymi proble­mami Polski? Bez wahania odpowiadam przecząco. Rzuca się w oczy, że klasa polityczna skupia uwagę na konfliktach partyjnych, będących następ­stwem walki o władzę, a raczej o korzyści, jakie przynosi zajmowanie urzę­dów i stanowisk. O sytuacji gospodarczej politycy (pomijając nieliczne wyjąt­ki) nie umieją mówić, co stanowi indykację, że myślą o niej niechętnie i powierzchownie. To, że Polska będzie najbardziej zacofanym krajem w posze­rzonej Unii Europejskiej, nie budzi w nich żywszych uczuć, najwidoczniej jest im obojętne. Na pierwszym planie obóz solidarnościowy kontynuuje “walkę” z komunizmem i z tej “walki” wywodzi swój tytuł moralny do sprawowania wła­dzy. Trzeba przyznać, że odniósł olbrzymi sukces propagandowy. Udało mu się narzucić również odnowionemu SLD przekonanie, że bez takiego tytułu nie można spojrzeć w oczy narodowi. Nie wyniósł jednak z tego “moralnego zwycięstwa” realnych korzyści, ponieważ ludzie SLD, przecież nie w ciemię bici, również potrafili sięgnąć po wizerunek bojowników z komunizmem, i wy­chodząc naprzeciw wyzwaniom prezydenta, postanowili wzmóc walkę ze sta­linizmem. Do swojej genealogii wpisali bunt robotników w Poznaniu 1956 r. (zresztą już Gomułka ten bunt przyswoił partii, ale zostało to zapomniane) oraz działaczy PPS, źle traktowanych w PRL. Teraz to już na pewno komu­nizm zostanie starty na proszek. Można się tylko zastanawiać, czy taki przy­pływ idealizmu do SLD nie przełoży się na nasilenie moralnie brzmiącego postulatywizmu, bo czego innego można nauczyć się od PPS? Ogólnie biorąc, udział realizmu w atmosferze polskiej polityki znowu zmalał. Rola imponderabiliów, nie przystających do życia, wzrosła. Przynajmniej w sferze słów.

Nie doszło do mojej wiadomości, czy grudniowy kongres SLD skierował uwagę partii na realną stronę życia społecznego, na jakość polskiego ekspor­tu, na infrastrukturę gospodarczą na. możliwości i sposoby zrównania się z Czechami, Węgrami i Słowenią. Kogo w Polsce mogłyby zainteresować tak skromne zadania? My się chcemy od razu zrównać z Hiszpanią. Uchodzi za pewnik, że zanim nastał komunizm, Polska wyprzedzała Hiszpanię. Jedno z głupstw, z jakich utkana jest wizja historii obozu solidarnościowego.

Zjazd borykał się za to z problemem, czy pod sztandarami lewicy popełnio­no zbrodnie. Pewnie, że popełniono, przedstawiciel prezydenta nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości. A nie mówiłem wiele razy, że nie należy gro­madzić się pod sztandarami lewicy? Trzeba wywiesić nowy sztandar, sztandar realizmu: politycznego, gospodarczego i moralnego. Lewica zresztą realistycz­na jest, ale się tego wstydzi, uważa, że realizm źle figuruje na sztandarach. Cuius regio, eius religio, kto panuje, ten dyktuje ideologię, a panuje obóz wy­znania romantycznego. W czasach pokojowych romantyzm polega na lustra­cjach, walce z przeciwnikami przy pomocy tajemnic archiwalnych, instygowaniu procesów sądowych, unieważnianiu wyroków uniewinniających, jeżeli psu­ją legendę, domaganiu się wyroków skazujących w celu zalegalizowania le­gendarnej wersji wydarzeń. Lewica tego nie pochwala, ale nie ma też odwagi pryncypialnie temu romantyzmowi się sprzeciwić. Nie ulega wątpliwości, że pod sztandarami lewicy popełniono zbrodnie. Podobnie jak pod sztandarami prawicy. Także pod sztandarami religii muzułmańskiej. Przykro mi to przypo­minać, ale w dziejach Europy pod żadnym sztandarem nie popełniano tak dłu­giej zbrodni, jak pod sztandarami katolickimi. Trzeba jednak uczciwie przy­znać, że pod tymi sztandarami nie popełniono żadnej zbrodni w Chinach. W Rosji też nie. W roku 2000 Kościół podobno ma się rozliczyć ze swoją przeszłością w książce “Szkice antyspołeczne” w rozdziale “Papież mówi: prze­praszam”, byłem temu przeciwny, ale teraz, pod wpływem ogólnego pędu do zrobienia porządku z historią zmieniłem zdanie. Nie wystarczy przeprosić, trzeba z każdej zbrodni się rozliczyć, nie tylko z Husa, ale także z husytów.

W ogóle gromadzenie się pod takimi lub innymi sztandarami miało na ce­lu nie pracę i nie zabawę, lecz walkę, a tam, gdzie toczy się walka popełniane jest to, co dziś nazywamy sumarycznie zbrodnią. Niczemu innemu też nie posłuży dziś tak mocno potrząsany sztandar “praw człowieka”. Autorytet re­ligijny jednego dnia “wyraża głęboki żal nad okrutną śmiercią Jana Husa”; a innego deklaruje poparcie dla “interwencji humanitarnej”, mającej rozbroić groźnego agresora. Gdyby agresor był jednostką stał w miejscu i nie ruszał się, to można by go humanitarnie rozbroić. Ale na ogół jest on wielością wplecioną w całe miasto, w całe społeczeństwo i nawet najlepiej obmyślona akcja humanitarna, zanim go wyłuska, to swymi chirurgicznymi uderzenia­mi musi zabić tysiące ludzi, o czym przekonaliśmy się niedawno. Stwórca chyba nie przewidział pojawienia się tak hipermoralnych sędziów polityki, ja­cy dziś dyktują jej standardy moralne. Te standardy do tego świata z pewno­ścią nie pasują.

Może żyjemy w przededniu nowego świata? Nowego, wspaniałego świata poprawionego? Świata nowego z pewnością nie będzie, ale nowy człowiek, tym razem już nie urojony przez polityków-utopistów, ale realny, z krwi i kości, jest już na horyzoncie. Uczeni mówią że w ciągu najbliższych, powiedzmy 100 lat, człowiek pozostanie w swojej dotychczasowej skórze, mimo iż inży­nieria genetyczna będzie się doskonalić. W dalszym jednakże terminie antropotechnika wyprodukuje człowieka dożywającego średnio 120 lat i spełniają­cego wymarzone ideały piękna cielesnego. Ten nadczłowiek będzie z pogar­dą wspominał poprzedzające go istoty człekokształtne, niewypowiedzianie brzydkie w porównaniu z nim, cherlawe co do jednej, no i oczywiście bezden­nie głupie ze swoimi mózgami tylko częściowo używanymi. Od kiedy wiedzą że to jest możliwe, ludzie niecierpliwią się i czują odrazę do ciągle utrzymują­cej się, choć już skazanej postaci człowieczeństwa. Dopiero ten nowy, długo­wieczny, piękny i kiczowaty nadczłowiek dokona “rozliczenia się” z naszą hi­storią. Zamiast antycypować jego osądy i przybierać pozy nadczłowiecze, po­każmy tu w Polsce, że umiemy przynajmniej zbudować autostrady.

Wydanie: 1999 2/1999

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy