Słownik polsko-pisowski

Słownik polsko-pisowski

Nawet Herkules nie dałby rady, a my musimy. Bo bez przywrócenia pierwotnego znaczenia wielu słowom, które zostały kompletnie wypaczone przez rządzących, nie będziemy mieli normalnie funkcjonującego państwa. Metoda stosowana przez PiS i jego przybudówki nie jest w polityce niczym nowym. Politycy bardzo często próbują się przytulać do idei i słów, z którymi niewiele mają wspólnego. Odzierają je z powszechnie znanych treści. I tak prawo przestaje znaczyć prawo, a naród staje się tylko prorządową częścią społeczeństwa.

Zagrabionych słów jest już tak wiele, że czas zacząć pracę nad słownikiem polsko-pisowskim. Będzie bardzo pomocny, gdy ktoś będzie chciał pojąć te pisowsko-covidowe czasy. Dzieło zapowiada się na spore objętościowo. Sprostać mu może tylko dobra ekipa. Z czym akurat nie będzie problemu, bo językoznawcy jakoś nie zasilili dojnej zmiany. Może więc się skrzyknie taka słownikowa ekipa. My też chętnie dołożymy do tego własną cegiełkę. Bo i nam coraz trudniej pojąć, co oni do nas mówią w tej swojej polszczyźnie.

Encyklopedycznie można opracować trudno policzalne kłamstwa i obietnice. Z podziałem na takie kategorie: politycy, zaciąg kadrowy w spółkach skarbu państwa, rodziny i znajomi dojnej zmiany na posadach, plankton wędrujący za każdą władzą. Lista jest otwarta i czeka na uzupełnienie.

Bo wbrew legendom o genie bohaterstwa, jaki w DNA mają Polacy, łatwiej przychodzi spotkać oportunistę i kunktatora, dostosowującego się do każdej sytuacji.

W pisowskim wydaniu polityka godnościowa polega na odbieraniu prawa do szacunku wszystkim, którzy tej partii nie popierają. Nawet ze swoimi wyborcami nie postępują lepiej. Nic się nie zmieniło, od kiedy Jacek Kurski, dziś bardzo wpływowy polityk PiS, ogłosił, że ciemny lud wszystko kupi. Dla niego elementem przywracania Polakom godności jest wysyp chałturników z występami disco polo. Z kolei prezydent Duda, lokajsko kucający przed Trumpem, bez cienia żenady serwuje Polakom opowieść o wstawaniu z kolan.

Ich szef, prezes Kaczyński, ma do nich szczególnie godnościowe podejście. Nawet nie udaje, że w prezydencie ma partnera. A co do reszty? Kogo widzimy? Ludzi sparaliżowanych strachem, bojących się wychylić z jakimś słowem, które mogłoby się nie spodobać prezesowi, polityków na ważnych funkcjach, a tak stłamszonych, że budzą litość.

Kaczyński poniewiera nimi, bo może. Bo się na to zgadzają. Bo w bilansie korzyści, jakie mają w tym toksycznym układzie, wychodzi im, że warto nadstawiać swój policzek prezesowi. Ale to, co im w duszy gra, Kaczyńskiemu nic dobrego nie wróży.

j.domanski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 9/2021

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy