Żony

Lech Kaczyński na kolejnej swojej konwencji prezydenckiej – ponieważ kandydat PiS co chwila uroczyście ogłasza, że chce być prezydentem – wystąpił w otoczeniu rodziny: żony, córki, zięcia i wnuczki lub wnuka (nie zwróciłem uwagi na płeć). Jest to silne zaskoczenie dla opinii publicznej, która sądziła dotąd, że Kaczyński ma jedynie brata bliźniaka i to wystarcza zarówno jemu, jak i nam wszystkim.
Demonstrując familię in corpore, Lech Kaczyński otworzył jednak nowy wątek kampanii prezydenckiej. Nie jest to wątek całkiem oryginalny i w Ameryce zwłaszcza wybory prezydenckie są turniejem na rodziny, z czego zresztą później wynikają często kłopoty, gdy syn lub córka okazują się narkomanami, żona zagląda do kielicha albo ma swego męża za półgłówka, czego nie kryje. My jednak, będąc giermkiem starszego brata, i w tym staramy się go naśladować i po pokazie rodziny Kaczyńskich wszyscy pozostali kandydaci prezydenccy poczuli się zobligowani do pokazywania swoich żon, dzieci i wnuków, a kandydat Tusk powiedział nawet, że kto umie kierować rodziną, ten będzie umiał kierować państwem.
Jest to nieprawda. Wielu świetnych prezydentów, na przykład Lincoln albo Mitterand, miało nieudane życie rodzinne, tak jak wielu świetnych tatusiów nie nadaje się do rządzenia i jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Niewielu jest szczęściarzy, jak John Kennedy, Bill Clinton czy Aleksander Kwaśniewski, którzy oprócz swoich zasług politycznych mogą pokazać także ludności efektowne żony. Ale żona jest też kwestią gustu, dobrze, gdy kandydat ma dobry gust, lecz nie wszyscy muszą ten gust podzielać.
Pokazywanie żon i rodzin przypomina także zeznanie majątkowe. Żona i reszta familii przedstawiana jest jako własność kandydata i jego dorobek materialny, na który musiał zapracować. Ma to w sobie oczywisty posmak seksistowski, żona, nie mówiąc już o wnuczętach, przestaje być żywym człowiekiem, lecz jest prestiżowym dodatkiem do męża. Obligatoryjne demonstrowanie rodzin, nawet do trzeciego pokolenia, ma także zdecydowany wydźwięk ideologiczny, oznacza uznanie dla tzw. wartości rodzinnych, co w praktyce oznacza, że prezydentem nie może zostać osobnik samotny, rozwodnik, nawet wdowiec, nie mówiąc rzecz jasna o geju, nie wiedzieć nawet jak utalentowanym i szlachetnym. Natomiast statystyki światowe pokazują, że we współczesnym społeczeństwie coraz większa liczba zwłaszcza wykształconych i kreatywnych osób decyduje się na samotny tryb życia, te same badania stwierdzają też, że większość z tych osób osiąga wyższe niż przeciętne sukcesy zawodowe, mając spokojniejszą głowę do pracy, nauki i kariery.
Są oczywiście wypadki, gdy ambitna partnerka (bo na razie jeszcze kandydatki prezydenckie, pani Bochniarz i prof. Szyszkowska, nie pokazały się nam publicznie i medialnie ze swoimi partnerami) stymuluje karierę męża. Jest to choćby wypadek Hillary Clinton, która po opuszczeniu Białego Domu prowadzi własną działalność polityczną. Jolanta Kwaśniewska przez własną działalność społeczną nadaje też niewątpliwie dodatkowy charakter prezydenturze swego męża.
Ale bywa też przeciwnie. Żona Kerry’ego, kandydata Demokratów w ostatnich wyborach w USA, zaszkodziła ponoć mężowi swoim ostrym, pikantnym językiem – pochodzi ona z rodziny Heinzów, tych od ketchupu i musztardy – czyta się też różne rzeczy o pani Nelly Rokicie, której mąż Jan Maria wprawdzie nie kandyduje na prezydenta, ale też przecież ubiega się o jakieś ważne urzędy.
W tej ostatniej więc kwestii pragnę powiedzieć całkiem jasno: cokolwiek robiła lub robi pani Nelly Rokita jako działaczka społeczna w jakiejś europejskiej fundacji, jest to jej osobistą sprawą, jest ona dorosłą osobą i Jan Maria nie powinien być w ogóle z tym łączony, chyba że po godzinach prowadził jej księgowość.
Tak samo też powinno być z żonami naszych kandydatów. O ile wiem, żadna z nich nie prowadzi działalności publicznej mogącej być uzupełnieniem politycznej sylwetki męża tak jak Nadieżda Krupska pomimo odrażającej urody uzupełniała sylwetkę Lenina. W dodatku zaś większość żon kandydatek po cyrku, jaki komisja Orlenowska starała się urządzić z Jolantą Kwaśniewską i jej fundacją, uroczyście oświadczyła w tygodniku „Wprost”, że nie dotknie się do żadnej działalności charytatywnej czy społecznej i będą tylko chodzić krok w krok za mężami.
A więc co nas właściwie może obchodzić, kto przyszłemu prezydentowi będzie gotował zupę?
I na tym można by rzecz zakończyć, gdyby nie to, że w większości krajów trwa jeszcze anachroniczna feudalna tradycja, przenosząca na parę prezydencką część splendoru, a także i obowiązków spadających na dawne pary królewskie. Żona prezydenta musi reprezentować, przyjmować, sadzać przy kolacji, odwiedzać pod różnymi szerokościami geograficznymi żłobki i przedszkola, ściskać się z chorymi w szpitalach zakaźnych i traktować inne prezydentowe lub nawet monarchinie jak drogie przyjaciółki.
Kłopot polega na tym, że królowe i kandydatki na królowe szkolone były do tych zajęć od maleńkości, uczono je języków, manier, gry na fortepianie, czym różni się Bretania od Brytanii i jakimi sztućcami je się homara, o czym, obawiam się, większość obecnych żon-kandydatek nie ma zielonego pojęcia. Kandydaci, chwalący się swymi żonami w kampanii wyborczej i chcący wycisnąć z tego jakieś dodatkowe głosy, powinni więc nie tylko je pokazywać, ale także przynosić ich świadectwa z kursów językowych, kursów kroju, szkół tańca towarzyskiego i zaświadczenia lekarskie.
Wiem, że jest to niemożliwe. Kandydaci mają takie żony, jakie mają, niekiedy świadczy to o ich sile charakteru i samozaparciu, i niech Bóg broni, aby któryś z nich w trakcie kampanii zechciał zmienić obecną żonę na bardziej przystosowaną do wymogów nowego zawodu, o który się ubiega. Jedynym więc, co można jeszcze zrobić w tej kwestii, jest przyciszenie licytacji rodzin, w czym pod względem wydajności i tak zawsze wygrywałby Wałęsa przed Gietychem, i przedstawianie się raczej w świetle własnych zalet i pomysłów na rządzenie niż w aureoli cierpiętnika, który złożył sporą część swego życia na ołtarzu rodziny.
Podobno Lechowi Kaczyńskiemu po pokazaniu familii podskoczyły notowania w sondażach. Nie przywiązywałbym jednak do tego zbytniej wagi. Jest to po prostu brechtowski „efekt obcości”, jaki przeżyli widzowie na sali i przed telewizorami, polegający na pełnym zaskoczeniu. Zobaczyliśmy nagle Kaczyńskiego bez brata, za to z żoną. Chwyt ten jednak jest nie do powtórzenia dla osób niemających braci bliźniaków, którzy też zamierzają nami rządzić.

Wydanie: 30/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy